logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Niezrozumiały brak reakcji

Sobota, 24 listopada 2018 (00:11)

Z Krzysztofem Wyszkowskim, współtwórcą i byłym działaczem Wolnych Związków Zawodowych, doradcą premierów Jana Krzysztofa Bieleckiego i Jana Olszewskiego,  rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak ocenia Pan sposób traktowania stron przez sąd podczas wczorajszej rozprawy rozpoczętego jeszcze w marcu br. procesu o naruszenie dóbr osobistych, jaki Jarosław Kaczyński wytoczył Lechowi Wałęsie?

– W sensie merytorycznym wydaje się, że Sąd Okręgowy w Gdańsku, przed którym rozpoczął się ten proces, nie działał jakoś specjalnie wrogo w stosunku do Jarosława Kaczyńskiego. Kierunek pytań nie był błędny, bo jak przypuszczam, sąd chciał poznać okoliczności, dowiedzieć się, czy przejścia traumatyczne powoda, czyli Jarosława Kaczyńskiego, były dla niego ważne. Oczywiście sąd musi takie pytania zadawać, tyle tylko, że powinien to czynić w odpowiedni sposób, taktownie. W tym wypadku sędzia – niestety w moim odczuciu – formułowała i zadawała pytania w sposób rażąco niekulturalny, bez wrażliwości dla uczuć osoby przesłuchiwanej. Można było odnieść wrażenie, że sędzia wręcz napada na powoda, który znalazł się w ogniu pytań, co nie powinno mieć miejsca.

Inaczej było podczas przesłuchania Lecha Wałęsy...

– W momencie, kiedy przesłuchiwany był pozwany Lech Wałęsa, który kilkukrotnie w sposób rażąco niekulturalny, pozbawiony taktu wyrażał się o dziś już nieżyjącej, a w kwietniu 2010 roku ciężko chorej matce Lecha i Jarosława Kaczyńskich, to sędzia zamiast przerwać ten wywód, upomnieć czy wręcz ukarać Wałęsę, to nawet nie zareagowała. To pokazuje, jaka jest wrażliwość sędzi Weroniki Klawonn. Co pod togą nosi sędzia, który – jak pokazują zdjęcia ze zgromadzenia odnalezione przez internautów – szeroko dziś publikowane, gdzie widzimy sędzię odzianą w koszulkę z napisem „Konstytucja”, kojarzoną z antypaństwowymi działaniami Obywateli RP i Komitetu Obrony Demokracji. Tak czy inaczej można mieć wątpliwości, czy taki sędzia, który z zasady powinien być bezstronny, nie staje po jednej ze stron sporu politycznego? Co by nie powiedzieć, brak reakcji sędzi na „wycieczki” osobiste Lecha Wałęsy był niezrozumiały i niesmaczny, a wręcz gorszący. To bardzo przykre.

Można mówić o stronniczości?

– Obiektywnie rzecz biorąc tak. Jeśli bowiem sędzia nie zwraca uwagi na rażąco niekulturalne zachowanie, to  niejako aprobuje taki sposób bycia. Wobec powyższego powstaje pytanie: czy takie działanie sądu jest w ogóle legalne, czy taki sędzia nie powinien zostać odsunięty od orzekania w tej sprawie, czy powinien nadal sprawować swoje stanowisko, czy w ogóle nie powinien zostać pozbawiony możliwości orzekania? Sędziowie sądzą również na podstawie własnego doświadczenia życiowego. Jakie doświadczenie ma ta sędzia, to ja nie wiem. Myślę, że przy okazji cała Polska oglądając przebieg tej rozprawy, miała okazję zobaczyć, jakie mamy sądy i przyznać rację obecnie rządzącym, którzy walczą z patologią w środowisku sędziowskim, przeprowadzając reformę wymiaru sprawiedliwości.

A jak ocenia Pan wczorajsze zachowanie Lecha Wałęsy, któremu – jak Pan zauważył – sędzia pozwalała na zbyt wiele?

– Po Wałęsie, którego znam od lat, to ja się niczego dobrego nie spodziewałem. Znam też od wielu lat – niestety – zachowanie sądów w Gdańsku wobec Lecha Wałęsy. Podczas jednej rozprawy procesu, jaki Wałęsa wytoczył przeciwko mnie, kiedy Wałęsa przesłuchiwany powiedział coś na swoją niekorzyść, to sędzia przerwała i pytaniami tak długo go naprowadzała, aż wyraził się w sposób dla siebie bezpieczny. 

Skąd u byłego prezydenta ta buta?                

– Taki charakter człowieka. Wałęsa nie potrafi ani przyznać się do tego – co jest faktem – że był agentem, nie potrafi przeprosić ani ukorzyć się. Wobec tego idzie w zaparte.

Czy nie jest trochę tak, że sami na pewnym etapie udzielając poparcia Wałęsie, niejako sami pozwoliliśmy mu urosnąć w tej bucie?

– Dokładnie tak, ale to jest szerszy problem, problem odpowiedzialności nas, jako społeczeństwa, za swoich liderów. Dlatego widzimy dzisiaj, jak ważna jest kwestia jawności, swoboda publikacji itd. W kraju demokratycznym, w kraju wolnym, dostęp do informacji o przywódcach jest możliwy, szeroki. Od tego są historycy, dziennikarze, żeby ujawniać życiorysy, dobre i złe dokonania liderów politycznych, ludzi ubiegających się o stanowiska w instytucjach państwa czy w ogóle w instytucjach publicznych. W przypadku Wałęsy dotykamy czasów PRL, czasów komunizmu, gdzie takiego dostępu do materiałów nie było. To działało na korzyść Wałęsy, który był szczelnie chroniony przez Służbę Bezpieczeństwa, przez komunistów, którzy – znając jego agenturalną przeszłość – z drugiej strony go wykorzystywali do swoich celów. Nie są to puste słowa, tylko są na to dowody, dokładne opisy, gdzie Stanisław Kania – nadzorca bezpieki, sam mówi, że dzięki Wałęsie uda się nam manipulować „Solidarnością”. Dzisiaj możemy się oczywiście oskarżać, że pozwoliliśmy Wałęsie wyjść tak wysoko, ale ten nasz błąd był bezwiedny. W tamtym czasie nie mieliśmy pełnej wiedzy, nie mieliśmy dostępu do prawdy o Lechu Wałęsie. Możemy się bić w piersi, ale to wina komunizmu – systemu, który okazał się tak przebiegły i sprytny, że podsunął nam swoich agentów – w tym Wałęsę – jako naszych bohaterów. Dziś na szczęście znamy prawdę i właściwie oceniamy tych pseudo-bohaterów. Szkoda tylko, że oni sami jak Wałęsa w swojej bucie wciąż tkwią w kłamstwie, ale to nie zmienia faktu, kim byli i kim są.   

Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl