logo
logo

Zdjęcie: Kuhlmann/ Licencja: CC BY-SA 3.0/ Wikipedia

Kiedy nie przemawiają argumenty

Środa, 27 czerwca 2018 (22:27)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Za nami wysłuchanie czy może raczej przesłuchanie Polski w ramach art. 7 unijnego traktatu w Luksemburgu. Mieliśmy do czynienia z pierwszym rzeczowym odniesieniem się do istoty rzeczy, jak twierdzi wiceminister Konrad Szymański…?

– Trzeba się zgodzić z oceną wiceministra Konrada Szymańskiego – rzeczowe odniesienie się do istoty rzeczy, bo w tej chwili mamy do czynienia już nie z biurokracją brukselską, ale z przedstawicielami poszczególnych rządów, konkretnych państw wchodzących w skład Unii Europejskiej. W interesie bynajmniej nie wszystkich tych państw jest atakowanie Polski. I pod tym względem bardziej możemy tu mówić o wysłuchaniu niż o przesłuchaniu i to jest wyraźna różnica.  

Tylko czy Frans Timmermans jest gotów ustąpić?

– W interesie samego wiceprzewodniczącego Timmermansa i całej tej grupy lewackiej, którą reprezentuje, która za polityczne narzędzie wybrała sobie atakowanie obecnych polskich władz, jest oczywiście, aby cały czas Polskę maglować. Powód jest zasadniczo jeden, mianowicie – Polska nie mieści się w ich paradygmacie postrzegania i ideologicznego rozumienia świata. Tak czy inaczej to wczorajsze wysłuchanie w Radzie Unii Europejskiej jako kolejny etap procedury praworządności musiało się odbyć, z tym że dla wielu przedstawicieli krajów europejskich był to spektakl niepotrzebny czy nawet lekko żenujący. Trzeba mieć więc na uwadze, że żyjemy w świecie unijnym nastawionym bardziej na autodestrukcję niż na budowanie wspólnoty.     

Teraz wszystko, co się będzie działo w sprawie Polski, przechodzi w gestie państw członkowskich. Czego możemy się zatem spodziewać?

– Owszem, ten stosunek do Polski jest bardzo zróżnicowany, ale – co istotne – nie jest tak jednorodny jak stosunek Komisji Europejskiej, gdzie jednak mamy do czynienia z ogromną dominacją kręgów podporządkowanych Berlinowi czy z drugiej strony kręgów lewicowych. Zresztą powinniśmy też pamiętać, że wiele krajów europejskich zdaje sobie sprawę, że jeśli dzisiaj spacyfikuje się Polskę, jeśli się pozwoli na upokorzenie Polski, to za chwilę mogą być kolejne państwa, jak Węgry, Włochy, Austria, Czechy i inni, którzy wymykają się spod polityki Komisji Europejskiej i tak samo jak Polska mogą zostać postawieni pod pręgieżem. I w tym względzie wiele krajów unijnych rozumie, że mamy do czynienia z pewnym precedensem. Wielu chciałoby, żeby z tego klinczu, który nikomu nie służy, wyjść dyplomatycznie, tyle że tego nie chce Frans Timmermans, stąd trwa duszenie wszystkiego w jednym sobie czy grillowanie. Wiceprzewodniczący Timmermans nie przyspiesza na tyle, żeby sprawa rozstrzygnęła się w miarę szybko, bo jeśli doszłoby do głosowania, to Komisja Europejska poniosłaby klęskę. Stąd mamy ciągły impas i Timmermans chce ciągle podgrzewać atmosferę, tym samym promując również siebie, pokazując swoją siłę. To z jego punktu widzenia uzasadnione, tym bardziej że w jego macierzystym kraju poparcie dla formacji, z której się wywodzi, jest małe i w tym względzie promocja tego polityka na tle Polski – widać – jest mu bardzo potrzebna. Ponadto ma on również wsparcie Berlina czy Paryża, więc swobodnie sobie działa, często wykonując nieracjonalne kroki. I tak to wszystko z grubsza wygląda. Wielkich, czy raczej żadnych, skutków formalnych to nie przynosi, ale wizerunkowe owszem. I to jest przykre, ale trzeba się z tym chyba nauczyć jakoś żyć.

Co niechętne wobec Polski głównie Niemcy, Francja, ale także Holandia, Belgia czy Szwecja wespół z Timmermansem są w stanie zrobić jeszcze, żeby zaszkodzić Polsce?

– Wydaje się, że nic oprócz tego, że póki się da, będą jeszcze nas grillować. Ale to niewiele, tym bardziej że rzeczywiste problemy Unii Europejskiej, problemy innego typu i znacznie poważniejsze tkwią zupełnie gdzie indziej. Wystarczy spojrzeć na to, co się dzieje we Włoszech w związku z kryzysem migracyjnym, gdzie elity europejskie, choć się do tego nie przyznają, to jednak są tym przerażone. Doskonale zdają sobie sprawę, że przyszły Parlament Europejski będzie o wiele bardziej eurosceptyczny niż ten obecny. Wystarczy popatrzeć, jakie są sympatie polityczne w poszczególnych krajach, oni też wiedzą, że Komisja Europejska – składająca się z przedstawicieli czy też – rzec można – delegatów krajów członkowskich – będzie miała zupełnie inny przekrój, niż to ma miejsce obecnie. W tym względzie ten rok to ostatni rok ich działania. Dodajmy działania bardzo destrukcyjnego, o czym świadczą procesy rozpadu czy rozkładu Unii Europejskiej, Brexitu czy różnych innych konfliktów wewnątrz bądź wokół Wspólnoty. Widać jednak, że mimo iż Komisja ponosi bardzo spektakularne porażki, nie wyciąga żadnych wniosków. Co więcej, nadal gra w swoją destrukcyjną grę. Ale na to chyba nie ma już rady.

Komisja Europejska nie jest zdolna do refleksji?

– Musimy sobie uświadomić przede wszystkim to, że nie reforma sądownictwa w Polsce jest powodem ataków na Polskę, tylko jest to pretekst do atakowania nas. Natomiast powodem atakowania jest zmiana rządu w Polsce – rządu, który chce reformować władzę sądowniczą, w której się zagnieździły stare układy rodem z poprzedniego ustroju. I stąd te dyskusje czy wręcz frontalne ataki środowisk, które nie chcą się dać usunąć ze stanowisk i pozbawić wpływów na władzę.    

Czy unijne elity liczą, że polski rząd ustąpi?

– Tak to wygląda. Z tym że ze strony Polski była próba zmiękczenia stanowiska, a tym samym stworzenia Komisji Europejskiej szansy wyjścia z twarzą z tego sporu, ale działania Warszawy okazały się zupełnie nieskuteczne, czy wręcz bezcelowe, bo elity brukselskie chcą zmiany władzy w Polsce. Jeśli tak, to niczego ten spór nie jest w stanie załagodzić. Może się to stać dopiero po zmianach w składzie Komisji Europejskiej, co nastąpi po wyborach za rok, albo po zmianie władzy w Polsce. Reszta całego tego spektaklu, którego jesteśmy świadkami, jest tylko pewną grą i teatrem, który musi się odbyć do końca.

Widać, że Polska ze zmianami w zakresie prawodawstwa mieści się w pluralizmie europejskim…?

– W Europie nie ma żadnego pluralizmu. Coś takiego nie istnieje. W Europie w tej chwili jest dominacja lewicy, potężna dominacja jednej opcji – tej rewolucyjnej neomarksistowskiej opcji, którą różnie się nazywa, np. chadecką. Ale nie ma to nic wspólnego z pluralizmem, który widnieje jedynie w słownych deklaracjach, ale w praktyce tak naprawdę nie istnieje.

Może zatem to Komisja Europejska powinna się uczyć od Polski, a nie odwrotnie, jak się tego oczekuje?     

– W ogóle powody ataków na Polskę świadczą de facto o poważnym kryzysie w Unii Europejskiej. Jeśli bowiem Polska jest atakowana za politykę migracyjną, to obiektywnie rzecz biorąc, to my mamy rację i dajemy szansę racjonalnego podejścia do tematu, zwłaszcza jeśli chodzi o obronę Europy i jej tożsamości. Jeśli weźmiemy pod uwagę politykę w zakresie, dajmy na to, reformy sądownictwa, a więc odcięcia się od epoki komunizmu, to bezsprzecznie Polska ma tutaj rację, a nie Komisja Europejska, która staje po stronie obrońców poprzedniego systemu. Ponadto jeśli weźmiemy pod uwagę kwestie ideologiczno-światopoglądowe, to albo Europa sięga do swoich korzeni chrześcijańskich, albo – w sensie ideowym – zmierza ku samozatraceniu. Wreszcie – Polska silna z mocnym kręgosłupem i zabarwieniem mocno narodowym, która chce realizować interesy i zasady chrześcijaństwa, jest, czy powinna być, na rękę całej współczesnej Europie. Warto pamiętać, że Europa Środkowa jest przedmurzem Zachodu, co powinno być w interesie całej Unii Europejskiej, bo to my ostatecznie bronimy Europę przed Azją czy przed Rosją. Jeśli ktoś chce Polskę, a zarazem Europę Środkową osłabić czy wręcz zwasalizować, to działa w sposób destrukcyjny dla całej wspólnoty europejskiej, nie tylko dla Polski. Te powody, dla których atakowany jest nasz kraj czy nasz rząd, nie tyle świadczą o kryzysie w Polsce, ile o kryzysie, który dotyka całą Unię Europejską. Nie są to tylko słowa, to fakty pokazują, że ten kryzys jest wręcz gigantycznie poważny.      

Jak w tej sytuacji widzi Pan Profesor możliwość zakończenia sporu Komisji Europejskiej z Polską?

– Wydaje się, że spokojnie powinniśmy doczekać do kolejnych wyborów do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się w przyszłym roku, i do zmiany składu Komisji Europejskiej. Wszystko wskazuje na to, że jest to nieuchronne. Potrzebna jest zatem cierpliwość, spokój i stanowczość, bo na miękko, pokazując otwartość i wolę kompromisu i licząc, że po drugiej stronie mamy partnerów otwartych na rzeczowe argumenty, już próbowaliśmy, ale to nic nie dało.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 11 sierpnia 2018 (13:14)

NaszDziennik.pl