logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Zamach na wierzących

Niedziela, 4 listopada 2018 (20:47)

Z mec. Paulem Diamondem, prawnikiem rodziny Alfiego Evansa, rozmawia Piotr Falkowski

 

Czy wiemy, na co właściwie był chory mały Alfie i dlaczego umarł?

– Nie, nigdy nie było jasnej diagnozy, nie było też śledztwa koronera. Jest to jedna z przyczyn, dlaczego cała ta sprawa jest tak kontrowersyjna. Przyczyny choroby były cały czas niejasne, a dziecko nie wyglądało na osobę w stanie krytycznym.

Przeszedł Pan przez wiele procedur w różnych instancjach. Czy spełniały one standardy uczciwości i bezstronności?

– W tej sprawie nie chodziło o uczciwość ani bezstronność, ale o wartości i zasady. Cała sprawa toczyła się wokół odmowy przez władze szpitalne zezwolenia innym profesjonalistom medycznym udzielenia pomocy pacjentowi, co jest złe z zasady. Poza tym sąd zdecydował, że trwanie leczenia jest bezcelowe, cokolwiek by to znaczyło w odniesieniu do sensu życia. I tak mały Alfie umiera pod strażą policji, podczas gdy do sprawy włączył się Papież, Włosi zaoferowali wysłanie powietrznego ambulansu i udzielnie dziecku pomocy w tamtejszej placówce medycznej. Wiele osób na całym świecie zadawało sobie pytanie, jaka mogła być przyczyna, by naruszyć tak bardzo prawa rodziców, jak tego dokonał brytyjski sąd. To była wielka niesprawiedliwość i pogwałcenie praw rodziny.

Dlaczego tak ceniące wartość życia prywatnego brytyjskie społeczeństwo akceptuje takie praktyki? Może media wypaczyły przekaz na temat istoty mającego miejsce sporu?

– O to właśnie chodzi. Początkowo cała sprawa wzbudzała wielką sympatię ze względu na fakty, o których wspomniałem. Ale kiedy rzecz się rozwijała, wyszły skutki tego, że przestrzeń medialna naszego kraju jest zdominowana przez tzw. uznane media, jak BBC. Zaczęły one krytykować organizacje wspierające rodziców Alfiego. Zarzucano im, że wcale nie chodzi o życie tego chłopca, ale polityczną kampanię chrześcijan. Gdy świeckie media używają słowa „chrześcijanie”, to mają zawsze na myśli coś złego. Dla mnie ma to też takie znaczenie, że przyjmując tego typu sprawy, muszę bardzo starannie przygotowywać prezentację argumentów, żeby sens sporu był jasny. Chodzi o to, żeby uniemożliwić wrogim mediom relacjonowanie sprawy w sposób stronniczy.

Właśnie to spotkało rodziców Alfiego. Słyszeliśmy, że są uparci, niezrównoważeni, że stoją za nimi jakieś polityczne interesy grup obrońców życia.

– To są wyjątkowi rodzice. Tom Evans, ojciec Alfiego, jest niezwykłym ojcem. Wierzę, że wielu ludzi pozbawionych ojca znajdzie w nim przykład, jak powinien zachowywać się prawdziwy ojciec – zrobić wszystko, co możliwe, by ratować swoje dziecko. To smutne, że ludziom, którzy chcą przeinaczyć tę prawdę, udało się stworzyć coś w rodzaju fake newsa. Jako adwokat mam styczność ze swoimi klientami jedynie przez jakiś czas – te kilka miesięcy, które trwa sprawa sądowa. Ale mogę powiedzieć z całą pewnością, że rodzice Alfiego nie byli ludźmi szalonymi, niezrównoważonymi czy zaangażowanymi w jakąś kampanię polityczną. Byli oddanymi rodzicami i robiło to na mnie ogromne wrażenie. Cała sprawa była bardzo skomplikowana w sensie prawnym i społecznym, i było wiele osób, które chciały się w nią w jakiś sposób zaangażować. Zapewne jedni z troski i altruizmu, inni dla własnych planów. Było wiele takich osób, z których część uczestniczyła w tej całej sprawie z większym entuzjazmem, a inni z mniejszym. Ja zajmowałem się jedynie stroną prawną, a nie szerokim tłem społecznym.

W tej sprawie dotykamy kwestii wolności osobistej, ale też wolności religijnej, swobody przekonań, częściowo również wolności słowa. Jak wygląda ich przestrzeganie w Wielkiej Brytanii?

– To jest wielki problem. Jako adwokat specjalizuję się właśnie w sprawach dotyczących wolności religijnej i wolności słowa. Mógłbym więc mówić na ten temat bardzo długo. Jedną z przyczyn złożoności zagadnienia jest to, że trzeba oddzielić decyzje sądów, działania organów władzy publicznej oraz pracodawców. Prowadzę wiele spraw, jest dużo sukcesów, ale wiele zależy od danego obszaru, którego dotykamy. Najwięcej udaje się zrobić, gdy chodzi o czystą wolność słowa i związaną z nią tzw. mowę nienawiści. Również pozytywnie kończą się sprawy dotyczące autonomii Kościoła, np. w kwestii tego, że tylko mężczyźni mogą być kapłanami. Ale już tam, gdzie chodzi o wyrażany przez chrześcijan sprzeciw sumienia, zwłaszcza w kwestiach dotyczących płci lub krytyki islamu, generalnie przegrywamy. Jeśli chodzi o sądy, to mogą one ostatecznie stanąć po stronie wolności słowa, ale zajmuje to lata i wymaga wielu apelacji. W tym czasie ofiara może stracić pracę, dom czy dochody. Co wtedy znaczy takie „zwycięstwo”? Rzeczywistość wygląda tak, że jeśli ktoś wypowiada się w kategoriach chrześcijańskich, to ponosi poważną szkodę, jak choćby utrata pracy. Samo wyrażanie poglądów dotyczących etyki seksualnej, aborcji czy eutanazji jest ryzykowne.

Na pewno zna Pan dużo konkretnych przypadków.

– Weźmy na przykład sprawę, którą prowadziłem przed sprawą Alfiego Evansa, czyli Feliksa Ngole. Feliksowi uniemożliwiono zostanie pracownikiem socjalnym i usunięto go ze studiów na uniwersytecie w Sheffield z powodu wyrażania płynących z chrześcijaństwa poglądów na temat homoseksualizmu. Jego sprawa jest obecnie w sądzie apelacyjnym. Inny przykład to sprawa piekarza z piekarni Ashers z Irlandii Północnej, która odmówiła wykonania ciastek z napisem „Popieraj małżeństwa gejowskie”. Wygrali po czterech latach intensywnych nacisków i po wielu odwołaniach. Często reprezentuję ulicznych kaznodziejów, którzy są zatrzymywani z powodu cytowania fragmentów Pisma Świętego krytycznych wobec homoseksualizmu. Wygrywam te sprawy, ale taki kaznodzieja często najpierw jest aresztowany i musi czekać w więzieniu na wyrok, bojąc się skazania za przestępstwo. A tam, gdzie jest atmosfera lęku, mało jest wolności. 

Wielka Brytania jest przykładem państwa, w którym prawo nie liczy się z moralnością. Obok tzw. aborcji i „małżeństw” homoseksualnych jest bardzo rozbudowana edukacja seksualna, nie tak dawno zalegalizowano zapłodnienie in vitro, wskutek czego dziecko ma troje genetycznych rodziców. Czy ten proces ma szansę się zatrzymać?

– W Wielkiej Brytanii panuje wielka bierność społeczeństwa. To bardzo wroga laicka kultura, w której jednostka jest bezbronna i zalękniona. Jest wobec tego opozycja, ale czuje się pozbawiona siły, gdyż media i władze minimalizują jej znaczenie. Ludzie zasadniczo są zszokowani tym, co im się proponuje, ale boją się sprzeciwiać i pozostają bierni. W efekcie akceptują rozwiązania totalnie przeciwne koncepcji godności osoby.

Jaki wpływ na ten pochód lewicowej barbarii może mieć coraz bardziej znacząca w Wielkiej Brytanii społeczność muzułmanów?

– Brytyjscy islamiści rosną w siłę, a oni sprzeciwiają się feminizmowi i pozycji kobiet, tzw. aborcji, homoseksualizmowi i całej tej liberalnej układance pomysłów. To musi doprowadzić do społeczno-politycznych podziałów w naszym społeczeństwie. Aż dziwne, że feministki i działacze LGBT rzadko, prawie nigdy nie krytykują islamu. A wiele mniejszości etnicznych, jak Żydzi, żyje w głębokiej obawie przed islamistami. To jest paradoksalne i zupełnie niezrozumiałe, biorąc pod uwagę lewicową obsesję walki z dyskryminacją i wykluczaniem. Innym obliczem takiego wewnętrznego paradoksu lewicowej ideologii jest to, że mamy też do czynienia ze zjawiskiem masowej selekcji płci, de facto kobietobójstwem. Wiele mniejszości etnicznych dokonuje masowo aborcji dziewczynek, a rząd i sądy nic z tym nie robią. Milczą też organizacje feministyczne.

Czy przy tym wszystkim widać jakieś oznaki pozytywne?

– Oczywiście, my, chrześcijanie, musimy być optymistami. Na pewno zwyciężymy. Oczywiście, że trend sekularyzmu jest bardzo prymitywny i brutalny, ale jest on także bardzo niespójny. Ostatecznie lewicowa polityka musi upaść. Rzeczywistość jest taka, że Zjednoczone Królestwo przesuwa się od społeczeństwa wartości judeochrześcijańskich do postchrześcijańskiego społeczeństwa pogańskiego z koncesjami na rzecz islamu. To jest jednocześnie zmiana i wyzwanie dla tradycyjnych norm. Jeśli się tego nie naprawi, to koniec będzie marny. Pozostaje nam mieć nadzieję, że zmiana nadejdzie. I jeśli nawet nie ma żadnego innego powodu poza tą nadzieją, będę kontynuował swoją praktykę domagania się w sądzie sprawiedliwości. Żeby prawo było przynajmniej neutralne, sądy muszą być w Wielkiej Brytanii solidniejsze.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Piotr Falkowski

Nasz Dziennik