logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Warunki progowe są bardzo dobre

Sobota, 5 maja 2018 (19:24)

Z prof. Karolem Karskim, byłym sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, posłem do europarlamentu z Prawa i Sprawiedliwości, członkiem Prezydium Parlamentu Europejskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak ocenia Pan Profesor wstępny projekt unijnego budżetu na lata 2021-2027?

– Przede wszystkim jesteśmy na początku drogi. Mamy propozycję, podstawowe założenia projektu i jesteśmy przed rozmowami na temat przyszłego budżetu Unii Europejskiej. Co by nie powiedzieć, warunki progowe są bardzo dobre – wbrew temu, co wietrzyła Platforma wespół z PSL. Z szeregów byłej władzy słyszeliśmy np., że poprzedni budżet, który negocjowali, był ostatni, w którym przyznawano środki w ramach polityki spójności, podobne katastroficzne wizje roztaczano co do wspólnej polityki rolnej. Tymczasem okazuje się, że mimo Brexitu i braku brytyjskich wpływów do wspólnej kasy Unii Europejskiej ten budżet nie tylko, że nie jest mniejszy, ale nawet nieznacznie wyższy. Tym samym polityka spójności czy wspólna polityka rolna, nieznacznie okrojone, ale zostają. Co więcej, dopłaty dla polskich rolników będą znacząco zbliżone do tych, jakie otrzymują rolnicy z Europy Zachodniej. Wiele zatem wskazuje na to, że per saldo środki, jakie otrzyma Polska, mogą być nawet wyższe. Ponadto jako Polska oczywiście będziemy zabiegać o środki z innych polityk sektorowych, np. w zakresie nowych technologii, jest to tym bardziej ważne, że sfera ta w Polsce bardzo dobrze się rozwija. Ale to nie wszystko, bo są jeszcze pieniądze na edukację czy przedsiębiorczość i poważne programy z tym związane, po które też powinniśmy sięgnąć. Można zatem powiedzieć, że punkt wyjściowy do negocjacji budżetowych jest bardzo dobry, ale trzeba też pamiętać, że jest to dopiero początek dosyć długiej drogi. Negocjacje mogą potrwać od roku do nawet trzech lat – biorąc pod uwagę negocjacje poprzednich wieloletnich ram finansowych budżetu Unii.

Wszystko jest zatem przed nami…?

– Dokładnie, z tym że – jak wspomniałem – ramy wyjściowe są dla Polski bardzo dobre.

Totalna opozycja straszyła nas cięciami, że Polska przez rząd PiS dużo straci...

– Owszem, można powiedzieć, że jest to miara skuteczności polityki zagranicznej polskiego rządu. Natomiast patrząc na skuteczność polityki totalnej opozycji w Polsce, można mieć mieszane uczucia. Widać, że politycy Platformy, którzy czują się gorsi od innych w Unii, próbują tę swoją uległość zewnętrzną, czyli podporządkowanie wobec innych nacji, odreagować, bijąc się o swoje miejsce w Polsce. Co więcej, robią to, odwołując się do innych, czyli wciąż obowiązuje zasada „ulica i zagranica”, im gorzej dla Polski, tym lepiej, a więc radość z tego, gdy coś się Polsce nie udaje. To podejście, jakie prezentuje Platforma, jest z gruntu złe i niezrozumiałe, przecież każdemu Polakowi, zwłaszcza politykowi reprezentującemu swój kraj na arenie międzynarodowej, powinno zależeć na tym, aby Polska była znaczącym państwem szanowanym w Unii. Do tego naprawdę nie potrzeba dużo, wystarcza potencjał terytorialny, ludnościowy, gospodarczy i trzeba tylko z tego umiejętnie korzystać, czyli nie oddawać innym wszystkiego, tylko współpracować i prowadzić racjonalną wymianę poparcia w zakresie wszystkich projektów. Wtedy ten organizm będzie funkcjonował prawidłowo. Muszę jednak przyznać, że takiego podejścia do spraw i interesów własnego państwa, jakie prezentuje Platforma, nie widziałem w żadnej grupie polityków z innych państw zasiadających w europarlamencie. Często politycznie różni ich wiele, np. w Niemczech, we Francji, ale nie ma to przełożenia na działania szkodliwe wobec własnego państwa czy wręcz domaganie się sankcji dla własnego kraju, jak to robią politycy Platformy.

Czy propozycja, aby kryterium praworządności, od którego miałaby być uzależniona wysokości przyznawanych środków, jest w ogóle akceptowalna?

– Te kryteria przestrzegania praworządności – zresztą niedookreślone – to pomysł z księżyca. Żeby było jasne, Polska przestrzega praworządności w o wiele wyższym stopniu niż np. Niemcy czy Francja i jeszcze kilka innych państw europejskich. Nie można jednak mieszać z budżetem czegoś, co nie ma z tym związku. Kryterium praworządności to nic innego jak próba wyjścia z twarzą przez Komisję Europejską z niefortunnego wplątania się w procedurę art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej przeciwko Polsce. Niestety ta kwestia sprawiała przyjemność politykom totalnej opozycji, których wręcz rozpierała radość, kiedy atakowano Polskę. Tyle tylko, że kryterium praworządności nie ma szans powodzenia. Nikt się nie zgodzi na stosowanie niedookreślonych kryteriów do wydatkowania środków budżetowych. I ta kwestia w zasadzie już na samym początku została wyłączona z rozmów budżetowych.

Szef polskiej dyplomacji Jacek Czaputowicz podczas ostatniego spotkania z Fransem Timmermansem wyraźnie zastrzegł, że próby uzależniania wysokości przyznawanych środków m.in. z Funduszu Spójności od stanu praworządności są dla Polski nie do zaakceptowania…

– To jest opinia nie tylko Polski, bo m.in. Rumunia, Bułgaria czy Węgry też zaprotestowały przeciwko uzależnianiu budżetu i wypłat z Fundusz Spójności od tzw. praworządności. Tak jak wspomniałem, kwestia ta została wyłączona z rozmów budżetowych i na agendzie już jej nie ma, bo żadne z państw nie poparło zawartych tam rozwiązań. Owszem, jest jakiś ogólny pomysł i Komisja Europejska próbuje wybrnąć z twarzą z art. 7, ale forsowanie tej procedury zakończy się niczym. W Unii Europejskiej nie ma żadnego państwa, które poparłoby wprost te rozwiązania. Sama Komisja już ten projekt schowała. Budżet unijny nie może być uzależniany od uznaniowości, nie może być tak, że ktoś, posługując się bardzo ogólnymi hasłami, stwierdzi, że w danym państwie jest coś nie tak, a wszyscy na to przystaną, bo to byłoby sprzeczne z ideą konstruowania budżetu. Natomiast były prowadzone rozmowy z unijną komisarz ds. sprawiedliwości, spraw konsumenckich i równości płci Věrą Jourovą, która ten projekt przygotowała, co do uszczegółowienia zawartych tam zapisów. Tak czy inaczej żeby ten pomysł wszedł w życie, to kryteria wdrażania procedur musiałyby zostać bardzo dokładnie sprecyzowane, tyle że wówczas mogłoby się okazać, że takie kryteria dotyczące nieprzestrzegania praworządności, których konsekwencją byłyby cięcia w przyznawaniu środków, spełniają nie Polska, ale takie państwa jak Niemcy, Francja, Holandia, Belgia i wiele innych krajów unijnych. Z kolei Polska jest tym krajem, gdzie dla przykładu wykonuje się jeden z największych procentów orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w przeciwieństwie do szeregu innych państw, gdzie nie wykonuje się bardzo wielu orzeczeń tej instytucji. To wszystko wskazuje na to, że ten bzdurny pomysł straszenia karami za rzekomy brak praworządności pękł niczym bańka mydlana.                 

Trwają próby dopinania unijnego budżetu, tymczasem niewiele się mówi, że cały czas czkawką odbija się Brexit, do którego po trosze doprowadzili unijni decydenci. Co więcej, nie byli w stanie zatrzymać lawiny, którą wywołali.

– W tym względzie wielkie „zasługi”, że Brytyjczycy zdecydowali się wyjść z Unii Europejskiej, położyło szereg instytucji unijnych. Wystarczy tylko przypomnieć bardzo mocne wypowiedzi przewodniczącego Komisji Europejskiej Jean-Claude'a Junckera czy ówczesnego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Martina Schulza, którzy nawet w dniu referendum stawiali ultimatum Wielkiej Brytanii, w stylu „albo zostajecie, albo wychodzicie”, co tylko pokazuje, że nawet nie próbowano stworzyć Brytyjczykom warunków do pozostania we Wspólnocie. Proszę też nie zapominać, że osobą, która posiadała mandat Unii Europejskiej do rozmów z Wielką Brytanią w sprawie odstąpienia od referendum poprzedzającego Brexit, był nie kto inny, jak przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. I to on okazał się nieskutecznym politykiem, który nie zrobił nic konkretnego, żeby stworzyć Wielkiej Brytanii warunki pozostania w Unii. Nie dość, że ani wcześniej, ani też później nie zrobił nic dla Unii, to jeszcze powierzono mu misję negocjatora, a więc ważną, odpowiedzialną rolę, którą rozłożył na łopatki. Nie ulega wątpliwości, że Wielka Brytania – jedna z najbardziej rozwiniętych gospodarek – jest państwem istotnym, znaczącym na świecie, którego nie sposób pominąć, a więc ramy przyszłej polityki unijnej – siłą rzeczy – będą musiały zakładać ścisłą wzajemną współpracę, podobnie jak to ma miejsce w przypadku Szwajcarii czy Norwegii, które nie są członkami Unii, ale są w Europejskim Obszarze Gospodarczym i ich relacje z Unią są bardzo ścisłe. Mimo Brexitu współpraca zostanie utrzymana, ale – jak widać chociażby w przypadku tworzenia nowego budżetu Unii na lata 2021-2027 – brak znaczącej składki brytyjskiej jest mocno odczuwalny. Oczywiście budżet unijny został lekko podniesiony poprzez skorygowanie wzwyż składki pozostałych państw członkowskich, natomiast Unia Europejska jest mocna tym, że jest jedną wielką, mocną gospodarką, przy czym im większa, tym sprawniejsza. I pozbycie się potężnego rynku i przemysłu brytyjskiego długo będzie się odbijało czkawką. Tracą na tym wszyscy, zarówno Wielka Brytania, jak też Unia, a ci, którzy za to odpowiadają, nawet nie są zdolni przyjąć na siebie odpowiedzialności.

Juncker chyba dość wyraźnie wskazał na indolencję Tuska, także w tym zakresie wskazując, że stanowisko szefa Rady Europejskiej, jakie piastuje, powinno zostać zlikwidowane…

– To w pewnym sensie ocena pracy Donalda Tuska, a właściwie braku wyników tej pracy, co widać gołym okiem. Jeszcze raz chcę podkreślić, że Donald Tusk był tym politykiem, który oficjalnie w imieniu Unii Europejskiej odpowiadał za rozmowy i zaproponowanie Wielkiej Brytanii warunków, które umożliwiłyby jej odstąpienie od referendum. Następnym krokiem mogłoby być przedstawienie warunków, które skłoniłyby Brytyjczyków do pozytywnej odpowiedzi w kwestii pozostania w Unii. I ta wielka misja, którą powierzono Donaldowi Tuskowi, zakończyła się nie tylko jego osobistą porażką, ale klęską całej Unii Europejskiej.

Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl