logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Nawet krytyka władzy ma swoje granice

Poniedziałek, 23 lipca 2018 (08:54)

Aktualizacja: Poniedziałek, 23 lipca 2018 (14:33)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, członkiem Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Po ostatnich brutalnych zachowaniach Obywateli RP i KOD przed Sejmem i próbie sforsowania barierek dwóch policjantów zostało rannych. Kto ponosi winę za to, czego, coraz częściej – znów jesteśmy świadkami?

– Bezpośrednio winę za agresję, której ostatnio jesteśmy świadkami, ponoszą uczestnicy, sprawcy tych zajść, i to jest oczywiste. Nie bez winy są także ci, którzy podgrzewają i tak gorącą już atmosferę. Protesty tych sfrustrowanych środowisk – jak widzimy, jeśli chodzi o liczbę uczestników – słabną coraz bardziej, ale im są słabsze, tym stają się bardziej brutalne i to jest bardzo niepokojące.

Czy wwiezienie dwóch zadymiarzy – bo tak to chyba należy nazwać – w bagażniku na teren parlamentu przez posła na Sejm to jest – jak uważa szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer – tylko happening, wybryk?

– Jeśli w taki sposób pani poseł Lubnauer tłumaczy to, co się stało, to inni też mogą chcieć organizować tego typu „happeningi”. Pytanie tylko, kto jako następny po tzw. Obywatelach RP może zostać przemycony na teren parlamentu RP i z jakim zamiarem. Jeśli takie zdanie wyrażają politycy, do tego parlamentarzyści, to oznaczałoby, że każdy z nich może sobie pozwolić na taki wygłup. Tymczasem powaga parlamentu, pozycja posła czy senatora wyznacza pewne standardy, pewne granice, których nie godzi się przekraczać. Poza tym Sejm nie jest miejscem do robienia happeningów, natomiast jest miejscem debaty, dyskusji i decydowania o najważniejszych rozwiązaniach prawnych dla Polski.

Czy możemy powiedzieć, że w tym momencie zostały już przekroczone wszelkie granice absurdu, czy może nas czekać jeszcze więcej tego typu „niespodzianek”?

–Te granice zostały przekroczone już dawno. Pamiętamy chociażby, co działo się podczas słynnej już okupacji Sejmu w grudniu 2016 roku przez Platformę i Nowoczesną, kiedy jeden z demonstrantów – uczestników nocnych wydarzeń przed parlamentem – położył się na ulicy, udając nieboszczyka, ofiarę działań służb porządkowych i policji. Do tego dochodzą jeszcze słynne podróże ówczesnych liderów Nowoczesnej Anny Schmidt i Ryszarda Petru na Maderę podczas gdy trwała okupacja Sejmu przez Platformę i Nowoczesną, kiedy w obronie rzekomo łamanej demokracji zwoływano przed Sejm zwolenników tych ugrupowań. Te przykłady chyba najlepiej ilustrują skalę dziwactw, do jakich zdolni są przeciwnicy rządu Zjednoczonej Prawicy i przeciwnicy reform, jakie obecnie dokonują się w Polsce. To wszystko jest tragifarsą, ale jeśli dopiero dzisiaj próbuje się ostatecznie wyjść z dawnego systemu, to takie rzeczy się zdarzają, ale zdarzają się też gorsze.

Czy Sejm RP, czy bezpieczeństwo parlamentarzystów jest dostatecznie chronione, skoro na teren parlamentu w bagażniku wwozi się osoby postronne? Może coś należy zmienić, poprawić?

– W mojej ocenie, fakt wwiezienia przez posłów na teren Sejmu RP osób nieuprawnionych nadaje się do zbadania przez prokuraturę. Nie powinno też być żadnych wątpliwości co do uchylenia osobom, które się dopuściły tego czynu – posłom Schmidt, Shoering-Wielgus i Petru – immunitetów. To jest poza dyskusją. Nie można też dopuszczać do sytuacji, kiedy ktoś złamanie prawa nazywa żartem. Jeśli nie będzie stanowczej reakcji, jeśli nie będzie odpowiednich kar, to w przyszłości możemy mieć eskalację tego typu czynów, zachowań. Trudno nawet sobie wyobrazić, czym taki brak odpowiedzialności może się skończyć.  

Opozycja totalna twierdzi, że Sejm za rządów PiS wygląda jak twierdza, ale patrząc na ostatnie wydarzenia, czy postawa władzy – mimo wszystko – nie jest zbyt łagodna wobec tych, którzy w jawny sposób łamią prawo?

– Ta łagodność wynika ze względów wizerunkowych. Pamiętajmy o tym, że kiedy w ubiegłym roku w Barcelonie – podczas referendum niepodległościowego w Katalonii – działy się sprawy nieporównywalnie gorsze i bardziej niebezpieczne – mam tu na myśli starcia i zachowanie hiszpańskiej policji, która miała użyć wobec protestujących pałek i broni gładkolufowej, gdzie w wyniku starć obrażenia odniosło kilkaset osób, to zagranica, w tym Komisja Europejska, jakoś dziwnie milczała.

Natomiast kiedy w Polsce policja zachowuje się w sposób bardzo wyważony, spokojny, kiedy jest – powiedziałbym – może nawet zbyt delikatna wobec uczestników protestów, wobec prowokacyjnych zachowań, to i tak padają oskarżenia o użycie przemocy czy przekraczanie uprawnień i obowiązujących przepisów prawa i wolności obywatelskich. Tak czy inaczej rządzący w Polsce starają się zachować umiar, ale mam nadzieję, że w tym konkretnym wypadku system, który działa wolno, ostatecznie jednak zadziała skutecznie i winni naruszenia powagi i bezpieczeństwa najwyższego organu władzy ustawodawczej – Sejmu i parlamentarzystów zostaną ukarani. Takich rzeczy nie wolno zostawiać bez reakcji, bo tak jak wspomniałem wcześniej, może to zachęcać do eskalacji przemocy.

Czy immunitet poselski powinien obejmować posła, który w sposób jawny łamie prawo, naruszając bezpieczeństwo Sejmu?

– Immunitet dotyczy każdego posła czy senatora i chroni przed odpowiedzialnością. Natomiast taki immunitet zawsze można uchylić większością głosów. Nie można się chować za immunitetem. Moim zdaniem, należy bezzwłocznie tych posłów pozbawić immunitetu i przeprowadzić normalne, przewidziane prawem postępowanie. Nie mówimy tu o żadnych prześladowaniach opozycji, ale o ściganiu konkretnych naruszeń prawa, konkretnych wykroczeń, których dopuścili się parlamentarzyści.

W Golubiu-Dobrzyniu oraz w Wąbrzeźnie z piątku na sobotę zdewastowano biura parlamentarzystów PiS. Przed wejściem do biura pojawił się napis: „Czas na sąd ostateczny”. Do czego może doprowadzić narastająca antyrządowa agresja?

– To, z czym mieliśmy do czynienia w Golubiu-Dobrzyniu oraz w Wąbrzeźniew odniesieniu do filii biur senatora Andrzeja Mioduszewskiego oraz posła Krzysztofa Czabańskiego, to już są groźby karalne. Od oceny tego, co się stało i ostatecznych werdyktów jest oczywiście sąd, ale wszyscy wiemy, czym taka niezdrowa atmosfera czy wręcz wrogość wobec przeciwników politycznych może się skończyć. Mamy już w Polsce jedno zabójstwo na tle politycznym, bardzo głośne, kiedy w 2011 roku w Biurze Poselskim Prawa i Sprawiedliwości w Łodzi Ryszard Cyba zastrzelił Marka Rosiaka, asystenta europosła Janusza Wojciechowskiego.

I nie daj Boże, żeby się to powtórzyło. Sytuacja jest tym bardziej niebezpieczna, że mamy do czynienia z frustracją środowisk, które w demokratycznych wyborach utraciły władzę i mimo różnych prób powrotu na szczyty – także takich, które nie mają nic wspólnego z zasadami demokracji – ta wizja się coraz bardziej oddala. Co więcej, poprzednia ekipa rządząca traci kolejne przyczółki władzy, którą posiadała od wielu, wielu lat. Stąd trwa nakręcanie ludzkich emocji i nic dziwnego, że później są takie reakcje, jakie znamy chociażby z ostatniego tygodnia przed Sejmem.

Kto Pana zdaniem powinien zatrzymać tę falę agresji, żeby się nie przelała?  

– Tutaj jest rola przywódców opozycji totalnej, która w dużym stopniu jest odpowiedzialna za krytykę rządu. I choć trudno się dziwić, że ta krytyka jest obecna, bo jest to normalny przejaw demokracji, ale każda – nawet najostrzejsza – krytyka władzy powinna mieć swoje granice. Rządzącym – obojętnie, kto by to nie był – nie można odbierać dobrego imienia. Tymczasem każda reforma państwa wprowadzana przez obóz Zjednoczonej Prawicy spotyka się z furią i zarzutami o łamanie demokracji w Polsce. Jeśli ten stan agresji, krytyka w takim stylu będzie trwała nadal, to niektórzy są gotowi rzeczywiście uwierzyć, że żyją w stanie dyktatury tak jak za PZPR, i że można robić rewolucję.

Tej agresji towarzyszy niespotykana dotąd fala hejtu, o czym przekonał się poseł Stanisław Piotrowicz. Pisarka Maria Nurowska na Facebooku chwali się, że zrobiła laleczkę voo-doo przedstawiającą posła, w którą wbija szpilki…

– Niestety, ale stan niektórych umysłów, stan ducha niektórych ludzi jest naprawdę zatrważający. Opisywana przez pana redaktora sytuacja jest tego najlepszym przykładem. To musi martwić i niepokoić, bo z jednej strony tacy ludzie tracą kontrolę nad sobą, a z drugiej może to się stać bardzo niebezpieczne dla całego otoczenia. Oby nie…

                           Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl