Projekt obywatelski „Zatrzymaj aborcję”, który ma na celu zatrzymanie zabijania dzieci poczętych z przyczyn eugenicznych, nadal leży w tzw. sejmowej zamrażarce?
– Komisja Polityki Społecznej i Rodziny przy złamaniu dobrych parlamentarnych obyczajów powołała podkomisję do szczegółowego zbadania projektu. Na jej czele stoi poseł PiS Grzegorz Matusiak. Od czterech miesięcy kierowana przez posła podkomisja nie zrobiła absolutnie nic dla uratowania dzieci. A z perspektywy wszystkich popierających projekt, czyli blisko miliona Polaków, istotne jest to, kiedy ta podkomisja zakończy wreszcie prace, a sama komisja wniesie do Sejmu o przyjęcie projektu w drugim czytaniu. Poseł Matusiak czeka w tej chwili na nie wiadomo co, a efektem jego bierności jest troje zabitych maluszków dziennie, słabych, bezbronnych i potrzebujących ratunku.
Udało się nawiązać kontakt z Prezydium Sejmu i marszałkiem Markiem Kuchcińskim?
– Zaraz po powołaniu podkomisji zwróciliśmy się do marszałka Kuchcińskiego i do przewodniczącego klubu PiS Ryszarda Terleckiego z prośbą o spotkanie i rozmowę, aby przedstawić nasze stanowisko wobec tego, co działo się i dzieje się w Sejmie. Przez trzy miesiące nie mieliśmy absolutnie możliwości spotkania, nie doszło do niego, choć prosiliśmy wielokrotnie i pisemnie, i e-mailowo, i telefonicznie. Okazuje się, że marszałek nie zamierza się spotkać z reprezentantami inicjatywy, pod którą jest podpis ponad 800 tys. osób. Nas to dziwi. Złożyliśmy też pismo z wnioskiem o interpretację Regulaminu Sejmu w zakresie powołania podkomisji. Ponieważ ta jest powoływana do szczegółowego rozpatrzenia ustaw, a projekt #ZatrzymajAborcję zawiera dosłownie kilka linijek. Nad czym się tu zastanawiać? Albo się dzieci zabija, albo nie. To jest kwestia odpowiedzi na jedno proste pytanie, a nie produkowania analiz, co się stanie, gdy przestaniemy zabijać dzieci.
Jak zatem na to wszystko, co się dzieje wokół obywatelskiej inicjatywy, patrzeć?
– Nosi to cechy zaplanowanej obstrukcji, szczególnie że przy powoływaniu podkomisji nie było żadnych konsultacji z projektodawcami w sprawie jej powstania. My wręcz, będąc na posiedzeniu w lipcu br., a było ok. 30 osób ze środowiska pro-life, chcieliśmy zabrać głos, a zostaliśmy po prostu spacyfikowani. Odebrano nam możliwość wypowiedzenia nawet kilku zdań w imieniu blisko miliona Polaków. PiS obiecało swoim wyborcom załatwić ważną sprawę, kiedy będzie przy władzy, ale tego nie robi.
Czego się obawiają?
– Nie wiem i powiem szczerze, nie nad tym należy się zastanawiać. Sprawowanie mandatu posła wiąże się z zajmowaniem się problemami swoich wyborców. Jeśli to jest dla kogoś za trudne, to niech złoży mandat. Posłowie wymawiają się np. „czarnymi marszami”, ale to zjawisko jest na etapie wypalania się. Przedtem reformowali określone obszary państwa i to przy znacznie większych protestach niż środowisk proaborcyjnych. Zatem to naprawdę nie chodzi o to, że ktoś wyjdzie na ulice i politycy się tego boją. Absolutnie nie. To jest tylko wymówka. Myślę, że musimy popatrzeć na dwie rzeczywistości. Z jednej strony jest polityk, który chce mieć komfort, w związku z tym nie chce się zajmować aborcją i mówi, że się boi. A z drugiej strony mamy troje dzieci dziennie, które są rozrywane na kawałki bez żadnego znieczulenia, i nawet jeżeli ktoś się boi, to powinien ratować te dzieci bez względu na wszystko.
Zwłoka dzieciom zagrożonym zabiciem z pewnością nie pomaga, za to daje czas na mobilizację środowiskom aborcyjnym?
– Niewątpliwie tak długo, jak projekt jest nieuchwalony, środowiska proaborcyjne czują się zaproszone do dyskusji i podejmują ją tak, jak potrafią. A co potrafią? Na przykład organizować wulgarne, obsceniczne „czarne marsze”, malować sprayem zabytkowe budynki, także kościoły, organizować różne prowokacje i skandaliczne akcje, które nie powinny mieć miejsca w przestrzeni publicznej. Zastanawiam się, z kim tu dyskutować, kogo wysłuchiwać, bo raczej nie ludzi, którzy przyjmują podobne obyczaje. Mamy do czynienia z barbarzyńcami, ze środowiskiem, którego wysłuchanie byłoby prawdziwym błędem. To mnie dziwi, że Sejm, rzekomo konserwatywny, ulega radykalnym ruchom feministycznym, które w celu realizacji swoich postulatów posuwają się nawet do łamania prawa. Natomiast prawie miliona dobrych ludzi, którzy upomnieli się o życie nienarodzonych dzieci, nie słucha. Władza pozwala garstce aborterów terroryzować państwo.
Jest jeszcze druga kwestia. Czekamy na wyrok TK w sprawie zgodności przesłanki eugenicznej z Konstytucją RP.
– Jeśli chodzi o TK, to on obecnie pełni rolę dodatkowej blokady dla antyaborcyjnego projektu. W Sejmie uchwalono już bardzo wiele ustaw od początku kadencji bez czekania na opinię TK w każdej z nich. Pytanie i długotrwałe rozważanie, czy ludzi zabijać, czy nie, jest niegodne cywilizowanego państwa. Zasłanianie się Trybunałem, mówienie, że się na niego czeka, to gra na zwłokę ze śmiercionośnym efektem. Z drugiej strony TK nie podaje terminów rozpatrzenia wniosku, a opinie prawników wskazują, że po zakończeniu kadencji Sejmu sprawa przepadnie, bo wniosek ulegnie dyskontynuacji. Ostatnio TK zajmuje się sprawą wycinki drzew i krzewów, podczas gdy w szpitalach aborterzy tną dzieci na kawałki bez znieczulenia, a sędziowie nic nie robią!
W 1997 r. sędziom TK wystarczyło 6 miesięcy na przygotowanie orzeczenia, że aborcja z powodu trudnych warunków życiowych jest niezgodna z Konstytucją.
– To prawda, a przecież była znacznie bardziej trudna sytuacja polityczna. Funkcję prezydenta sprawował Aleksander Kwaśniewski, a Sejm zdominowany był przez lewicę. Sędziowie TK jakoś nie przejęli się układem sił politycznych ani tym, jaka jest atmosfera i jakie są oczekiwania czołowych polityków w państwie. Orzekli, że zabijanie dzieci z tzw. przesłanki społecznej jest niezgodne z Konstytucją. Teraz widzimy lękliwe przestępowanie z nogi na nogę i oczekiwanie, że ludzie zapomną o zabijanych dzieciach. Mamy relacje z pierwszej ręki od osób, które były zaangażowane w kampanię samorządową PiS w terenie. Okazuje się, że w wielu miejscach, gdzie dotychczas byli chętnie przyjmowani, nie mieli wejścia i to właśnie ze względu na ten brak decyzji w kwestii #ZatrzymajAborcję. Ludzie nie zapominają.
Mści się niejednoznaczna postawa?
– To jest też niewiara we własną siłę sprawczą, we własne przywództwo. Czy na prawicy nie ma liderów? Dlaczego zawsze musimy dostosowywać się do opinii środowisk lewicowych? Czy mamy się pytać „Gazety Wyborczej”, co mamy robić?
Co możemy zatem jeszcze zrobić dla obrony dzieci poczętych?
– Zaznaczam, że obywatele zrobili wszystko, co było do zrobienia, i to po wielokroć. Wystarczyło przecież zebrać 100 tys. podpisów, a zebraliśmy osiem i pół razy więcej.
Przed nami kolejne wybory – najpierw do Parlamentu Europejskiego, potem do krajowego. I przed każdym z nas pytanie: jeżeli przez 4 lata kadencji partia, która miała wszystkie narzędzia, żeby uratować życie dzieci, nie zrobiła tego, to co my na to? Politycy nie robią pewnych rzeczy, jeśli wiedzą, że mogą ich nie robić. Na dziś PiS ma takie podejście, żeby nie realizować postulatów swojego elektoratu, bo on i tak pójdzie i na nich zagłosuje. To się dzieje z krzywdą dla maleńkich, bezbronnych, niepełnosprawnych dzieci. Patrzmy więc realnie na tę siłę, którą mamy jako wyborcy. My zatrudniamy polityków i z naszych podatków dostają oni diety. Jeśli pracownik nie wykonuje pracy, do której został zatrudniony, to czy dalej powinien ją wykonywać?

