Liczba ofiar sowieckich represji nie jest wciąż znana. Związek Sybiraków szacuje liczbę deportowanych Polaków na 1 milion 300 tysięcy. Co trzeci zesłaniec nie wrócił. Ofiary „białych krematoriów” zostały na łagrowych cmentarzach, wzdłuż tras kolejowych, którymi transportowano ich do więzień i obozów.
– Nigdy nie było wiadomo, czy się przeżyje, jaki czeka nas los – mówi „Naszemu Dziennikowi” Maria Gabiniewicz, zesłana na Syberię w czerwcu 1941 r. Po kilkunastu miesiącach poniewierki jej rodzinie – mamie i braciom – udało się wydostać jesienią 1942 r. ze Związku Sowieckiego ostatnim transportem z armią gen. Andersa. Tuż przed zamknięciem granicy przez Sowietów, drogą górską przez Aszchabad i Meszhed dotarli do Teheranu. „W domu niewoli” pozostały jednak setki tysięcy Polaków. Pani Maria podkreśla, że najtrudniej mieli właśnie ci, którzy musieli znosić mękę zesłania przez pięć, a nawet sześć lat.
– Jestem najgłębiej przekonana, że ludziom, którzy tak długo przebywali w Związku Sowieckim, tak ciężko pracowali, na pewno należy się rekompensata. Oczywiście należy się od Sowietów, ale od nich nie ma się czego spodziewać. Dobrze więc, że jest taki pomysł, by pomóc zesłańcom – wskazuje.
Sześć lat na zesłaniu ma w życiorysie Mieczysław Pogodziński, prezes warszawskiego oddziału Związku Sybiraków. Najpierw szczęśliwe dzieciństwo w osadzie wojskowej w Trauguttówce na Wołyniu. Mroźna noc 10 lutego 1940 r. – deportacja całej rodziny, rodziców i siedmiorga dzieci, do archangielskiej obłasti. Katorżnicza praca w posiołku Pieriedwiżnoje przy wyrębie tajgi. Głód, upadlająca egzystencja, choroby. – Na cały dzień dawali 40 dag chleba, kto nie pracował – 20 dag. Chleb i gorąca woda to był cały posiłek – opowiada nam Mieczysław Pogodziński. Wrócili do Polski dopiero w 1946 roku. Bez mamy, która nie przeżyła nieludzkich warunków zesłania.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

