logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Kto nie zbombardował torów

Sobota, 3 lutego 2018 (03:00)

Z prof. Aleksandrem Lasikiem z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, znawcą historii III Rzeszy i niemieckich obozów koncentracyjnych, rozmawia Mariusz Kamieniecki

 

Panie Profesorze, czy próby oskarżania Polski za to, co działo się z Żydami pod okupacją niemiecką, mają jakiekolwiek uzasadnienie?

– Oskarżanie Polaków o udział w holokauście nie ma żadnych podstaw ani sensu. To tak, jakby oskarżać członków żydowskiego Sonderkommando, którzy w Auschwitz palili zwłoki, albo oskarżać więźniów funkcyjnych narodowości żydowskiej, którzy w innych obozach przyczyniali się do śmierci również innych więźniów. Przecież oni nie służyli w oddziałach Waffen-SS itd., tylko zostali postawieni w określonej sytuacji, bez wpływu na możliwość podejmowania jakichkolwiek decyzji. Dostawali rozkaz i musieli go wykonać. Stąd oskarżanie ich o to, że byli współsprawcami holokaustu, jest absurdalne.

Jak Polacy pomagali swoim sąsiadom Żydom?

– Trzeba zaznaczyć, że spory odsetek ludności żydowskiej narodowości polskiej jeszcze przed okupacją niemiecką, a więc w okresie II Rzeczypospolitej, żył we własnym, zamkniętym środowisku. Można powiedzieć, że Żydzi – mimo iż mieli polskie obywatelstwo – nie integrowali się z polskim społeczeństwem. Częściej posługiwali się językiem jidysz niż językiem polskim. Żyli więc w Polsce, ale osobno, niejako obok Polaków. Oczywiście nie wszędzie, we wszystkich regionach tak było. Polacy mogli pomagać swoim sąsiadom i najczęściej to robili z narażeniem własnego życia, ale nie mogli pomagać całym wspólnotom, które żyły osobno. Nie oznacza to wcale, że państwo polskie – nawet to podziemne – nie organizowało pomocy. Wprost przeciwnie, przykładem jest chociażby Żegota, a więc Rada Pomocy Żydom, która niosła wsparcie prześladowanej ludności żydowskiej.

W jaki sposób państwa zachodnie reagowały na sygnały o eksterminacji Żydów?

– To, że Niemcy rozszerzali zbrodnie holokaustu, jest też winą aliantów, głównie zaś Amerykanów, do których docierały przecież słynne raporty Jana Karskiego czy rotmistrza Witolda Pileckiego. A zatem były sygnały, tyle że niestety te raporty zostały zupełnie zlekceważone na Zachodzie. Wspomnę tylko wydarzenie jeszcze sprzed okupacji niemieckiej, mianowicie po tzw. nocy kryształowej w Niemczech, w listopadzie 1938 roku, kiedy to dokonano masowego pogromu ludności żydowskiej. Na amerykański statek, który miał ewakuować polskich Żydów uciekających przed zagładą, nie wpuszczono uciekinierów. Ponadto największy odsetek Żydów zgładzonych przez Niemców w Auschwitz stanowili Żydzi węgierscy, których liczbę szacuje się na ponad czterysta tysięcy. Na przestrzeni kilku tygodni sprowadzono ich do obozu szlakiem przez góry i Amerykanie czy Brytyjczycy, mając taką wiedzę, co więcej – dysponując nowoczesnym lotnictwem, mogli zareagować i zbombardować te szlaki komunikacyjne, a tym samym postawić tamę, a przynajmniej znacznie ograniczyć zbrodnie holokaustu, ale tego nie uczynili. Natomiast dzisiaj łatwo jest oskarżać czy zrzucać odpowiedzialność na Polaków, że jeszcze za mało pomagali Żydom. Czyż to nie nonsens?

Naszych rodaków oskarża się o szmalcownictwo.

– Przypadki szmalcownictwa wśród Polaków w okupowanej przez Niemców Polsce, zwłaszcza w Generalnym Gubernatorstwie, owszem, zdarzały się, ale nie było to żadną normą, lecz marginesem. To zjawisko istniało też wśród samych Żydów. To pokazuje, że życie pod okupacją było o wiele bardziej złożone, niż to się może wydawać, a przy pomocy uproszczeń czy uogólnień można dokonać wielu manipulacji. Tak czy inaczej Żydzi nie doceniają roli Polaków, którzy pomogli im przeżyć okupację niemiecką. Liczba drzewek na terenie Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie posadzonych ku czci Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, oscylująca w granicach 7 tys., jest znacznie zaniżona. Polaków, którzy pomagali ludności żydowskiej w czasie holokaustu, było znacznie więcej, ale nie wszyscy się z tą pomocą afiszowali, tym bardziej nie chcieli zaszczytów.

 

Wracając jeszcze do poprzedniego wątku, warto zwrócić uwagę, że w Polsce szmalcowników Polskie Państwo Podziemne skazywało na karę śmierci. A jak to było w innych krajach?

– Dyspozycje płynące zarówno od polskiego rządu emigracyjnego, jak i od kierownictwa Armii Krajowej, szczególnie od Kedywu AK, czyli Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej, były jednoznaczne: za tzw. szmalcownictwo jest kara śmierci. Jeżeli komuś udowodniono fakt szmalcownictwa, to był on likwidowany, o czym informowano m.in. w Biuletynie Informacyjnym. Było to zarazem ostrzeżenie dla innych. Jeżeli bowiem ktoś donosił Niemcom, że ktoś inny ukrywa Żydów, to na śmierć skazywał nie tylko ukrywanych Żydów, ale także całą rodzinę Polaków, którzy ją ukrywali. Proszę też pamiętać, że Polska była jedynym krajem w okupowanej przez Niemców Europie, w którym nie tylko za ukrywanie, ale także za jakąkolwiek pomoc Żydom groziła śmierć. Karę śmierci wykonywano często na miejscu bez żadnych sądów, bez wyroków, po prostu rozstrzeliwano całą rodzinę, nie zważając na wiek jej członków.

 

Jak skomentuje Pan piątkową wypowiedź dyrektora Centrum Wiesenthala w Jerozolimie, Efraima Zuroffa, który stwierdził, że Armia Krajowa „nie przyjmowała do swoich szeregów Żydów, a i w wielu przypadkach ich zabijała?”.

– Nigdy nie było zakazu przyjmowania w szeregi AK polskich obywateli narodowości żydowskiej. Chcę też zwrócić uwagę, że podczas powstania w getcie warszawskim na jednym z budynków zawisły dwie flagi: żydowska niebiesko-biała i biało-czerwona. Ponadto powstańcy w getcie, podejmując walkę z Niemcami, musieli mieć skądś broń. Głównym dostawcą były tutaj oddziały Armii Krajowej. Można się zastanawiać, czy źródłem wypowiedzi dla Efraima Zuroffa nie jest przypadkiem film nakręcony przez Niemców pt. „Nasze matki, nasi ojcowie”, który zakłamuje historię Polski.

Do dziś w Izraelu żyje ppor. Stanisław Aronson, członek elitarnej jednostki Kedywu „Kolegium A” Okręgu Warszawskiego AK, która ochraniała Komendę Główną, po wojnie współtwórca izraelskich służb specjalnych.

– To jest jeden z dowodów na kłamliwą tezę Efraima Zuroffa, inne dowody spoczywają w Katyniu. Tam obok krzyży na grobach zamordowanych przez NKWD polskich oficerów są także gwiazdy Dawida. To dowód, że w polskiej armii przed wojną nie było rozróżnień rasowych ani żadnych innych, a Sowieci traktowali wszystkich tych ludzi jako osoby o określonej narodowości czy pochodzeniu etnicznym. Jeśli tak było, to na próżno sądzić, żeby do Związku Walki Zbrojnej, a później do Armii Krajowej nie przyjmowano osób, zwłaszcza byłych wojskowych, którzy mieli żydowskie pochodzenie, bo byłoby to zupełnie nielogiczne. Ponadto jeśli ktoś chce poważnie mówić o tym, że do polskiej armii podziemnej nie przyjmowano Żydów, to należałoby znaleźć rozkaz czy to rządu londyńskiego, czy też Naczelnego Dowództwa Armii Krajowej, który wyraźnie by to artykułował. Dlatego tezy Efraima Zuroffa są zupełnie nieprawdziwe.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

Nasz Dziennik