Na szczęście nie są to jedyni reprezentanci ekonomicznego środowiska. Kwestie patriotyzmu gospodarczego już od kilkunastu miesięcy są szczegółowo przedstawiane przez prof. Eryka Łona podczas wykładów odbywających się na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Temat ten poruszany jest też regularnie na łamach „Naszego Dziennika”. Ekonomiczni kosmopolici reagują na to z nieukrywaną irytacją. Argumenty prof. Łona wskazujące na potrzebę popularyzowania patriotyzmu gospodarczego zarówno wśród polskich przedsiębiorców, jak i wśród wszystkich Polaków nie spodobały się także byłemu wicepremierowi i ministrowi finansów prof. Leszkowi Balcerowiczowi.

W jednym z wywiadów były wicepremier orzekł, że „trzeba być idiotą lub człowiekiem otumanionym, żeby w slogany tego typu wierzyć i je propagować”, bo „patriotyzm gospodarczy” to według niego hasło absurdalne i nacjonalistyczne. „Niedługo mycie nóg też będzie przejawem patriotyzmu” – dodał sarkastycznie prof. Balcerowicz.
Nawet słynnym ekonomistom emocje najwyraźniej nie pozwalają na racjonalną analizę problemów gospodarczych. Na spokojnie na pewno każdy z ekonomicznych ekspertów przyznałby, że decyzje podejmowane przez konsumentów mają realny wpływ zarówno na rozwój konkretnych firm, jak i na wysokość podatków wpływających do budżetu państwa. Jedne z firm działających na naszym rynku płacą podatek dochodowy w Polsce, a inne za granicą. Wiedzą o tym nie tylko utytułowani ekonomiści!
Nawet zakupy związane z wyśmiewanym przez prof. Balcerowicza myciem nóg to okazja do podjęcia świadomej decyzji: kupuję artykuły polskich producentów czy wolę wspierać przedsiębiorców (i budżety państw!) z Niemiec, Francji, Holandii lub Włoch?
Lekceważeniem kwestii patriotyzmu gospodarczego wykazał się niedawno jeden ze znanych polityków, który publicznie protestował przeciwko planom budowy dużego lotniska w Polsce. Po co nam takie lotnisko, skoro możemy korzystać z podobnego obiektu w Berlinie? Na zachodzie Europy wciąż są większe lotniska, szersze autostrady czy lepiej płatne miejsca pracy. Ekonomiści z reguły jednak zdają sobie sprawę z tego, że aby zmniejszać różnice cywilizacyjne, musimy stawiać na rozwój przedsiębiorczości w naszym kraju. Jeśli Polacy nie będą kierowali się zasadami patriotyzmu gospodarczego, to trudno będzie tego wymagać także od przedsiębiorców, ekonomistów, a może i od polityków. A ci ostatni podejmują decyzje znacznie poważniejsze niż wybór krajowego lub zagranicznego mydła i kosmetyków.
Przed laty jedną z takich ważnych decyzji było wprowadzenie – przez rząd, w którym finansami kierował Leszek Balcerowicz – tak zwanego sztywnego kursu dolara w 1990 r. Sztywny kurs wraz z wewnętrzną wymienialnością złotówki doprowadził do drenażu polskiego systemu finansowego. Zagraniczni „inwestorzy” przez kilkanaście miesięcy mogli wykorzystywać różnicę między oprocentowaniem wkładów bankowych dolara i złotówki. Ile miliardów dolarów w efekcie tamtych decyzji wywiozły z Polski (legalnie!) zachodnie korporacje? Spory w tej sprawie trwają do dziś.
Kierowanie się patriotyzmem gospodarczym, zarówno przez decydentów, jak i przez wszystkich Polaków, to nie abstrakcja czy absurd. To konieczność i wymierne korzyści dla Polski.

