logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Walka o potężne pieniądze

Piątek, 26 października 2018 (22:23)

Z Andrzejem Maciejewskim, posłem Ruchu Kukiz’15, przewodniczącym Sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Prawo i Sprawiedliwość wygrało w 9 województwach, ale samodzielnie będzie rządzić w 6, w kolejnych 3, gdzie uzyskało najlepszy wynik, ale nie bezwzględną większość, musi szukać koalicjanta. Jak skomentuje Pan ten wynik?

– To były wybory, w których Polacy wybierali władze samorządowe, ale z praktycznego punktu widzenia można powiedzieć, że były to wybory, które służyły obronie stołków i etatów w terenie. Myślę tu o Platformie, ale przede wszystkim o PSL. Zatem niedzielne wybory to było swojego rodzaju pospolite ruszenie, mobilizacja szczególnie elektoratu PSL właśnie w kontekście obrony synekur.

Jest Pan zaskoczony tak dużym spadkiem poparcia w porównaniu z poprzednimi wyborami samorządowymi dla PSL?

– Platforma i PSL to można rzec polityczni bliźniacy, którzy od 12 lat – w różnych konfiguracjach czy formułach – rządzili poza Podkarpaciem we wszystkich w sejmikach wojewódzkich w kraju. Mówimy zatem o dwóch potęgach i dla przykładu w moim województwie warmińsko-mazurskim to PSL było tą partią, która miała większość. Można powiedzieć, że nie ma lepszego czynnika mobilizującego elektorat jak strach przed utratą pracy, przed utratą wpływów i władzy. Ten mechanizm skutecznie zadziałał, zwłaszcza jeśli chodzi o Platformę i PSL.

Co sprawiło, że Platforma wzięła największe miasta?

– Niestety, w większych miastach wygrała Koalicja Obywatelska, a więc Platforma i Nowoczesna, ale w powyborczych dyskusjach poselskich, jakie się toczą w Sejmie, zwraca się uwagę, jak wiele było do stracenia i jak ważna dla tych formacji była obrona status quo. Chodziło o to, żeby nie utracić wpływów i różnych powiązań czy relacji biznesowych w terenie. Mówiąc wprost: podczas tych wyborów toczyła się walka o potężne pieniądze.

Jak zatem udało się zmobilizować ludzi, żeby poszli do wyborów, co więcej – żeby stanęli w obronie tego, co określił Pan mianem status quo Platformy i PSL?  

– To są naczynia połączone. Wiemy o tym, że nic tak nie mobilizowało do udziału w wyborach jak uruchomienie kampanii negatywnej przez partię obecnie rządzącą, przez PiS. I to był błąd strategiczny tego ugrupowania, bo kampania negatywna – ten ruch spowodował, że całkiem nieźle zapowiadający się wynik i sukces wielu polityków Zjednoczonej Prawicy zwyczajnie legł w gruzach. W tej sytuacji politycy ci już niewiele mogli zrobić. Od trzech dni jestem w Sejmie i z rozmów, jakie przeprowadzam zarówno z politykami – posłami, ale też z dziennikarzami wynika jedna puenta: mianowicie, że porażka PiS w dużych miastach odbyła się na własne życzenie. To jest z jednej strony wynik negatywnej kampanii. Z drugiej strony to, że PiS nie do końca przejęło władzę w sejmikach wojewódzkich, co więcej – w wielu miejscach nie ma nawet zdolności koalicyjnej, to wynik wzmocnienia Platformy i PSL poprzez takie nierozważne działania. Ten błąd, bo tak to trzeba nazwać, ma takie oto konsekwencje, że bliźniacy – Platforma z PSL – w wielu województwach wciąż będą rządzić.      

Tyle że fakt, iż PiS nie ma zdolności koalicyjnej było wiadome już od dawna – także przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku, więc raczej nie powinno to być zaskoczeniem?

– Zgadza się, ale w trakcie kampanii samorządowej ze strony PiS były ukłony do SLD, co też spowodowało, że twardy elektorat PiS mógł i poczuł pewien dyskomfort. W mojej ocenie, partia rządząca powinna pilnować swoich interesów, a nie martwić się o inną formację, tym bardziej lewicową, do tego partię będącą poza parlamentem, a tym bardziej rozważa lub szuka w niej koalicjanta. Tak czy inaczej to jest problem i decyzja kierownictwa PiS.

PiS w porównaniu do poprzednich wyborów samorządowych jednak osiągnęło sukces…

– Oczywiście sukcesem jest zdobycie większej liczby przyczółków w sejmikach wojewódzkich. Dotąd PiS rządziło tylko w Sejmiku Województwa Podkarpackiego. Teraz samodzielnie będzie mogło rządzić w sześciu, a w koalicji być może jeszcze w kilku innych. Cyfry wskazują więc jednoznacznie na sukces PiS i tutaj nie ma wątpliwości, ale w miastach wojewódzkich, miastach prezydenckich PiS pozostały tylko dwa miasta, gdzie być może będzie miało swojego prezydenta: Gdańsk i Kraków. I to jest wszystko, co partia Jarosława Kaczyńskiego może jeszcze zyskać, bo w pozostałych poniosło porażkę. Tak to trzeba nazwać. PiS nie ma prezydentów w miastach wojewódzkich i to nie jest sukcesem, a porażką.

Natomiast Koalicja Obywatelska mimo porażki, bo tak to chyba trzeba powiedzieć, nadal będzie rządzić wspólnie z PSL-em w kilku regionach…

– Koalicja Obywatelska samodzielnie będzie rządzić tylko w jednym województwie – pomorskim w ośmiu pozostałych trwają rozmowy, co do stworzenia koalicji. Czy się to powiedzie? Nie wiem. Tak to wygląda dzisiaj. Jednocześnie to pokazuje, że w miastach prezydenckich mobilizacja urzędnicza, o której wspomniałem wcześniej, bo w takich kategoriach trzeba na to spojrzeć, dała sukces wyborczy Rafałowi Trzaskowskiemu w Warszawie, także w sejmikach. Natomiast fakt, że PiS przejęło kilka sejmików, sprawia, że Platforma nie ma już takiej pozycji jak w latach minionych. Określiłbym to jako remis, ze wskazaniem na PiS.

Czy tam, gdzie PiS przegrał, wyborcy głosowali za Platformą czy może przeciwko partii rządzącej?

– Tutaj raczej nie ma zero-jedynkowej odpowiedzi. Z całą pewnością mieliśmy grupę wyborców, która ewidentnie głosowała na każdego, tylko nie na kandydata PiS, a więc przeciwko PiS. I to trzeba podkreślić. Wybory samorządowe – jak wspomniałem wcześniej – to jest przede wszystkim obrona etatów w samorządach, spółkach samorządowych itd. i wielokrotnie było tak, że to rodziny pracowników urzędów, spółek czy spółeczek głosowały na danego kandydata w myśl zasady: nie będę miał takiego szefa tylko innego, to nie będę miał pracy. Często nie ma to żadnego podtekstu politycznego, nie ma nic wspólnego z polityką, ale jest to oznaką bardzo pragmatycznego podejścia do życia. Tak, jak to mówią, lubimy piosenki, które już słyszeliśmy i dokładnie jest tak przy wyborach samorządowych. To już się zaczyna być pewną, co by nie powiedzieć, złą tradycją w Polsce.

Jak skomentuje Pan wynik wyborczy Kukiz’15?

– Kukiz’15 jako debiutant w wyborach samorządowych przekroczył „próg przyzwoitości” 5 procent do sejmików. Pamiętajmy, że są to okręgi mniejsze, powiedziałbym spięte, wymagające, i tak naprawdę próg wyborczy nie wynosi 5 proc., ale 10 proc. I pod tym względem fakt, że wystawiliśmy listy we wszystkich okręgach, jest moim zdaniem także sukcesem. Natomiast za porażkę należy uznać fakt, że niestety w sejmikach nie mamy żadnego radnego. W tej sytuacji wynik 6 proc. jest de facto taki sam jak poparcie na poziomie 1 proc. takich formacji, jak Ruch Narodowy czy partia Wolność, bo nie przełożyło się to dla nas na mandaty. Jest to zatem zwycięstwo psychologiczne, które nie przekłada się – niestety – na mandaty radnych.     

Ale pierwszą turę w wyborach na prezydenta Przemyśla, a więc w mateczniku PiS i mieście marszałka Kuchcińskiego wygrywa poseł Wojciech Bakun z Ruchu Kukiz’15…

– Nie mamy wprawdzie sejmików, jednak przykład Przemyśla, ale też przykład wielu miejscowości w Polsce, gdzie jest zapowiedź przyszłych wójtów czy nawet burmistrzów, bo czekamy na II turę, to wszystko pokazuje, że jako młoda formacja na polskiej scenie politycznej wykonaliśmy pierwszy ważny krok. Jednakowoż trzeba było być naiwnym, wierząc, że zderzenie z takimi potęgami politycznymi jak PiS, Platforma czy również PSL od razu przyniesie nam wielki sukces. Patrzymy realnie i zdajemy sobie sprawę, iż dopiero wjeżdżamy na autostradę, i to rowerem, podczas gdy nasi polityczni przeciwnicy jadą sportowymi samochodami. Takie są realia, a do tego dochodzą jeszcze inne mankamenty, bo Kukiz’15 nie korzysta z subwencji państwa, ponadto nie możemy też liczyć na przychylność mediów, co więcej – spotykamy się wręcz z traktowaniem po macoszemu przez ośrodki medialne. Nasza konwencja wyborcza nie była transmitowana przez żadną ogólnopolską stację telewizyjną, dlatego wiele osób pytało nas wręcz, czy w ogóle startujemy w wyborach samorządowych. Rzecz polega na tym, że startujemy, działamy, a na organizowane przez nas konferencje nikt nie przychodzi. Nie ma więc przekazu do społeczeństwa tego, co mamy do zaproponowania. Przekaz w mediach dotyczy tylko głównych sił samorządowych, w tym również PSL, do tego grona dopompowane zostało też SLD, a nas, co należy nazwać po imieniu, zwyczajnie wyautowano. I biorąc pod uwagę te wszystkie realia, można uczciwie powiedzieć, że jak na taki bojkot medialny Kukiz’15, wynik, jaki osiągnęliśmy, jest pozytywny.

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl