logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: JEON HEON-KYUN / PAP/EPA

Pierwszy krok na wyboistej drodze

Wtorek, 12 czerwca 2018 (22:34)

Z dr. Przemysławem Wójtowiczem, politologiem, wykładowcą w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Za nami szczyt Donald Trump – Kim Dzong Un w Singapurze. Czy możemy mówić o przełomie w relacjach amerykańsko-koreańskich?

– Czy to jest przełom, to osobiście mam ambiwalentne odczucia. Z całą pewnością jest to przełom, jeśli chodzi o samo spotkanie przywódców Stanów Zjednoczonych i Korei Północnej, a więc urzędującego prezydenta największego mocarstwa na świecie oraz przywódcy, dyktatora z Korei Północnej. Jeśli zaś chodzi o efekty, to mam mieszane odczucia, bo na wymierne korzyści – po pierwsze – trzeba będzie jeszcze poczekać, a po drugie nie ma pewności, czy one w ogóle nastąpią.    

 

Donald Trump skorzystał już z okazji, aby odtrąbić sukces dyplomatyczny, którego chyba potrzebował?

– Sukces dyplomatyczny – owszem – jest, w tym sensie, że do spotkania obu przywódców w ogóle doszło. Sytuacja – jak pamiętamy – zmieniała się jak w kalejdoskopie i właściwie do końca nic nie było pewne. Tak czy inaczej w dyplomacji zawsze od wojny i zaciętości lepsze są spotkania i rozmowy. Dyplomacja jest lepsza od wojny. Pod tym względem, rozpatrując tę sprawę zarówno dla Stanów Zjednoczonych jak i dla Korei Północnej, jest to sukces, który zostanie wykorzystany w przekazie propagandowym skierowanym przede wszystkim do środowisk politycznych obu państw.

 

Kim Dzong Un wprawdzie zobowiązał się do całkowitej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, jednak sankcje na Koreę Północną na razie zostaną utrzymane i mają być stopniowo znoszone…

– To jest bardzo ciekawe. Tym bardziej warto się wczytać w cztery punkty zawartego porozumienia, przy których nie ma żadnych konkretnych dat granicznych.

 

Co to może oznaczać?

– To oznacza, że otwiera się drogę do swobodnej gry każdym z punktów tego porozumienia. Są one napisane bardzo ogólnie, bez jakichkolwiek dat granicznych i możliwości sprawdzania stanu realizacji porozumienia oraz  każdego z zawartych tam punktów.

 

Komu bardziej służy brak konkretów?   

– Korea Północna wbrew temu, co mogłoby się wydawać, jest trwałym państwem, którego tak naprawdę nie opłaca się likwidować. Likwidacja oznaczałaby bowiem wojnę z tym państwem, co w tej chwili nie jest korzystne, ani dla Stanów Zjednoczonych, ani tym bardziej – jak mogłoby się wydawać – dla Korei Południowej, dla której likwidacja reżimu Kimów i przyłączenie, a tym samym połączenie obu Korei w jedno państwo mogłoby się stać faktem. Bliższa obserwacja pokazuje też, że społeczeństwo Korei Północnej jest przeciwne jakiejkolwiek wojnie, która powodowałaby olbrzymie zaburzenia w gospodarce tego państwa, gospodarce, która jest teraz nastawiona na ekspansję. Naruszenie czy wstrzymanie procesu własnego rozwoju niewątpliwie nastąpiłoby, gdyby postępowała dalsza eskalacja napięcia politycznego pomiędzy Koreą Północną a Koreą Południową. To z kolei prowadziłoby do wojny. Suma tych wszystkich elementów pokazuje, że nie można zlikwidować wroga – czyli Korei Północnej, ale trzeba się z nim dogadywać, aby w ten sposób go ucywilizować. I w takim kontekście widzę spotkanie Trump – Un.       

 

Trump jest – można powiedzieć – perfekcjonistą, który doskonale porusza się w tym obszarze…

– Tutaj ewidentnie widać doświadczenie biznesowe Donalda Trumpa. Zanim został prezydentem, przez wiele lat był biznesmenem, na tym polu odnosił sukcesy i na biznesie zbudował swoją potęgę, co pozwoliło mu osiągnąć sukces w wyborach prezydenckich. Metody wypracowane i sprawdzone na polu biznesowym Trump teraz wprowadza w świat polityki, zwłaszcza polityki międzynarodowej. Zdaje się, że tę umiejętność wykorzystał także podczas spotkania z Kim Dzong Unem. Wydaje się jednak, że na tym, aby to spotkanie nie zakończyło się konkretnymi zobowiązaniami, które można byłoby łatwo egzekwować, zależało chyba obu stronom. To sprawia, że technicznie można będzie w miarę elastycznie przeciągać końcowe ustalenia, które dzisiaj pod względem PR-owym oczywiście dobrze się sprzedadzą jako przełom, jako sukces. Oczywiście pod względem wzajemnych kontaktów, których między Waszyngtonem a Pjongjangiem nie było od lat, to jest pewien sukces. Pytanie tylko, czy ów sukces przełoży się na szczegółową realizację zaciągniętych zobowiązań, tym bardziej że nie padły tam żadne konkretne terminy.

 

Tych terminów wprawdzie nie ma, ale podczas swojej konferencji prasowej prezydent Trump zapytany, co zrobi jeśli Un nie zrealizuje zobowiązań, powiedział, że nie chce grozić. Po „ogniu i furii” – czym wcześniej Trump groził Unowi, gdyby ten zechciał zaatakować Stany Zjednoczone, widać jednak zmianę podejścia Waszyngtonu…

– To są tylko słowa. Przecież przez kilkadziesiąt ostatnich lat Stany Zjednoczone pokazały, że tak naprawdę nie mają zamiaru jako pierwsze atakować Korei Północnej. Natomiast sojusz i bazy wojskowe, które Amerykanie posiadają na terenie Korei Południowej oraz cała obecna tam infrastruktura militarna, jest przygotowana przede wszystkim w celach obronnych. Chodzi o to, żeby w razie ataku ze strony reżimu północnoamerykańskiego obronić swojego sojusznika, czyli Koreę Południową. Nie należy się zatem spodziewać, że Stany Zjednoczone nagle zaczną myśleć, aby jako pierwsze ofensywnie zaatakować Koreę Północną. Tak czy inaczej wracamy do status quo, co miało miejsce od zakończenia wojny koreańskiej na Półwyspie w 1953 roku. Według mnie, po tym spotkaniu Trump – Un można by się było spodziewać jeszcze jednego konkretu, co niestety nie zostało wyartykułowane, mianowicie zakończenia wojny koreańskiej. Okazuje się, że w 1953 roku zostało podpisane tylko i wyłącznie zawieszenie broni między stronami, a zatem z międzynarodowego punktu widzenia wojna ta trwa do dzisiaj. Jednak temat ten w zawartym porozumieniu został poruszony bardzo oględnie i tylko mówi o tym, że będą trwały dalsze prace nad zapewnieniem pokoju na Półwyspie Koreańskim. Jeśli zatem mówimy o braku konkretów, szczegółów, to jednym z pewnością jest brak porozumienia pokojowego kończącego wojnę koreańską. Wszystko inne także jest zbiorem ogólnych deklaracji, na które każda ze stron bez problemu mogła się zgodzić.

 

Czy Kim Dzong Un zachęcony przez Donalda Trumpa zechce pozostać na drodze denuklearyzacji, czy może kupuje sobie czas, aby uporządkować wewnętrzne problemy?

– Zastanawiam się, co powoduje Kim Dzong Unem. Z jednej strony musimy mieć świadomość, że Korea Północna – bez wątpienia – pozostanie państwem totalitarnym. Nie łudźmy się, bo cały czas będzie to dyktatura na czele z kolejnymi potomkami rządzącego klanu Kimów. I pod tym względem żadnego przełomu tutaj nie należy się spodziewać, a wręcz przeciwnie poprzez to spotkanie Trump – Un dyktatorzy będą legitymizowani międzynarodowo. Moja analiza – na podstawie przekazów medialnych – jest taka, że jednym z elementów, które skłoniły Una do denuklearyzacji, są coraz większe problemy techniczne związane z dalszym rozwojem programu nuklearnego. Chociażby doniesienia czy zdjęcia satelitarne z ostatnich miesięcy mówią o tym, że na poligonie atomowym w Punggye-ri doszło do dużej katastrofy, gdzie zawaliła się jedna ze sztolni podziemnych. Dlatego program atomowy został tak czy inaczej zastopowany przez tę katastrofę. I to może być jedna z odpowiedzi, dlaczego akurat w tym momencie i tak łatwo Kim Dzong Un zdecydował się na denuklearyzację.

 

Kim Dzong Un, o którego względy zabiegają Chiny, a także Rosja, jest w stanie, czy może próbować „wykiwać” Trumpa?

– Nie można wykluczyć, że możemy mieć tutaj do czynienia z huśtawką w relacjach – podobną do tej jak między Stanami Zjednoczonymi a Iranem, bo zawarte dzisiaj porozumienie jest skonstruowane całkowicie niezobowiązująco. Pamiętajmy też o tym, że Koreańczycy z Północy mogli stwierdzić, że wiele lat rozwoju programu nuklearnego i jednak posiadanie już de facto broni atomowej oraz programu rakiet balistycznych i konkretne osiągnięcia na tych dwóch polach, to wszystko spowodowało, że politycznie bardziej im się opłaca – na tym etapie – zrezygnować z programu atomowego. Jeśli chodzi o technologię nuklearną i rakietową, może się im opłacać ewentualnie odsprzedać te zasoby, tym bardziej że są chętni.

 

Kogo konkretnie ma Pan na myśli?

– Z tego, co można przeczytać między wierszami różnych opinii międzynarodowych, chętni są w różnych rejonach świata, np. Pakistan byłby chętny wejść w posiadanie koreańskiej technologii nuklearnej. Mówi się, że na koreańską technologię chętny byłby także jeden z partnerów czy sojuszników amerykańskich na Bliskim Wschodzie, czyli Arabia Saudyjska. Można zatem obstawić, że wiele zaskakujących zwrotów akcji może się tutaj wydarzyć. Koreańczycy, co mogli technologicznie zrobić przez wiele lat prób nuklearnych, to już zrobili i trudno się spodziewać kolejnych osiągnięć na tym polu. Dlatego mogą być zainteresowani odsprzedaniem tej broni komuś innemu.

 

Wracając do szczytu w Singapurze, można powiedzieć, że sukces dyplomatyczny jest, ale gorzej z konkretami?                            

– Sukces dyplomatyczny z pewnością został osiągnięty. Ale jest to zaledwie pierwszy krok na długiej, wyboistej drodze do trwałego porozumienia. Oczywiście jest nadzieja na przełom, ale to wymaga czasu. Wychodzę z założenia, że zawsze warto rozmawiać, niż wysyłać przeciwko sobie żołnierzy i obrzucać się bombami. Mamy na razie sukces dyplomatyczny, ale na jakiekolwiek wymierne efekty rozpoczętych rozmów musimy jeszcze poczekać. Bardzo istotną, choć może mniej medialną, byłaby np. realizacja czwartego punktu porozumienia – mianowicie informacja i ewentualnie przekazanie szczątków ofiar wojny koreańskiej, którzy zaginęli na polu walki, na co czeka wiele rodzin. Myślę, że warto byłoby zwrócić uwagę na ten jakże ważny wątek w obu Koreach, ale także w Stanach Zjednoczonych.

 

Pierwszy gest już nastąpił. Mianowicie kilku Amerykanów – więźniów reżimu północnokoreańskiego – już wcześniej powróciło do swych rodzin…

– To jest bardzo ważna kwestia. Nie można się bowiem skupiać tylko na zagadnieniach typu bomba nuklearna, natomiast dla zwykłych ludzi ze wszystkich wspomnianych wcześniej państw najważniejszy jest właśnie ten aspekt. Chodzi o to, żeby dowiedzieć się, jaki los spotkał ich bliskich krewnych, ewentualnie zlokalizować miejsce ich pochówków, ściągnąć ich prochy do kraju i móc stanąć nad ich grobami i pomodlić się o spokój ich dusz.

Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl