logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Twardo stawiamy warunki

Piątek, 14 września 2018 (20:22)

ROZMOWA / z Piotrem Dudą, przewodniczącym Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”

 

Będzie strajk na tle sporu o wynagrodzenia w budżetówce? Rząd podjął decyzję o podniesieniu płacy minimalnej i stawki godzinowej. Czyli postulaty związku zostały spełnione?

– Sytuacja jest dynamiczna. Trudno mi wykluczyć jedną czy drugą opcję, bo o tym zawsze decyduje Komisja Krajowa związku, a nie przewodniczący. W tym momencie, po dwóch spotkaniach z premierem Mateuszem Morawieckim i minister Elżbietą Rafalską, skłaniamy się ku temu, by zastanowić się nad decyzjami, które we wtorek zaaprobowała Rada Ministrów. 18 września odbędzie się w Warszawie spotkanie przewodniczących regionów i krajowych sekretariatów branżowych, wtedy ostatecznie podejmiemy decyzję. Na 21 września planowane jest posiedzenie Rady Dialogu Społecznego, tam rząd przedstawi partnerom społecznym propozycje, o których rozmawialiśmy.

Decyzje rządu satysfakcjonują Pana?

– Na pewno stanowiska były zbliżone. W pierwszej wersji nasza propozycja dotycząca płacy minimalnej wynosiła 2278 zł, rząd proponował 2220 zł. Potem 2250 zł. Jest to propozycja, która nie cofa nas w drodze minimalnego wynagrodzenia do poziomu 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Faktycznie zbliżamy się, choć niewiele, i to jest dla nas najważniejsze. Podobnie z funduszem socjalnym. Warunkiem brzegowym jest odmrożenie wskaźnika, który upoważnia do naliczania funduszu socjalnego, o dwa lata, a nie – jak proponował rząd – o rok. Rok nam nic nie daje.

Dlaczego „Solidarność” właśnie teraz upomina się o pracowników sfery budżetowej?

– Nie mogliśmy dłużej czekać. Przez poprzednie dwa lata były realizowane bardzo kosztowne i pilne programy społeczne, m.in. wiek emerytalny, „500+”. Ale dzisiaj nie ma już uzasadnienia, aby dalej były zamrożone płace w budżetówce i wskaźnik naliczania funduszu socjalnego.

Płace w budżetówce są zamrożone przez rząd PO – PSL od 2010 roku. Dla nas najważniejsze jest, aby wreszcie wskaźnik wzrostu wynagrodzeń odmrozić i dzisiaj skierować ten strumień pieniędzy do tych, którzy naprawdę tego najbardziej potrzebują. Nie będziemy tworzyć kolejnych kominów. Dziś w najgorszej sytuacji są pracownicy państwowych inspektoratów, chociażby sanepidów, weterynarii, pracy. Ale też urzędów wojewódzkich. Tam również sytuacja jest dramatyczna. Chcemy, aby największy procent tych sum poszedł właśnie do tych pracowników. Ale nie wszystkim po równo, bo wtedy znowu się okaże, że jeden dostanie półtora tysiąca, a drugi 7 czy 10 zł podwyżki. Chcemy, by pieniądze były przydzielane w uzgodnieniu z organizacjami związkowymi, które funkcjonują w danej jednostce budżetowej.

Każdy jednak odczuje w swojej kieszeni wzrost pensji?

– Musi. Są jednostki budżetowe, gdzie średnia pensja wynosi 2 tys. zł, a są i takie, gdzie zarabia się 7 tys. zł. Są pracownicy mianowani, niemianowani, z mnożnika i niemnożnikowi. Tacy, którzy otrzymują podwyżki z budżetu, ale także z innych ustaw, jak np. strażacy. Tych mnożników jest bardzo dużo. Dlatego chcemy, żeby podwyżki były ukierunkowane na tych, którzy mają najtrudniejszą sytuację.

Jutro rozpoczyna się Pielgrzymka Ludzi Pracy na Jasną Górę, ale „Solidarność” nauczycielska będzie protestować w Warszawie.

– Część z nich po pikiecie też przyjedzie wieczorem na Jasną Górę na Drogę Krzyżową i na drugi dzień na uroczystą Mszę św. „Solidarność” nauczycielska nie jest zadowolona z działań minister Anny Zalewskiej. Szczególnie z dialogu. Gdyby był lepszy, nie byłoby aż takiej determinacji w zorganizowaniu protestu. Sytuacja jest bardzo zła, „Solidarność” wystawiła czerwoną kartkę pani minister, chce to zademonstrować podczas pikiety.

Jaka sytuacja panuje w innych kluczowych dla związku branżach? W energetyce coraz bardziej wrze.

– Zorganizowaliśmy niedawno w Katowicach konferencję z udziałem związkowców z całego świata, by uzmysłowić rządowi, że w sprawie grudniowego szczytu klimatycznego musimy iść wspólnie. Żeby nie okazało się, że poprzez decyzje, które zostaną przyjęte, przestaniemy być jako polskie górnictwo i polska energetyka, oparte przecież w dalszym ciągu na węglu kamiennym i brunatnym, mniej konkurencyjni, a w konsekwencji cena energii dla indywidualnych odbiorców będzie bardzo wysoka. Zdajemy sobie sprawę, że dzisiaj polityka klimatyczna, szczególnie Komisji Europejskiej, jeżeli chodzi o emisję CO2, nie ma nic wspólnego z dbałością o ochronę środowiska, o zielone miejsca pracy, tylko liczy się przede wszystkim polityka i biznes. Im chodzi o to, aby nasza energetyka była mniej konkurencyjna, żeby faktycznie zlikwidować polskie górnictwo. A przecież chociażby w Niemczech kopalnie węgla brunatnego prosperują bardzo dobrze.

Niemcy inwestują też w nasz węgiel, a z drugiej strony chcą doradzać polskim władzom, jak przeprowadzić dekarbonizację gospodarki.

– My jesteśmy za ochroną środowiska, za zielonymi miejscami pracy, za walką ze smogiem, ale jeżeli mówi się, że przyczyną smogu jest złej jakości węgiel, to my się z tym nie zgadzamy. Doskonale wiemy, że przede wszystkim musimy walczyć z ubóstwem energetycznym. Mieszkam na Śląsku, widzę, jak emerytom przywożą po 200-300 kg węgla, a jak się zbliża ku wiośnie, to ludzie palą czym popadnie, bo po prostu ich nie stać na dobry gatunkowo węgiel. Dlatego nie tylko termomodernizacja jest potrzebna, choć ona w konsekwencji ociepla domy, spalane jest mniej węgla i mniej emisji CO2 idzie w świat. Chodzi o to, żeby pomóc tym, których dziś nie stać na opalanie domów drogim węglem. Trzeba wesprzeć szczególnie emerytów, którzy mają 500, 700 zł miesięcznej emerytury, muszą za to przeżyć i jeszcze kupić opał na zimę.

Jesteśmy za ekologią, za ochroną środowiska, ale poprzez drastyczne działania nie możemy doprowadzić do zapaści społecznej. Doskonale wiemy, że dzisiaj te tzw. zielone miejsca pracy są miejscami bardzo drogimi. Dlatego musimy poszukać kompromisu i jako związkowcy będziemy na grudniowej konferencji COP 24 o to zabiegać.

Ustawa ograniczająca handel w niedzielę działa pół roku. Związek bacznie się przygląda i zapowiada zmiany.

– Na jednym z najbliższych posiedzeń Sejmu ma być zgłoszony poselski projekt nowelizacji uszczelniający system. Chodzi m.in. o kwestię sprzedaży w niehandlowe niedziele przez sklepy, które twierdzą, że są np. punktami odbierania paczek czy dworcami kolejowymi. Wracamy więc do projektu obywatelskiego „Solidarności”, który posłowie na komisjach sejmowych wcześniej zmienili tak, że w tej chwili pozwala na naciąganie prawa. Mam nadzieję, że nowelizacja zostanie przyjęta.

Jaka jest Pana ocena efektów ustawy?

– Więcej niż dobra, wystawiłbym nawet czwórkę z plusem. Widać, że i handlowcy, i klienci już się przyzwyczaili i większe zakupy robią w piątek, sobotę. Także Włochy biorą przykład z Polski. Mimo że kilka lat temu włoski rząd wprowadził wszystkie niedziele handlowe, teraz się wraca do świętowania niedzieli. Z tego się bardzo cieszymy.

Wbrew zapowiedziom krytyków obroty w handlu nie spadły, rosną za to zyski innych branż, które kierują swoją ofertę do rodzin wspólnie spędzających czas.

– Niezadowoleni będą ci, którzy zawsze są niezadowoleni. Ci, którzy mówią, że odbierana jest im wolność, choć nie mówią o tym, że gdy w niedziele są otwarte sklepy, odbierają wolność innym. Wiemy, że cały czas będą nagonki, ataki, mówienie, że jedna z sieci handlowych zamyka kolejne sklepy w Polsce. Temu lobby marzy się wariant węgierski. Uważam, że trafiliśmy na dobry moment, ustawa jest wprowadzana w spokojny sposób, w tym roku dwie wolne niedziele, w przyszłym trzy. Będzie za co dziękować Jasnogórskiej Pani 16 września. Wolne niedziele zostały wymodlone, bo jak mówił śp. ks. bp Herbert Bednorz: „Niedziela jest Boża i nasza”.

Rząd chce sprowadzać coraz więcej cudzoziemców do pracy w Polsce. Pensje Polaków nie będą rosły?

– Rozmawiamy o tym. Dla nas sprawa jest jasna: musimy walczyć z tymi wszystkimi dziwnymi agencjami, które przerzucają do Polski imigrantów i próbują ich zatrudniać w różnych firmach. Uważamy, że każdy może w naszym kraju pracować, ale pod jednym warunkiem: za tę samą pracę, w tym samym miejscu, za to samo wynagrodzenie co polski pracownik. I nie ma o czym dyskutować. Musimy się bronić przed dumpingiem społecznym. Nie pozwolimy na import tanich wynagrodzeń z Filipin czy z innych krajów azjatyckich.

Hindus z Ubera rozwożący pizzę to codzienny widok w Warszawie.

– Jak działa Uber? Nie ma tam zasad, przepisów, wszystko jest poza kontrolą. Mamy też takie firmy jak Amazon, które będą z tego korzystać, bo oni tak działają, na pograniczu prawa polskiego, czyli kodeksu pracy. Liczyliśmy się z tym, że jeżeli Amazon wejdzie do Polski, to będzie chciał jeszcze mocniej przykręcić śrubę pracownikom, widzimy, co się dzieje chociażby w Niemczech, gdzie są protesty przeciwko tej firmie. Musimy się więc nastawić na ciężką walkę, ale od tego jesteśmy. Dzisiaj zajmujemy się sprawami budżetówki, za chwilę rozwiążemy ten problem i będziemy musieli zająć się pracownikami, którzy przyjeżdżają do nas do pracy spoza krajów UE.

Panie Przewodniczący, zjazd „Solidarności” jeszcze na początku lat 90. podjął uchwałę o obronie życia od poczęcia do naturalnej śmierci. W Sejmie pod projektem ustawy „Zatrzymaj aborcję” podpisali się też związkowcy. Na pewno czekają na wsparcie tej inicjatywy przez związek.

– Wiem, że w regionach „Solidarności” w tę inicjatywę włącza się wielu związkowców. Ja też te działania wspieram, ale oficjalnej decyzji związku raczej nie będzie. Raczej apel, a nie uchwała Komisji Krajowej. Wiemy, że jesteśmy skuteczni. Związek od 1989 roku, jako jedyny, przeforsował trzy obywatelskie projekty ustaw: wolne niedziele, święto Trzech Króli i emerytury górnicze.

Siłą związku zawsze była jednoznaczność, klarowność w sprawach wartości. Bardzo potrzebny jest głos „Solidarności” w sprawie prac nad projektem zwiększającym ochronę życia.

– Może taki apel wybrzmi na zjeździe krajowym. Wszystko zależy od woli delegatów.

Będzie Pan ponownie kandydował na przewodniczącego związku?

– Dostałem rekomendację i poparcie swojego Regionu Śląsko-Dąbrowskiego. Bez zgody macierzystego regionu nigdy bym się nie ubiegał o wybór na przewodniczącego Komisji Krajowej. Tak było w 2010 r., w 2014 i tak jest teraz, dlatego poprosiłem o poparcie.

Kto będzie Pana kontrkandydatem?

– Kompletnie mnie to nie interesuje. Nie robię żadnej kampanii wyborczej, moja kampania wyborcza to są cztery lata mojej pracy. Każdy z delegatów ma prawo kandydować, tak jak ja kandydowałem w 2010 r. nie przeciwko Januszowi Śniadkowi, tylko miałem swoją wizję funkcjonowania związku, którą zaprezentowałem delegatom.

Program Piotra Dudy na kolejną kadencję?

– Realizacja uchwały programowej, którą przyjmuje krajowy zjazd. Uważam, że związek zawodowy jest na dobrym torze. Jesteśmy przewidywalni, wyraziści, do bólu skuteczni. A z drugiej strony nie odchodzimy i trzymamy się naszej preambuły, stąd tak nas atakują za niedziele, bo doskonale wiemy, że to jest niedziela dla rodziny, ale także dla Pana Boga.

Jedziemy na pielgrzymkę z hasłem „My chcemy Boga”. To się dla nas nie zmienia. Taki patron jak bł. ks. Jerzy Popiełuszko, który był inicjatorem pierwszej pielgrzymki hutników Huty Warszawa na Jasną Górę, przecież zobowiązuje.

Z którym premierem się Panu lepiej współpracuje?

– Z każdym. Znam osobiście i panią premier Beatę Szydło, i premiera Mateusza Morawieckiego. My nie musimy się nikomu podobać, ale mamy robić to, co do nas należy. Pewnie, że jest trudniej, jeżeli zna się kogoś osobiście i trzeba twardo stawiać warunki. Ale nie ma „zmiłuj się”. Musimy działać na rzecz pracowników. Rząd ma inne zadania, my inne, gdzieś się musimy spotkać.

Dziękuję za rozmowę.

Małgorzata Rutkowska

Nasz Dziennik