logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Dzisiaj wiemy, na czym stoimy

Piątek, 31 sierpnia 2018 (20:39)

Aktualizacja: Piątek, 31 sierpnia 2018 (20:39)

Z Krzysztofem Wyszkowskim, współtwórcą i byłym działaczem Wolnych Związków Zawodowych, doradcą premierów Jana Krzysztofa Bieleckiego i Jana Olszewskiego, członkiem Kolegium IPN, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Trwają obchody 38. rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych. Komu powinniśmy dzisiaj dziękować za Ruch Społeczny, za fenomen „Solidarności”?

– Warto przypomnieć, że dzisiaj przypadają obchody dwóch rocznic, mianowicie 38. rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych i okrągła, 30. rocznica strajków przeciw komunistycznej władzy, do których doszło w Szczecinie i innych miastach Polski w maju i sierpniu 1988 roku. Oba mają historyczne znaczenie. Jeśli chodzi o Sierpień ’80 to powinniśmy dziękować całemu polskiemu społeczeństwu. Dopiero załamanie komunizmu spowodowało, że otrzymaliśmy wgląd w dokumenty, z których wynikało, że ówczesne władze jeszcze 25, 26 sierpnia – mimo że już wtedy podjęto rozmowy w Stoczni Gdańskiej – rozważały rozwiązanie siłowe, gdzie wojsko i Milicja Obywatelska miały zaatakować stocznię i inne strajkujące zakłady. Jeżeli do tego nie doszło, jeżeli nie doszło do rozlewu krwi, to dlatego, że wtedy już cała Polska solidaryzowała się z Gdańskiem, w dużym stopniu także ze Szczecinem. Pamiętamy, że wtedy rozpoczęły się strajki na Śląsku, w Lublinie, Warszawie i w innych miastach. I to, że całe społeczeństwo wystąpiło z poparciem dla strajkujących, okazało się skuteczną ochroną.

Z czego to wynikało?

– Wojsko i Milicja Obywatelska nie były wtedy przygotowane do działań na tak dużą skalę. Owszem, mogli oni zlikwidować, stłumić protesty czy nawet strajk w jednym czy drugim mieście, ale nie w całym kraju. To, co zrobiono później, 13 grudnia 1981 roku, wprowadzając stan wojenny, zostało poprzedzone kilkunastomiesięcznymi przygotowaniami, penetracją środowiska opozycyjnego oraz zgromadzeniem środków i narzędzi. Jeśli zaś chodzi o 1988 rok, to ten strajk był rzeczywiście radykalnie słabszy, poparcie dla protestów było dużo mniejsze, a mimo to jego skuteczność okazała się dużo większa, ponieważ już nie podpisywano porozumienia, które w 1980 roku było pewnym unikiem i kupieniem sobie przez władze komunistyczne czasu, aby móc lepiej się przygotować do siłowego zwalczania wolnych związków zawodowych. Z kolei strajkujący chcieli mieć czas na rozeznanie się w sytuacji. Natomiast w 1988 roku władze ogłosiły, że bez warunków wstępnych proponują rozmowy Okrągłego Stołu. Wtedy nie było to takie jasne, a nawet przypominam sobie, że kiedy pod koniec sierpnia na którymś z wydziałów Stoczni Gdańskiej razem z Bogdanem Borusewiczem oglądaliśmy w telewizji przemówienie Wojciecha Jaruzelskiego na posiedzeniu plenum KC PZPR, to obaj zgodnie uznaliśmy, że trzymamy ich za gardło. Co więcej, uważaliśmy, że powinniśmy ich cisnąć dalej, mimo że Tadeusz Mazowiecki, Adam Michnik, Bronisław Geremek przybyli do stoczni, prosząc, żeby natychmiast przerwać strajk, bo jest szansa na jakieś tam rozmowy z władzami. My staliśmy twardo na stanowisku, że sytuacja jest korzystna i nie należy przerywać protestu. Kiszczak, jak pamiętam, proponował rozmowy bez warunków wstępnych pod warunkiem, że Wałęsa zakończy strajk i wyjdzie ze stoczni, ale my zmusiliśmy Wałęsę, żeby tego nie robił i podjął rozmowy jako przywódca strajku. Tak czy inaczej zwyciężyliśmy wtedy Kiszczaka. I dopiero na skutek rozmów w Warszawie w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1988 roku strajk 1 września został zakończony.

Kiedyś słowo „Solidarność” łączyło. Dzisiaj premier Mateusz Morawiecki w Gdańsku powiedział, że podpisanie Porozumień Sierpniowych było zwycięstwem jedności i woli walki. Gdzie dzisiaj podziała się ta dawna jedność?

– To też był mit – nawet wówczas – że „Solidarność” łączyła. Mazowiecki z Geremkiem i innymi, których Bogdan Borusewicz określał różowymi pająkami, przyjechali do stoczni nie po to, żeby wesprzeć żądania utworzenia wolnych związków zawodowych, ale po to, żeby – jak już wspomniałem – namówić nas do rezygnacji ze strajku i z tego żądania. Okazało się jednak, że nie mają racji, że przegrali, ale byli na tyle elastyczni i obłudni, że natychmiast przyłączyli się do nas jako współautorzy tego sukcesu. I to kłamstwo założycielskie tych ludzi funkcjonowało nadal i rzutowało na NSZZ „Solidarność”. Dlatego na „S” już w okresie 1980-1981 nałożono całą gromadę ludzi, którzy stanowili elitę związku, a po 13 grudnia 1981 roku zdominowali „S”. Zbiorowy wysiłek Służby Bezpieczeństwa, Milicji Obywatelskiej, wojska i innych instytucji ówczesnego państwa miał na celu zmęczenie, osłabienie społeczeństwa, także działaczy NSZZ „S”, liderów społecznych. I to się udało. Ponadto władzy udało się wykreować nowe przywództwo w postaci takich ludzi, jak wspomniany już Geremek, Mazowiecki, Kuroń i im podobni. Tyle że ci ludzie, którzy teraz mieli decydować o kształcie i przyszłości, tak naprawdę byli przeciwni duchowi „S” wcześniej i później. Co więcej, byli ulegli wobec komunistycznych władz. To wszystko sprawiało, że ta jedność, ta solidarność społeczna zaczęła wygasać.

Dzisiaj wielu szeregowych członków – bohaterów „Solidarności” – ma głodowe emerytury, a ci, którzy potrafili się ustawić, żyją w luksusie. Co sprawiło, że jedni pozostali wierni, a inni zdradzili ideały „S”, co więcej, dzisiaj próbują zawłaszczyć sobie to wielkie dziedzictwo?

– To był efekt sojuszu nomenklatury komunistycznej i różowych pająków: Mazowieckiego, Geremka, Michnika, którzy się dogadali z sowiecką agenturą i uznali, że niczego w Polsce nie należy zmieniać, że wszystko jest dobrze. Stąd pojawił się projekt budowy z Balcerowiczem socjalizmu z ludzką twarzą. I nie przeszkadzało im to, że była to twarz okrutna wobec ludzi ubogich, bo oni sami się bogacili. Tuż po Okrągłym Stole, a jeszcze przed wyborem Mazowieckiego na premiera, Michnik otrzymał ogromne fundusze na rozkręcenie „Gazety”. To sprawiło, że Polacy bez dostępu do rzetelnych informacji zachowywali się biernie, podporządkowując się temu, co działo się wokół. I tak trwało to przez długie lata, aż dopiero w wyników wyborów w 2015 roku otworzyła się droga do wolności i szansa, że wreszcie będą realizowane marzenia Polaków o wolności – te, które rodziły się powoli w 1980 roku, a bardziej w 1988 roku, kiedy mieliśmy nadzieje na to, że komunizm upadnie.

Obok bohaterów w „S” było wielu agentów komunistycznych. Czy wtedy mieliście świadomość, że w szeregach „S” są czy mogą być „wtyczki”?

– Ogólnie takie poczucie oczywiście istniało. Proszę pamiętać, że o ile w Armii Krajowej ta wiedza i narzędzia przeciwdziałania penetracji przez agenturę komunistyczną czy niemiecką była, bo kierownictwo AK miało doświadczenie m.in. wojskowe, policyjne czy wyniesione ze służb specjalnych II RP, to ludzie, którzy kierowali NSZZ „S” – mam na myśli uczciwych ludzi – byli kompletnymi amatorami w tych sprawach. Mnie ojciec ostrzegał, mówiąc: „Krzysiu, pamiętaj o tym, że wtyczki komunistyczne wszędzie siedzą i oni kontrolują to, co dzieje się z »S«”. Natomiast ja uważałem, że ojciec mnie tylko straszy. Ponadto taka diagnoza była de facto obezwładniająca, ponieważ nie było żadnych narzędzi przeciwdziałania. W 1989 roku też nie było do końca wiadomo, weźmy chociażby Okrągły Stół – któż mógł wiedzieć, że w Komitecie Obywatelskim przy Lechu Wałęsie byli agenci czy też że sam Wałęsa był agentem. W 1992 roku okazało się, że Kancelaria Prezydenta Lecha Wałęsy to siedziba agentury, ale dopiero dzisiaj za sprawą Instytutu Pamięci Narodowej wiemy dużo więcej, chociaż nie znamy nawet połowy nazwisk agentów, którzy wówczas funkcjonowali. Faktem jest też, że wśród tzw. bohaterów „S” jest cała masa agentów.

I co, nic się z tym nie da zrobić?                   

– To jest trudne, bo byli funkcjonariusze trzymają się zmową milczenia, nie jest w ich interesie ujawnianie faktów i prawdy, bo dzięki tej swojej tajemnicy mogą nadal bezkarnie funkcjonować w życiu publicznym. Ostatnio słyszymy, że w warszawskim ratuszu, w otoczeniu Hanny Gronkiewicz-Waltz wciąż pracują byli funkcjonariusze, a to wszystko dzięki temu, że osłaniają ich agenci, którzy do dzisiaj nie zostali ujawnieni. I tak ten cyrk się kręci w całej Polsce.

Kiedy dowiedział się Pan, że Wałęsa to agent „Bolek”?

– Dopiero z listy Macierewicza. Rzeczywiście – może należałem do bardziej naiwnych, bo kiedy Jacek Kuroń, Bogdan Borusewicz, Alina Pieńkowska twierdzili, że Wałęsa jest czynnym agentem SB, to wtedy im nie wierzyłem. Zresztą zastanówmy się, do czego taka wiedza wówczas byłaby nam przydatna. Jest 3 września 1980 roku, jesteśmy tuż po tym fenomenalnym sukcesie, za jaki uważaliśmy zgodę ówczesnych władz na utworzenie Niezależnych Wolnych Związków Zawodowych. Cała Polska w euforii i choć widzimy, że do komunistów można mieć tylko ograniczone zaufanie, że pomimo iż chcielibyśmy więcej, to na razie nie można, my nie wierzymy im, a oni nie wierzą nam i w tej sytuacji niepewności mamy ogłosić, że Wałęsa to agent SB i usunąć go z MKZ. Pytanie, jaki mógł być tego efekt. Wtedy, a było to spotkanie z udziałem m.in. Bogdana Borusewicza, Jacka Kuronia, Aliny Pieńkowskiej, małżeństwa Gwiazdów i wtedy powiedziałem do Kuronia, że jeśli oskarżymy Wałęsę, który wówczas już był określany mianem bohatera, to on zaprzeczy, że to nieprawda, a w momencie usunięcia go z MKZ wielu ludzi w Polsce stanie po jego stronie. Mogło to skutkować powstaniem dwóch alternatywnych komitetów związkowych, które SB z łatwością będzie mogła rozgrywać. Innymi słowy, wówczas obalenie Wałęsy byłoby nierozsądne. Ponadto wtedy nie wierzyłem, że Wałęsa to agent bezpieki. Zresztą nie było wtedy niezbitych dowodów, a bardziej wyglądało to na grę interesów ludzi, którzy chcą stanąć na czele NSZZ „S”, począwszy od Kuronia przez Borusewicza itd. Tak czy inaczej to tropienie agentów służyło również walkom frakcyjnym, a w dodatku SB podsuwała uczciwych ludzi, przedstawiając ich jako agentów, a agentom prefabrykowała dokumentację, wmawiając, że to uczciwi ludzie. Byliśmy wtedy oszukiwani, zdani trochę na intuicję, ale tak naprawdę bezbronni wobec tej całej przebiegłej gry.              

Dzisiaj nie ma już żadnych wątpliwości…

– Dzisiaj wiemy, na czym stoimy. Dzisiaj możemy pytać, kto ma wiarę w to, że Mazowiecki nie był agentem komunistycznym, podobnie jak Geremek, kto jeszcze ma wiarę w to, że Kuroń w więzieniu nie prowadził negocjacji z władzami. Przecież kiedy przyjechał 2 września 1980 roku do Gdańska, to natychmiast przedstawił swój program rzekomo opracowany w więzieniu, którego celem było uniemożliwienie powstania samodzielnej struktury związkowej. De facto ten program polegał na stworzeniu zapory przeciwko samodzielności nowej struktury związkowej, jaką była „S”. To są wszystko sprawy dzisiaj nieznane, bo nie ma wystarczającej liczby badaczy, aby to wszystko sprawdzić, przeanalizować. Ale sprawy trzeba wciąż badać i ujawniać fakty, żeby kłamców i agentów nazywać po imieniu, zadając kłam ich rzekomemu bohaterstwu.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl