logo
logo
zdjęcie

Krzysztof Losz

Pseudolustracja majątkowa premiera

Poniedziałek, 12 marca 2018 (20:01)

W mediach, a zwłaszcza w internecie, rozgorzała dyskusja nad majątkiem premiera Mateusza Morawieckiego i jego rodziny. Szef rządu jest oskarżany o ukrywanie części swojego majątku. Ale są to kompletnie chybione oskarżenia, bo żadnego ukrywania nie ma. Co bowiem zrobił premier? Otóż część swoich dóbr przepisał na żonę, z którą ma rozdzielność majątkową, ale nie dokonał nic nielegalnego. Jest to normalna rzecz, dopuszczona przez prawo i znam wiele majętnych osób, które w ten sam sposób postępują, przekazując część pieniędzy, nieruchomości czy innych składników majątkowych małżonkowi albo dzieciom. Nikogo nie dziwi też, że w takiej sytuacji małżonkowie mają odrębność majątkową. Mateusz Morawiecki skorzystał z tej możliwości, więc nie wiem, po co szukać w tym afery.

Rozumiałbym działania lustrujące majątek premiera, gdyby były poszlaki, że doszedł on do wielkich pieniędzy nielegalnie, że ukrywał część dochodów przed fiskusem i teraz ktoś go przyłapał na oszustwie. Jednak nikt takich zarzutów nie sformułował, bo nie ma nawet drobnych przesłanek, aby twierdzić, że Mateusz Morawiecki doszedł do dużego, jak na polskie warunki, majątku za pomocą oszustw podatkowych lub innych przestępstw. Przez wiele lat obecny szef rządu był przecież prezesem jednego z największych banków w Polsce, a roczne zarobki osób na takich stanowiskach są rzędu kilku milionów złotych brutto. I przez ten czas mógł sporo zainwestować w nieruchomości, dzieła sztuki, numizmatyki, akcje, obligacje czy inne wartościowe aktywa.

Co innego też, gdyby premier swoje pieniądze roztrwonił, gdyby żył jak utracjusz, który wszystko, co zarobił, wydał na hazard, inne rozrywki czy zbędne luksusy. I gdyby dziennikarze takie rzeczy wykryli, to choć nie są to nielegalne praktyki, to jednak podważałyby moralne kompetencje Mateusza Morawieckiego do kierowania rządem.

Tak samo jak można by mieć uzasadnione pretensje do premiera, gdyby swój majątek wyprowadzał z Polski, gdyby kupował nieruchomości lub udziały w spółkach albo rajach podatkowych. Byłby w takim przypadku też niewiarygodny jako szef rządu czy wcześniej minister finansów, który oficjalnie walczyłby z mafiami podatkowymi, które wyprowadzają zyski z Polski do rajów podatkowych, a sam również uciekałby tam ze swoim majątkiem.

Przepisanie na żonę dużej części majątku przez Mateusza Morawieckiego nie jest dla mnie dziwne, wręcz przeciwnie – jest zrozumiałe. Z jednej bowiem strony, gdy Morawiecki otrzymywał propozycję wejścia do rządu, oddawał żonie nadzór nad rodzinnym majtkiem, bo zwyczajnie jako minister czy szef rządu nie mógłby np. podpisywać umów najmu swoich mieszkań czy dokonywać innych operacji majątkowych.

Z drugiej strony trzeba brać pod uwagę, że przepisanie majątku na żonę mogło mieć i taki cel, aby media nie rozpisywały się o ogromnym majątku premiera. W Polsce bowiem wciąż pokutuje populistyczne spojrzenie na kwestie materialne, gdy duża część opinii publicznej, podsycana przez tabloidy, bardzo źle patrzy na ludzi zamożnych, zwłaszcza jeśli są politykami. Tak jakby tylko ubogi polityk był gwarantem uczciwości, a nie zamożny, który z drugiej strony może być np. mniej podatny na korupcję.

Bogactwo nie jest niczym złym, jeśli ktoś doszedł do niego uczciwie. A, jak już mówiłem, nie ma nawet przesłanek, które by wskazywały, iż premier Morawiecki wzbogacił się w sposób niezgodny z prawem. Więc afery nie ma, jest tylko podsycanie niezdrowych emocji.

Krzysztof Losz

Aktualizacja 12 marca 2018 (20:08)

Nasz Dziennik