W Luksemburgu zakończyło się spotkanie ministrów ds. europejskich. Wysłuchanie Polski w Radzie Unii Europejskiej to można rzecz położenie kart na stół. Kto ma silniejsze karty: Polska czy może Komisja Europejska?
– Poza wszelkim sporem fakty i prawo są po naszej stronie. Natomiast drugiej stronie, stronie brukselskiej, wcale nie chodzi o prawo, fakty czy o praworządność, tylko chodzi im o ideologię. W związku z tym wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans wciąż, często wbrew logice, realizuje swoją misję, która polega na atakowaniu Polski, a nie na tym, żeby troszczyć się o demokrację czy praworządność. Co by nie powiedzieć, to pokazuje, że Frans Timmermans z demokracją to wiele wspólnego nie ma.
Komisja Europejska wciąż naciska, pomimo że rząd Mateusza Morawieckiego ustąpił w kilku kwestiach związanych z reformowaniem sądownictwa. Czyżby argumenty merytoryczne nie docierały do polityków unijnych?
– Wola prowadzenia rozmów i dialogu przez rząd Polski i pewna elastyczność z naszej strony pokazały dobitnie, że w tym całym sporze nie chodzi o prawo, ale – jak wspomniałem – chodzi o ideologię. Gdybyśmy wcześniej, na wstępie negocjacji z Komisją Europejską, powiedzieli tylko tyle, że Polska jest państwem suwerennym, że reforma wymiaru sprawiedliwości nie wchodzi w zakres prawa unijnego, w związku z tym mamy prawo do reformowania państwa tak, jak uważamy za stosowne, to wówczas uznano by, że Polska nie wykazuje dobrej woli, że nie chce dyskutować, może też nie ma argumentów i dlatego unika rozmów. Natomiast dobrze się stało, że polski rząd podjął rozmowy, wykazywał pewną elastyczność i wolę porozumienia, a to obnażyło, o co tak naprawdę drugiej stronie chodzi. I dzisiaj dysponujemy właśnie tego rodzaju argumentami, mianowicie że Komisja Europejska wcale nie jest zainteresowana praworządnością, demokracją i obroną rzekomo zagrożonej Konstytucji RP, tylko jest zainteresowana zupełnie, zupełnie czym innym. To obnaża prawdziwe intencje, mianowicie że Komisji Europejskiej potrzebna jest maczuga na Polskę. Dlatego też przyszedł taki czas, żeby polski rząd – w sposób asertywny – prezentował swoje stanowisko.
Wiceminister Konrad Szymański do wszystkich państw członkowskich wysłał wczoraj list, w którym wykazuje błędy rzeczowe popełnione we wnioskach przez Komisję Europejską. Ale czy to wystarczy?
– Nie sądzę, żeby to wystarczyło. Ale z drugiej strony powinno dotrzeć do niechętnych nam biurokratów brukselskich, ale też do takich państw jak Holandia, Belgia, Szwecja oraz Niemcy czy Francja, że Polska będzie bronić swojej suwerenności i ze swoich reform oraz z demokracji nie zrezygnuje. Z tej drogi się nie cofniemy. Fakty są bowiem takie, że demokracja to nie jest słuchanie urzędników z Brukseli, ale demokracja to słuchanie tych, którzy powołali, wyłonili władzę w Polsce, a więc wsłuchiwanie się w głos suwerena. Polski parlament pochodzi z demokratycznych wyborów i w związku z tym obowiązkiem posłów i senatorów RP jest realizowanie woli swoich wyborców, a nie biurokratów brukselskich.
Prawo unijne przewiduje tylko jedno wysłuchanie państwa członkowskiego w Radzie Unii Europejskiej. Jednak czy – znając stosunek Brukseli do polskiego rządu – na tym się skończy?
– Trudno powiedzieć. Nie wiem, jakie będą konkluzje tego wysłuchania Polski w Luksemburgu i jakie będą kolejne działania podejmowane przez gremium państw członkowskich. Być może, że twarde, stanowcze stanowisko Polski zniechęci do wytaczania kolejnych dział przeciwko nam. Pewne natomiast jest, że Bruksela powinna zająć się rzeczywistymi problemami, jakie dotykają dziś Unię Europejską – w tym przede wszystkim rozwiązaniem kryzysu migracyjnego – a nie wydumanymi, sztucznie podsycanymi problemami polskimi. Trzeba powiedzieć jasno, że Polska nie ma problemu. W Polsce jest demokracja i to w zdecydowanie większym wymiarze niż w krajach, które są reprezentowane przez panów z Brukseli. Tam – można powiedzieć – demokracja przeżywa poważny kryzys. Czy jednak na tym spotkaniu, na tym dzisiejszym wysłuchaniu się zakończy, tego nie wiem. Natomiast chciałbym wierzyć w to, że w końcu przyjdzie refleksja, że unijni biurokraci zrezygnują z atakowania naszego kraju. Zanim to jednak nastąpi, polski rząd nie może być bezczynny i powinien wykazać swoje zdeterminowanie, czego efektem będzie trwanie przy reformowaniu państwa, także, a może przede wszystkim w szeroko pojętym wymiarze sprawiedliwości.
Jak twierdzi szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów minister Michał Dworczyk, jeśli nie dojdzie do zamknięcia procedury art. 7 wobec Polski, to rząd będzie dążył do możliwie najszybszego głosowania art. 7. Co nam to pokazuje?
– Nam chodzi o to, żeby przerwać tę nikogo już nieekscytującą grę przeciwko Polsce. Natomiast Bruksela ma na celu, aby to grillowanie Polski toczyło się dalej. W związku z tym wydaje się zasadne, aby ten spektakl jak najszybciej przerwać. Trzeba też powiedzieć, że w interesie Komisji Europejskiej nie jest doprowadzenie do głosowania art. 7 w Radzie Europejskiej, bo grono zwolenników karania Polski staje się coraz uboższe. Jednocześnie to pokazuje, że całą tą niekończącą się grą najbardziej zainteresowana jest Bruksela, chodzi o to, aby cały czas atakować Polskę, a nie przystępować do fazy decydującej, jaką jest głosowanie na forum Rady Europejskiej. Widać też, że urzędnicy Komisji Europejskiej zdają sobie sprawę z tego, że ewentualne głosowanie nie skończy się po myśli Brukseli, a mimo to brną dalej. Nie wiem, czy zasada iść w zaparte jest tutaj mądrym rozwiązaniem. Tu potrzebna jest refleksja, tylko czy polityków brukselskich na to stać? Dalsza konfrontacja jest na niekorzyść Brukseli.

