logo
logo

Zdjęcie: Andrzej Kulesza/ Nasz Dziennik

Tajemnica skrytki za szafą

Czwartek, 19 kwietnia 2018 (15:40)

Aktualizacja: Poniedziałek, 7 maja 2018 (13:44)

Z Jerzym Płudowskim, mieszkańcem wsi Popławy-Rogale, którego rodzina ukrywała Antoniego Dołęgę „Znicza”, rozmawia Andrzej Kulesza

Antoni Dołęga „Znicz”, jeden z bohaterów książki Jacka Karczewskiego „Śladami Niezłomnych”, po rozwiązaniu swojego oddziału w 1955 roku nie ujawnił się przed komunistycznymi władzami. Do końca życia się ukrywał. Schronienie znalazł także u Pana rodziców.

– Z przekazów rodzinnych wiem, że Antoni Dołęga ukrywał się u nas od połowy lat 50. Pamiętam jego pierwszą wizytę u nas w 1969 roku. Miałem wtedy 7 lat. Widziałem, że ojciec chodził z koszykiem lub wiadrem do stodoły. Pewnego razu poszedłem za nim sprawdzić, po co tam coś nosi, gdyż w miejscu tym nie było zwierząt. Zobaczyłem, że ojciec siedział na snopku słomy z jakimś mężczyzną. Antoni Dołęga pierwszy mnie zauważył. Ojciec mnie zawołał i wytłumaczył: przyjechał wujek, który będzie szył kożuszki i tobie też jeden uszyje. Od tego czasu często przebywałem z Dołęgą. Nazywałem go wujkiem. Utkwiły mi w pamięci szczególnie historie o tematyce religijnej, które opowiadał. Bardzo lubiłem ich słuchać. W ostatnim czasie taką samą opowieść, jaką słyszałem z ust Dołęgi, przytoczył ksiądz podczas rekolekcji.

Kożuszek Panu uszył?

– Nie, ale gdy ukrywał się u innej osoby, która zajmowała się garbarstwem, to rzeczywiście pomagał szyć kożuchy. Osobom, u których się ukrywał, często pomagał w drobnych pracach przy segregacji warzyw. Pamiętajmy też, że nie miał nogi, poruszał się o kuli i na drewnianej protezie.

Jak często ukrywał się u Państwa?

– Co najmniej raz w roku przebywał u nas dwa, trzy tygodnie. Czasami miesiąc. Nikt nigdy nie wiedział, kiedy przyjdzie Dołęga. Odchodził też bez zapowiedzi. Czasami ojciec szedł ze śniadaniem, a jego już nie było. Jak był starszy i mniej sprawny, to ojciec odwoził go wozem. Zazwyczaj siedział z tyłu, niepostrzeżenie zeskakiwał z wozu i szedł do następnej kryjówki. Do końca życia zacierał za sobą ślady. Poruszał się zawsze tylko nocą. Zachowywał daleko posuniętą konspirację. Aby zmylić tropy, co jakiś czas dawał osobom jadącym do Częstochowy kartkę, aby ją stamtąd wysłały. I do Łukowa przychodziły pocztówki z pozdrowieniami podpisane przez „Małego Franka”.

 

To jest wręcz nieprawdopodobne. Dołęga ukrywał się ponad 30 lat u wielu osób i nie znalazł się zdrajca, który by go wydał. To wystawia bardzo dobre świadectwo mieszkańcom ziemi łukowskiej.

– Ukrywał się dokładnie od 6 maja 1945 roku, kiedy zdezerterował z komunistycznej 2. Armii Wojska Polskiego pod Budziszynem, aż do 1982 roku. W naszej miejscowości Popławy-Rogale ukrywał się u większości mieszkańców. Nie wszyscy też mieli warunki, by go przetrzymywać. Jednak u nas we wsi każdy go znał. Ale o tym, gdzie w danym momencie się ukrywa, zazwyczaj nikt nie wiedział. Kiedyś mama poszła do sąsiadki i opowiedziała, że śnił się jej Antoni. Wkrótce ona przyszła do nas i powiedziała, że Antoni był za drzwiami i wszystko słyszał.

Innym razem doszło do dramatycznego wydarzenia dla mojej matki. Dołęga przebywał wtedy w naszym domu w specjalnej skrytce za szafą i zwijał włóczkę. Na nasze podwórko przyjechało dwóch milicjantów. Matka struchlała ze strachu. Nie mogła z tego stresu wyjść na zewnątrz. Myślała, że za chwilę będzie strzelanina, rzucanie granatu, bo Dołęga często powtarzał, że nie da się wziąć żywcem. Tymczasem milicjanci zapytali o adres zupełnie kogoś innego, bo wtedy jeszcze nie było na domach tabliczek z numerami, i odjechali. Dołęga też musiał się wystraszyć, bo jeszcze tego samego dnia poszedł do innej kryjówki.

Dołęga zawsze miał ze sobą teczkę z pistoletem i granatem?

– Tak, nosił ze sobą również modlitewnik, pamiętniki. Miał zdolności plastyczne. Ładnie rysował. Często kupowałem dla niego bloki rysunkowe. Pamiętniki szczęśliwie ocalały. Po jego śmierci Artowiczowie, u których zmarł, przekazali je swojej rodzinie w Sokołowie Podlaskim. Oni je przechowali i w ubiegłym roku oddali rodzinie Antoniego Dołęgi. U nas zachowało się 21 jego rysunków.

Czy bezpieka szukała Dołęgi?

– Wiem, że UB, a potem SB przez swoją agenturę próbowały dotrzeć do Dołęgi. Na szczęście to im się nie udało. Jeszcze w stanie wojennym SB wypytywała o niego.

Raz doszło do dramatycznej sytuacji. Gdy przebywał u pewnej rodziny w Łęcznowoli, SB otoczyła budynki. Nakazali sołtysowi zgonić mieszkańców i wynieść słomę ze stodoły. Esbecy stali przy drzwiach i wszystko obserwowali. Tymczasem Antoniego Dołęgę chłopi wynieśli na podwórko związanego w pęk słomy i przyłożyli następnymi snopkami.

Pewnego razu przyszedł do gospodarstwa, które miało już innych właścicieli. Kobieta weszła do komórki, a tam siedzi Antoni Dołęga. Przestraszyła się. Przybiegła do nas z krzykiem, że złodziej przyszedł. Ojciec zorientował się, co się stało. Wytłumaczył, że to nie złodziej. Z drugim sąsiadem zabrali Antoniego i nie zakładając mu już protezy, przenieśli go po kryjomu do innej stodoły.

W latach 80. przestał przychodzić.

– Tak, podejrzewaliśmy, że zmarł. Ojcu powiedział, żeby go pochować u tego gospodarza, gdzie umrze, najlepiej na polu. I tak został pochowany przez Artowiczów w Popławach-Rogalach.

Mój ojciec przez 30 lat szukał grobu Dołęgi. Mieliśmy ślad, że mógł być pochowany w Łęcznowoli. Ojciec tam się wypytywał, ale nic nie znalazł. Większość mieszkańców przypuszczała, że jednak zmarł u Artowiczów i te przypuszczenia okazały się trafne.

Dziś wiemy, że potajemnie pogrzebał go Paweł Artowicz wraz z Henrykiem Popławskim i Czesławem Gryczonem. Jedynym żyjącym świadkiem pogrzebu jest Marek Artowicz, syn Pawła Artowicza. Złożył on ojcu przysięgę, że nie wyjawi miejsca, gdzie jest pochowany Antoni. Ojciec powiedział mu, że jak nie dotrzyma przysięgi, to jest komunistą.

Zresztą pierwotnie planowali pochować go na cmentarzu w Zembrach, do którego można było z naszej wsi polnymi drogami łatwo dojechać. Jednak ze względu na to, że wówczas obowiązywał stan wojenny, pogrzebali go w sosnowym lasku tuż przy budynkach swojego gospodarstwa. Miał to być tylko grób tymczasowy. Później chcieli przenieść go na cmentarz.

Marek Artowicz, kiedy zgłosiła się do niego rodzina Dołęgi, długi czas nie chciał nic powiedzieć. Dopiero 1 marca, rok temu, wyjawił długo skrywaną tajemnicę. W czerwcu przeprowadzono ekshumację.

Był Pan przy niej obecny?

– Tak, Antoni Dołęga został pochowany w trumnie zrobionej z nieheblowanych desek. Ponieważ w trumnie były szpary, przykryto ją workami po nawozie. Nawet można było odczytać jeszcze, jaki nawóz w nich był. Zachowały się szczątki protezy.

Jak zapamiętał Pan Antoniego Dołęgę?

– Był miłym, ciepłym, wesołym człowiekiem. Bardzo dobrze się z nim rozmawiało. Zawsze ogolony, czysty, schludnie ubrany. Był człowiekiem religijnym. Rysunki przez niego wykonane są oparte głównie na motywach religijnych i patriotycznych. Opowiadał mi, że w tajemnicy księża dla niego organizowali konspiracyjne Msze Święte.

Był dla nas swego rodzaju nauczycielem. Mówił o sprawach, których nie mogliśmy wtedy znaleźć w książkach. Dla zaufanych osób organizował nawet wieczory poetyckie.

Dziękuję za rozmowę.

Andrzej Kulesza

Nasz Dziennik