Za nami wizyta premiera Viktora Orbána w Warszawie, pierwsza zagraniczna podróż po wyborach na Węgrzech. Czy to był tylko symboliczny gest?
– Owszem, ta wizyta to był symboliczny gest, przy czym każdy symbol coś znaczy. Tak jest również w tym wypadku. Zresztą wybrzmiało to w sposób jasny już w exsposé premiera Orbána w węgierskim parlamencie, kiedy nakreślił plan swoich rządów, wskazując również na Polskę jako głównego sojusznika, główny podmiot, z którym chce być w relacji i prowadzić europejską politykę.
Zważywszy, że premier Orbán to polityk pragmatyczny, który współpracuje nie tylko z Polską, ale także z Rosją, to na ile ten sojusz z Polską jest trwały?
– Między Węgrami a Rosją nie ma żadnego sojuszu, natomiast w relacjach Orbána z Putinem jest pewien zakres wspólnych interesów, zwłaszcza w polityce energetycznej. Węgry nie mają dostępu do morza, co więcej, są atakowane przez Brukselę, dlatego z punktu widzenia Viktora Orbána kwestie dotyczące energetyki są jak najbardziej naturalne. Proszę też pamiętać, że dzisiaj definiowanie w polityce tylko jednorodnego sojuszu, sojuszu tylko z jednym partnerem, niestety nie rokuje na przyszłość i z reguły nie kończy się zbyt dobrze. My, trzymając się wektora amerykańskiego, też musimy pamiętać, że z chwilą uchwalenia jednogłośnie przez amerykański Senat i podpisanej przez prezydenta Trumpa ustawy Just Act zwanej też ustawą 447 mamy całą sferę spraw, które będą nas różnić, a niektóre nawet bardzo będą nas różnić. Stąd należy myśleć w kategoriach rozróżnienia pewnych działań, w różnych aspektach – tak jak robi to Viktor Orbán. Polska jest strategicznym sojusznikiem Węgier i to nie dlatego, że łączą nas sentymenty, ale dlatego, że nasze kraje łączy najwięcej wspólnych interesów, zwłaszcza jeśli bierzemy pod uwagę naszą politykę w stosunku do Unii Europejskiej. Dlatego, w tym sensie, mieć pretensje do premiera Orbána, że próbuje się ratować w perspektywie energetycznej – zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę wspomniane wcześniej okoliczności – byłoby to, delikatnie rzecz ujmując, bardzo nieroztropne.
Polska i Węgry nie zgadzają się – jak Pan Profesor zauważył – na finansowanie polityki migracyjnej i uzależnianie unijnego budżetu od kwestii praworządności. Czy ta wspólna linia może się okazać skuteczna i czy to wzmacnia naszą siłę negocjacyjną?
– Oczywiście, że w sojuszu z Węgrami jesteśmy mocniejsi. Pamiętajmy też, że w sporze o praworządność z Komisją Europejską, który trwa w tej chwili, bez Węgier bylibyśmy absolutnie osłabieni, a nasze argumenty byłyby dużo słabsze. To z kolei potęgowałoby siłę szantażu płynącego z Brukseli. Natomiast w sytuacji, kiedy Węgry deklarują, że nie poprą ewentualnych sankcji na Polskę, jesteśmy silniejsi. Jest to zatem pewna oś, sojusz polsko-węgierski, wokół którego należy sobie dobierać kolejnych sojuszników. W tym znaczeniu ten sojusz dla Polski, ale również dla Węgier, które też mogą być zagrożone procedurą art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej, jest to z całą pewnością bardzo duża wartość.
Premier Orbán w Warszawie wypowiedział bardzo ważne zdanie, mianowicie, że Węgry będą się skupiać na zabezpieczeniu swoich granic, dodając, że Węgry bronią Europy od strony Bałkanów. Czy te słowa są w stanie wywrzeć wrażenie na brukselskich elitach?
– Ta retoryka Viktora Orbána jest adekwatna do tego, co obiecywał w kampanii wyborczej. Proszę pamiętać, że to zdecydowane zwycięstwo partii Fidesz w wyborach do węgierskiego parlamentu kwalifikowaną większością jest skutkiem właśnie tej retoryki, a premier Orbán stara się realizować to, co obiecał. Natomiast zdaje sobie sprawę, że Unii Europejskiej i elit brukselskich nie przekona, stąd chce tylko zamanifestować swoje stanowisko. Tymczasem Unia w tej chwili bardziej skupia się wokół Karola Marksa, co było widoczne chociażby ostatnio w Trewirze, niż wokół europejskich tradycji narodowych.
Czy Polska i Węgry są przeszkodą na drodze zaorania chrześcijańskiej cywilizacji europejskiej, do czego dąży Bruksela i liberalne rządy szczególnie zachodnich państw Unii?
– Oczywiście ten problem nie dotyczy tylko imigrantów, ale pewnego modelu, na którym jest budowana cała wspólnota europejska. Trewir i odsłonięcie pomnika Marksa – notabene z Chin – pokazało dobitnie, że komunizm w nowoczesnej formie jest akceptowalny w ramach rewolucji kulturalnej. Z kolei ideologia Spinellego, zakładająca likwidację suwerennych państw narodowych, ma pozwolić na zlikwidowanie tradycyjnej kultury europejskiej i stać się wykładnią ideową Europy, a nie chrześcijaństwo. Wszyscy, którzy sprzeciwiają się tej neomarksistowskiej wizji, w której nie ma miejsca dla narodu, są określani jako niepraworządni, stawiani pod pręgierzem, bo rzekomo działają wbrew tzw. wartościom europejskim. Natomiast Polska i Węgry, ale nie tylko te kraje, starają się podążać w poprzek tej chorej wizji, nawiązując do klasycznej Europy.
Cywilizacja europejska oparta jest na filozofii greckiej, prawodawstwie rzymskim i religii chrześcijańskiej. Komu zależy, żeby te fundamenty burzyć?
– W Europie mamy dzisiaj potężny kryzys filozofii, a zarazem kryzys religii. Warto też pamiętać, że rewolucja zawsze ma to do siebie, że jest destrukcyjna. Powiedzmy sobie uczciwie, że klasyczny marksizm był również zaprzeczeniem wszystkich odniesień dotyczących wartości. Pamiętamy katastrofalne zagrożenie ze strony Sowietów, później były wojny oraz Cud nad Wisłą w 1920 roku. Gdyby nie zwycięstwo Polaków, środkowa Europa stałaby otworem przed komunistyczną propagandą i sowiecką inwazją. Marksizm także podważa chrześcijańskie korzenie Europy, a komu zależy, żeby burzyć tradycyjne fundamenty? – no właśnie, ideologom, utopistom, którzy uwierzyli w tę neomarksistowską wizję i starają się realizować te utopijne plany oraz utopijną wizję stworzenia świeckiego raju na ziemi, co w istocie sprowadzi katastrofę cywilizacyjną.
Czy Polska, Węgry i inne państwa, które wyznają tradycyjne wartości, są w stanie wspólnie powstrzymać tę katastrofę cywilizacyjną i obronić świat wartości przed zapaścią?
– Warto pamiętać, że zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech te procesy destrukcyjne też się dokonują, toczy się wewnętrzna, bardzo silna batalia w tym zakresie. I na tym wewnętrznym polu rozgrywa się główna walka. Pytanie brzmi, czy uda się, choćby w sensie większościowym, utrzymać zdrowy rozsądek i tradycyjne zasady życia społecznego. Czy to się uda, tego póki co nie wiemy, bo o tym będą decydować konkretni ludzie i konkretne pokolenia. Na pewno jest szansa, choć trzeba też powiedzieć, że wielkich nadziei, zwłaszcza w Europie Zachodniej, nie ma. Tam nie widać ani ożywienia religijnego, ani na płaszczyźnie unijnej jakiegoś odniesienia, a więc czegoś, co moglibyśmy nazwać zdrowym rozsądkiem. Odwoływanie się do Marksa, co mogliśmy zaobserwować ostatnio chociażby w Trewirze, nie ma nic wspólnego z tym, co zwiemy klasyczną Europą.
Tym bardziej gdy peany na cześć Marksa płyną z ust szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera…
– Jeśli takie słowa padają z ust urzędującego szefa Komisji Europejskiej – jednej z najważniejszych instytucji w Unii Europejskiej – to znaczy, że ten człowiek wypowiada je w imieniu grupy, która dziś rządzi Europą. Dlatego słowa wypowiedziane przez Junckera w Trewirze podczas uroczystości 200-lecia urodzin Marksa, określające autora „Manifestu komunistycznego” mianem wizjonera „patrzącego w przyszłość filozofa z aspiracjami”, nikogo tam nie zszokowały. Te słowa są natomiast szokujące dla nas.

