logo
logo

Zdjęcie: Yves Herman/ Reuters

Obecność rotacyjna kartą przetargową

Czwartek, 12 lipca 2018 (22:07)

Z dr. hab. nauk wojskowych, profesorem Społecznej Akademii Nauk Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

W Brukseli zakończył się szczyt NATO. Co w jego efekcie możemy uzyskać? Jaka jest szansa na stałą obecność wojsk amerykańskich w Polsce i – co ważne – czy i na ile jesteśmy na to gotowi?

– Gotowi to jesteśmy, przynajmniej deklaratywnie. Taką deklarację złożył obecny szef MON Mariusz Błaszczak. Zdaje się, była nawet mowa o kwotach, jakie polski rząd ma zamiar przeznaczyć na ewentualne stworzenie takiej amerykańskiej bazy. To jest – powiedziałbym – pewna próba wyjścia, skoro nie możemy się doprosić stałych baz NATO w Polsce. Proszę też wziąć pod uwagę, że taka baza, o ile by powstała, byłaby efektem porozumienia czy umowy pomiędzy dwoma państwami, czyli między Stanami Zjednoczonymi i Polską. Co ważne, do takiej umowy nie potrzeba zgody wszystkich członków NATO. Wydaje się, że strona polska próbuje zrealizować ten cel właśnie tą drogą. Tak czy inaczej stała baza amerykańska w Polsce to byłoby coś ważnego. Jednak biorąc pod uwagę sposób działania prezydenta Donalda Trumpa, do końca nie możemy powiedzieć, co się wydarzy.

Podczas szczytu w Brukseli doszło do spotkań prezydentów Andrzeja Dudy i Donalda Trumpa i to – jak słyszeliśmy – z inicjatywy amerykańskiej. Czy to jest dowód, że Amerykanie widzą w Polsce swojego sojusznika w Europie, czy może bardziej zależy im na interesie – mam na myśli dostawy ciekłego gazu ziemnego LNG? 

– Przypomnijmy sobie ubiegłoroczną wizytę prezydenta Trumpa w Polsce i jego słynne przemówienie. Już wtedy pojawiły się głosy, że Trump atakowany z różnych stron na gruncie amerykańskim, a także zagranicznym, wybrał Polskę i wizytę w Warszawie jako miejsce, gdzie spotka się z entuzjazmem i uznaniem. Tak jakby chciał się ogrzać w blasku sympatii Polaków do Stanów Zjednoczonych. Zastanawiałem się wtedy, czy i jakie będą konsekwencje tej wizyty i wypowiedzianych słów, bo to przemówienie w Warszawie prezydenta Trumpa było rzeczywiście piękne, dobrze skonstruowane i widać było, że ktoś, kto je przygotowywał, znał dobrze historię Polski i potrafił poruszyć różne wrażliwe struny w naszych sercach. Jednak poza konsekwencjami emocjonalnymi ważniejsze były konkrety, czyli na ile Stany Zjednoczone zaangażują się we wschodnią flankę NATO i uznają Polskę za swojego głównego partnera i czy przełoży się to na stałą obecność wojsk amerykańskich w Polsce. Przypomnę tylko, że Stany Zjednoczone, jeśli uznają, że dany kraj w świecie odgrywa istotną rolę z punktu widzenia polityki amerykańskiej i celów, jakie Biały Dom chce osiągnąć, to takie państwo jest wzmacniane militarnie – również przez gotowość Waszyngtonu do wsparcia finansowego obszaru militarnego – nawet dużymi kwotami, tak jak to miało miejsce w przypadku Izraela czy Egiptu. Byłem ciekaw, czy za tymi słowami prezydenta Trumpa pójdą jakieś kroki ze strony amerykańskiej.

Na co konkretnie Pan liczył?    

– Miałem cichą nadzieję, że Amerykanie mogą być zainteresowani tym, żeby Polska miała solidną obronę przeciwrakietową. To sprawiłoby, że kontrakt dotyczący zakupu systemu Patriot, który dla takiego państwa jak Polska jest ogromnym wydatkiem, zostanie w jakimś stopniu zrekompensowany przy amerykańskiej pomocy. Jak wiadomo, te moje i nie tylko moje nadzieje przynajmniej na razie się nie ziściły. Natomiast pojawia się inna kwestia, pytanie, czy i na ile zamierzenia, jakie realizuje prezydent Donald Trump, są zgodne z oczekiwaniami jego otoczenia, a zwłaszcza całego kompleksu militarno-przemysłowego i jak to się będzie układało. Inną kwestią jest spotkanie Donalda Trumpa z Kim Dzong Unem i reakcje ze strony państw azjatyckich, które pokazują pewne zaskoczenie nie tyle spotkaniem, ile deklaracjami, które wygłosił prezydent Stanów Zjednoczonych odnośnie do porozumienia. Niewiadomą jest także brak harmonogramu działań dotyczących denuklearyzacji Pjongczangu, co może wskazywać, że i w tym obszarze mogą być problemy. Wątpliwości dotyczą także tego, w jakim kierunku to porozumienie będzie zmierzało, zwłaszcza że na horyzoncie pojawia się spotkanie prezydenta Trumpa z Władimirem Putinem. Pytanie, czym tym razem poczęstuje czy też zaskoczy nas prezydent Trump.

No właśnie w poniedziałek w Helsinkach Trump spotka się z Władimirem Putinem. Czym może się skończyć to spotkanie Putin – Trump i czy od tego może zależeć powstanie stałych baz amerykańskich w Polsce?

– Tu, jak sądzę, chodzi o coś więcej. Mianowicie porównując amerykańskich prezydentów Roosevelta i Reagana zastanawiałem się, jakie racje zachodziły między polityką amerykańską a tym, co nas dotyczyło. Okazuje się, że jeden i drugi budował mocną pozycję Stanów Zjednoczonych w świecie i zarówno jednemu, jak i drugiemu się to udało. Niestety, Roosevelt nie dbał przy tym o interesy Polski, dlatego na sojuszu z Amerykanami wyszliśmy jak Zabłocki na mydle. Z kolei Ronald Reagan, który uczynił Stany Zjednoczone najpotężniejszym państwem świata, prowadząc swoją politykę, sprawił, że Polska zyskała suwerenny byt. To był jeden z elementów polityki prezydenta Reagana. Na tych dwóch przykładach widać, że zawołanie, które wypowiedział w kampanii Donald Trump: „Make America Great Again” (Uczyńmy Amerykę znów wielką), nie zawsze musi oznaczać coś pozytywnego dla Polski. W związku z tym pojawiają się wątpliwości, które nas niepokoją i tego najbardziej się obawiam. Chodzi o to, że jakby nie spojrzeć, to nasze bezpieczeństwo narodowe jest de facto uzależnione od tego, co zrobią zagraniczne ośrodki polityczne, na które tak naprawdę nie mamy żadnego wpływu. Jaki bowiem wpływ mamy na prezydenta Trumpa i na to, jaki kierunek polityki obierze? Pewnie taki sam, jaki miał premier Mikołajczyk na prezydenta Roosevelta. I tego typu wątpliwości czy obawy będą się pojawiały, dlatego osobiście stoję na stanowisku, że gwarancje bezpieczeństwa, które mamy, w pewnym momencie mogą się okazać bezwartościowe.

Co robić, aby nie znaleźć się na lodzie?       

– Przede wszystkim musimy zabrać się za własną obronność, co zresztą cały czas podnoszę, tyle że jest to rzucanie grochem o ścianę.

Czy Trump, widząc postawę głównych państw Unii Europejskiej: Niemiec czy Francji, może próbować „dogadać się” z Putinem?

– Oczywiście, że tak, a przynajmniej może postraszyć takim scenariuszem. Stany Zjednoczone mają jeden podstawowy problem, któremu na imię Chiny i niebezpiecznie rosnąca siła Pekinu. Nieżyjący już prof. Zbigniew Brzeziński w jednej z ostatnich swoich książek – podnosząc ten temat – mówił, że Chiny rosną w potęgę i można sobie wyobrazić, że w przywództwie światowym zastąpią Stany Zjednoczone. I jeżeli Waszyngton nie chce do tego dopuścić, to musi sobie znaleźć sojuszników, partnerów, z którymi będzie możliwe powstrzymanie chińskiej ekspansji w świecie. Idąc tym tokiem rozumowania, Brzeziński wskazywał tutaj na Rosję jako sojusznika czy partnera Stanów Zjednoczonych. Kiedy słyszę, że Zachód próbuje nawiązać jakieś partnerskie stosunki z państwem, z którym jako Polska mamy smutne doświadczenia historyczne, to przyznam, że skóra mi cierpnie na myśl, co z tego może wyniknąć dla nas, dla Polski.

Jakie konsekwencje z tego układania się mocarstw mogą wyniknąć dla Polski?

– Minister Mariusz Błaszczak powiedział, że wszystkie kwestie przed szczytem NATO w Brukseli zostały ustalone, a to oznacza zacieśnienie stosunków i umocnienie kierunku, który został zarysowany podczas poprzednich szczytów Sojuszu Północnoatlantyckiego w Newport i w Warszawie. Jeżeli tak się rzeczywiście stanie, to bardzo dobrze. Natomiast widać, że prezydent Donald Trump strofuje europejskich sojuszników, zwłaszcza Niemców, którzy robią interesy m.in. gazowe z Rosją, a nie chcą płacić 2 proc. PKB na obronność. Przy tym Trump używa Polski jako pałki do stukania po głowie Niemcom, wskazując nas jako wzór członka NATO, a zarazem jako kraj, który nie poddaje się polityce gazowej Moskwy.

Taka postawa Trumpa może świadczyć o koncepcji amerykańskiej dotyczącej silniejszego zakorzeniania się w Europie w oparciu o Polskę?      

– Nie można tego wykluczyć. Zarazem może to być gra biznesowa, w której używa się takiego argumentu, aby osiągnąć mocniejszą pozycje w negocjacjach. Ale na razie trudno powiedzieć, jakie plany ma Donald Trump. Podobnie wygląda to z rotacyjną obecnością wojsk amerykańskich, bo kiedy usłyszałem, jak były dowódca amerykańskich wojsk lądowych w Europie, gen. Ben Hodges – człowiek, który deklaruje się jako przyjaciel Polski – mówi, że baza amerykańska czy NATO-wska jest u nas niepotrzebna, bo to osłabi jedność Sojuszu i może zdenerwować Rosjan, a jednocześnie ten sam generał stwierdza, że dobrze byłoby, aby flankę wschodnią NATO rotacyjnie rozszerzyć, sprowadzając więcej wojska nie tylko do Polski, ale też do innych państw nadbałtyckich, a także na teren Gruzji czy Ukrainy, które do NATO nie należą, to pytanie, czy właśnie takie działania nie zdenerwują Rosjan. Odpowiedź brzmi oczywiście „tak”, ale wydaje się, że obecność rotacyjna to jest pewna karta przetargowa, z której w każdej chwili będzie się można wycofać. Pytanie tylko za jaką cenę. Jednocześnie ten przykład pokazuje, że tego typu gry cały czas się toczą.   

Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl