Mija 75 lat od zbrodni wołyńskiej, co z polskiej strony zostało uczynione, aby prawda historyczna dotarła także do społeczeństwa ukraińskiego?
– To przykre, ale zrobiliśmy bardzo niewiele, aby Ukraińcy – także młode pokolenie – cokolwiek wiedzieli o swoich zbrodniach dokonanych przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów na Polakach – mieszkańcach Wołynia i Małopolski Wschodniej.
Co stało na przeszkodzie i dlaczego nie zrobiliśmy tego, co było i jest naszym obowiązkiem?
– W okresie powojennym mieliśmy kilka okresów, które nie służyły pokazywaniu tych jakże bolesnych faktów. Najpierw był okres komunizmu i PRL-u, który nie pozwolił na pokazanie prawdy o zbrodniach, bo to przecież podważałoby przewodnią rolę, przewodnią siłę w całym ówczesnym obozie komunistycznym. Dlatego też wszystkie zbrodnie wschodnie były zamiatane pod dywan, był wręcz zapis cenzorski, stąd nie wolno było mówić ani o Katyniu, ani o zbrodni wołyńskiej. Natomiast, kiedy zaczyna się III RP, niemal natychmiast zaczyna się kolejny okres – ojkofobia, czyli obowiązek mówienia o sprawach polskich tylko w krzywym zwierciadle, z naciskiem, że to my, Polacy, byliśmy sprawcami, i że to my jesteśmy odpowiedzialni za wszystkie złe rzeczy. I taki stan zakłamania trwał bardzo długo, a do tego dochodziła jeszcze polityka Jerzego Giedroycia, który poświęcał prawdę historyczną na rzecz dobrych relacji z Ukrainą. To była polityka tak samo nieskuteczna jak polityka Henryka Józewskiego, z tym że Józewskiemu zabrakło czasu, gdy Ukraińców i inne mniejszości chciał uczynić obywatelami Rzeczypospolitej. Trzeba też pamiętać – na całe szczęście – o nieudanych zamachach we Lwowie na Józefa Piłsudskiego – 25 września 1921 roku, czy na drugiego prezydenta odrodzonej Rzeczypospolitej, Stanisława Wojciechowskiego – 5 września 1924 r.
W wolnej Polsce, po 1989 roku, też niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o politykę historyczną dotyczącą zbrodni wołyńskiej?
– Niestety, ale takie są fakty. W wolnej Polsce były targi w Parlamencie i próby rozmycia właściwej treści uchwały nazywającej zbrodnię wołyńską ludobójstwem. Ostatecznie po licznych protestach środowisk kresowych Sejm RP – na mocy uchwały z lipca 2016 r. – ustanowił 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP. Trzeba też powiedzieć, że również media nie potrafiły stanąć na wysokości zadania, i w poszukiwaniu informacji o sprawach polsko-ukraińskich, dziennikarze zwracali się do Związku Ukraińców w Polsce. Efekt był taki, że jeszcze do trzech lat wstecz, w niektórych mediach dziennikarze serwowali nam antypolskie, a głównie ukraińskie – żeby nie powiedzieć banderowskie – relacje. Przez te wszystkie lata taki fałszywy przekaz dotyczący prawdy historycznej – niestety – został zakonotowany w świadomości także części Polaków, którzy nie mają korzeni na wschodzie. I ten przekaz, że można na Lachach wymusić wszystko, w przekonaniu Ukraińców funkcjonuje do dzisiaj. Jeśli obserwujemy przebieg uroczystości 75. rocznicy zbrodni wołyńskiej na najwyższym szczeblu, to odbywa się on właśnie w tym charakterze. Mamy więc próbę wymuszenia na Lachach tego, czego Ukraińcy sobie życzą, czyli dalszego zapominania o zbrodni i niepowracania do wydarzeń sprzed 75 lat. Taka polityka miała również konsekwencje później, bo pod koniec lat 40. na Lubelszczyźnie.
Jak odczytać słowa prezydenta Petra Poroszenki wypowiedziane w niedzielę w Sahryniu, gdzie podkreślił, że liczy na dialog historyków polskich i ukraińskich. Czy taki dialog jest możliwy, zważywszy na postawę strony ukraińskiej?
– Ten dialog cały czas się toczył, ale co z tego, skoro historycy ukraińscy jednego dnia podpisują porozumienie, że to wszystko, co wydarzyło się na Wołyniu, to było ludobójstwo, po czym następnego dnia wycofują się ze swoich stanowisk. Jak w tej sytuacji traktować – już nie powiem polityków, ale – ukraińskich historyków, których zawsze powinno cechować dążenie i pokazywanie prawdy.
Czego obawiają się Ukraińcy, próbując zamknąć usta Polsce w sprawie ludobójstwa na Wołyniu?
– Przyznam się panu, że jeśli chodzi o stronę ukraińską, to mam bardzo złe odczucia, mianowicie objawia się tam coś, co można nazwać narodowym charakterem. Na określenie tego charakteru trzeba byłoby użyć epitetów, i to bardzo dawnych, jeszcze z okresu I RP. Proszę wybaczyć, ale nie chciałbym się do tego odwoływać. Fakt faktem, ten czarny charakter drzemiący w Ukraińcach, niestety, wychodzi na jaw także dzisiaj. Jeżeli ktoś przez pokolenia głosi, że tylko terror, tylko krew, i to morze wylanej – niewinnej – krwi starców, kobiet i dzieci jest ciągle racją stanu, i w tym duchu są wychowywane kolejne pokolenia aż po dziś dzień, to taka postawa wymaga ostrej reakcji. W przeciwnym wypadku może się to źle skończyć. Powiem to wprost, i z góry przepraszam za mocne określenie, ale potencjalny zbrodniarz musi dostać po mordzie, żeby choć na chwilę się uspokoił i schował nóż do kieszeni, ale jeśli nie spotka się z ostrą, zdecydowaną reakcją, to będzie rezunem.
Może powinniśmy zacząć wymagać od Ukrainy i wymusić na nich określone zachowania, w końcu to my jesteśmy rzecznikiem Kijowa na Zachodzie, w zamian za co dotykają nas upokorzenia i lekceważenie?
– Wszystkim naszym wschodnim sąsiadom powtarzam jedną prawdę – mianowicie, że jeżeli oni chcą być narodem historycznym, jak każdy naród mieć tradycję, to muszą uznać Rzeczpospolitą jako część swojej tradycji, bo oni tam faktycznie byli, żyli. My o tym pamiętamy i chcemy, żeby Rzeczpospolita była tą częścią wspólną, która nas łączy z Litwinami, Białorusinami i Ukraińcami. Ale to musi być taniec dwojga czy trojga, musi być wzajemność, bez której nie można budować przyszłości. Musi być dobra wola z tamtej strony, póki co – niestety – tej dobrej woli, tej chęci wśród haliczan nie widać.
Jak w kontekście wzajemnych relacji polsko-ukraińskich odebrał Pan Profesor przemówienie prezydenta Andrzeja Dudy na Wołyniu?
– Nie ma paralelności pomiędzy zbrodniami ludobójstwa ukraińskiego i nieśmiałymi próbami odwetu polskiego albo akcji ostrzegawczych przed dalszymi mordami, bo tak trzeba by to powiedzieć. Nie może być żadnej analogii pomiędzy wydarzeniami, jakie miały miejsce ze strony polskiej i ze strony ukraińskiej. I tutaj prezydent Petro Poroszenko szalenie się myli, jeśli nadal będzie próbował zestawiać porównania między zbrodnią ludobójstwa dokonanego na Polakach przez Ukraińców na Wołyniu z akcjami odwetowymi po polskiej stronie. Tego nie można, tego nie da się w żaden sposób porównać, zresztą Ukraińcy wyolbrzymiają swoje straty. Dzisiaj ci po stronie ukraińskiej, którzy ratowali Polaków, boją się przyznać do tego, że ratowali swoich polskich sąsiadów, bo obawiają się odwetu swoich współplemieńców. To nie jest normalna sytuacja, która pokazuje, że na Ukrainie wciąż trwają próby budowania państwowości bez korzeni, bez zasad, opartej na kłamstwie. Te obawy sprawiedliwych Ukraińców przed odwetem od swoich pokazują, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi.
Co, Pana zdaniem, jest w tej chwili największym wyzwaniem, jeśli chodzi o nasze relacje z Ukrainą?
– Przede wszystkim musimy dokumentować i jednocześnie żądać, by strona ukraińska udostępniła nam archiwa – i to jest pierwsza kwestia. Problem w tym, że Ukraińcy nie chcą tego robić. Druga kwestia dotyczy poszukiwań miejsc, gdzie spoczywają szczątki Polaków zamordowanych przez OUN-UPA, ekshumacji i godnych pochówek tych ofiar. Mam na myśli – oczywiście – wspólne ekshumacje. I to, czyli otwarcie ukraińskich archiwów oraz dalsze badania archeologiczno-ekshumacyjne, a właściwie poszukiwania dołów śmierci z naszymi rodakami, jest warunkiem sine qua non, bez którego nie może być mowy o współpracy z Ukrainą opartej na wzajemności.
Prezydent Poroszenko mówi, że nie ma z tym problemu i zaznaczył, że wkrótce mogą się rozpocząć polsko-ukraińskie poszukiwania ofiar…
– Ukraina może nie mieć z tym problemu, tyle tylko, że są to słowa, za którymi nie idą czyny. Dzisiaj gładkie słowa polityków, dyplomatów – tak naprawdę – nic nie znaczą, jeżeli przeczy temu rzeczywistość, która skrzeczy.
Dziękuję za rozmowę.

