logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Porażka brukselskich elit

Niedziela, 25 listopada 2018 (23:10)

Z Andrzejem Maciejewskim, posłem Ruchu Kukiz’15, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Elity brukselskie, można powiedzieć, świętują wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, bo po minach Tuska, Merkel, Macrona nie widać żałoby. Czy jest co świętować?

– Jedni ogłaszają sukces tego porozumienia, a drudzy – mam na myśli brytyjską Izbę Gmin – niekoniecznie się cieszą z warunków umowy, jaka została zawarta. Jak widać, każdy rozwód jest bolesny i kosztowny, i nie inaczej jest w przypadku wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Brexit jest tego dowodem, dlatego zawsze będą niezadowoleni, zawsze będą poranieni, zawsze będą niezadowoleni. Przypomnę, że warunki, jakie ogłosiła premier Theresa May w brytyjskim parlamencie, wcale nie spotkały się z entuzjazmem, wręcz niektórzy, zwłaszcza konserwatyści, określili to zdradą, efektem czego są dymisje ministrów gabinetu brytyjskiej premier. Tak czy inaczej trzeba mieć świadomość, że wyjście Wielkiej Brytanii z Unii będzie długotrwałym procesem, procesem kosztownym i to dla obu stron.

Czy rozstanie z Wielką Brytanią z perspektywy unijnej nie jest porażką, bo jednak nie udało się przekonać Brytyjczyków, że warto zostać we wspólnocie?

– Gdyby Unia Europejska funkcjonowała w sposób prawidłowy, to brexit nigdy nie powinien się wydarzyć. Decyzja Brytyjczyków nie jest przypadkowa, nie był to wynik emocji, ale przemyślany krok, który dojrzewał w brytyjskim społeczeństwie. Wpływ na to miał cały ciąg wydarzeń, pewne działania elit brukselskich, które nie były akceptowane na Wyspach. Brytyjczycy oceniali te bezrefleksyjne działania w sposób krytyczny, aż w końcu, kiedy miarka się przebrała, większość społeczeństwa – w referendum – podjęła decyzję o wystąpieniu ze wspólnoty. Co niepokojące, elity brukselskie, które przyczyniły się do opuszczenia Unii przez Wielką Brytanię, wcale nie wyciągają z tego wniosków. Mało tego, obarczają winą wszystkich dookoła, tylko nie siebie, a swoje decyzje uważają za jedynie słuszne. I tu jest problem.

Decyzja brukselskich elit wpłynie ma przyszłoroczne wybory do europarlamentu?

– Podejrzewam, że pierwszym wnioskiem, jaki z polityki brukselskich elit wyciągnie społeczeństwo w różnych krajach, będzie wynik przyszłorocznych wyborów, który może okazać się bardzo smutny dla wielu unijnych dygnitarzy, którzy odejdą w polityczny niebyt i po prostu przestaną istnieć.

Unia Europejska bez Wielkiej Brytanii, czyli swojego rodzaju katalizatora, ale za to pod dyktatem Niemiec i Francji – na dłuższą metę ma szanse przetrwać?

– Warto sobie uświadomić, że Unię Europejską opuszcza jedna z największych gospodarek nie tylko europejskich, ale światowych, państwo wpłacające do wspólnej unijnej kasy jedne z największych składek. Natomiast jeśli chodzi o Niemcy, Francję, to jak wygląda demokracja w tych państwach, najlepiej pokazują zdjęcia z protestów przeciwko polityce prezydenta Macrona, jakie od kilku dni docierają do nas z Paryża, zdjęcia z Niemiec. Jeśli do tego dodamy wyniki gospodarki greckiej czy w ogóle państw Morza Śródziemnego, to widzimy, że Unia Europejska przeżywa poważne problemy wewnętrzne. I zamiast zdiagnozować problem i próbować zahamować ten proces samozniszczenia, to źródła poważnej choroby szuka się zupełnie gdzie indziej. Zdaniem Komisji Europejskiej, to Polska jest winna, również Węgry, gdzie szuka się dziury w całym. To pokazuje bezmyślność i głupotę brukselskich eurokratów. Niebezpieczne jest też to, że ten wirus brukselski rozprzestrzenia się po całej Europie.

Czy coś jest w stanie zatrzymać ten niszczący proces?

– Nie liczyłbym na refleksję brukselskich elit, które są tak zapatrzone w siebie i tak przekonane o swojej nieomylności, że nie potrafią – zdaje się – myśleć racjonalnie. Dlatego liczę na rozsądek wyborców, którzy mogą przerwać ten proces. Konieczne jest przewietrzenie brukselskich korytarzy, bo elity rządzące dziś Unią Europejską straciły kontakt z rzeczywistością. Całkowicie się pogubiły, uznając, że ideologia jest wyznacznikiem wszystkich działań. I ta ideologia zgubiła Unię Europejską na tym etapie. Dlatego Unia w obecnym kształcie wymaga ewolucji i im prędzej ten proces się rozpocznie, tym lepiej. Wrogami tego procesu zmian są właśnie eurokraci, którzy Wspólnotę traktują w sposób dogmatyczny i nie są w stanie wyciągnąć żadnych wniosków na przyszłość.

Jaka jest perspektywa Polski w Unii, którą Pan zarysował?

– Przede wszystkim chcę powiedzieć, że na gruncie polskiego parlamentu nie znam przypadku, nie znam osoby, która byłaby zwolennikiem opuszczenia Unii Europejskiej przez Polskę. Dlatego kompletnie nie rozumiem retoryki polityków Platformy i Nowoczesnej, którzy mówią o polexicie. Mam wrażenie, że mamy do czynienia z jakąś obsesją. Dzisiaj – w jednej ze stacji – posła Sławomira Neumanna słuchałem z przerażeniem. Ten scenariusz, jaki rysuje tzw. totalna opozycja, jest jak jakiś mroczny sen, bo – jak powiedziałem – nie znam przypadku, żeby którykolwiek z klubów składał wniosek o wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej. Na dzisiaj mamy do czynienia z pewną grą słów, z PR-em, co świadczy, że kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego trwa w najlepsze. To kampania strachu, pewnej psychozy, która ma pokazać, że jedni chcą wyprowadzić Polskę z Unii, a inni chcą, żeby pozostała w tym gronie. Ktoś próbuje narzucić taką retorykę, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Niepokojące jest jednak to, że część społeczeństwa jednak ulega retoryce narzucanej przez opozycję totalną.

– Polacy to rozsądny naród i każdy, kto myśli samodzielnie, potrafi to osądzić i ocenić, jak wygląda rzeczywistość. Fakt faktem, trudno dyskutować z szaleńcami, ale ufam, że ludzie to ocenią we właściwy sposób przy urnach wyborczych.

Wracając jeszcze do brexitu, dla kogo umowa dzisiaj podpisana w Brukseli jest korzystniejsza, kto bardziej na tym zyskuje: Unia czy Wielka Brytania, a może wszyscy tracą?  

– Nie ma tu zwycięzców. Mówimy o tak silnych zależnościach, powiązaniach gospodarczych i finansowych, że wraz z brexitem każdy coś traci. Nie ma zatem zero-jedynkowej odpowiedzi. Każdy rozwód jest bolesny, każdy rozwód kosztuje i dokładnie taka sama jest puenta dotycząca brexitu. Nie oszukujmy się, Brytyjczycy również tracą – chociażby pewne przywileje, tracą rynki zbytu, tracą również łatwość swobodnego przemieszczania się biznesowego. Trzeba to powiedzieć – mianowicie, że zamykający się obszar, z którego Brytyjczycy wychodzą, był swojego rodzaju układem biznesowo-politycznym korzystnym dla wszystkich. Dzisiaj coś się kończy, coś się zaczyna. Jednak dopiero czas pokaże, jakie będą głębsze konsekwencje wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

A co dla Polski oznacza wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej?

– Premier Mateusz Morawiecki podczas konferencji prasowej powiedział, że podpisana umowa w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii gwarantuje prawa Polaków na Wyspach oraz interesy polskich firm, a więc to, co zostało ustalone, jest zapisane w porozumieniu, które – jak wiemy – było negocjowane przez blisko dwa lata. Jednak najważniejszy jest jeden wniosek – mianowicie, że zawsze należy mieć z tyłu głowy świadomość, iż potęgi czy imperia rodzą się i upadają, a państwa narodowe muszą trwać. Warto o tym pamiętać, a jednocześnie być świadomym, że gospodarka i patriotyzm gospodarczy są wykładnią każdego państwa. I nawet najbardziej zagorzali eurokraci pilnują interesów swoich państw. Wystarczy tylko wymienić interesy Niemców z Rosjanami. Nas wpychają w ręce Putina, zarzucając nam, że jesteśmy jego fanami, podczas gdy ogromna rzesza państw unijnych robi interesy z Moskwą, nie nazywając tego wchodzeniem w objęcia Putina. To pokazuje nierówną retorykę i de facto hipokryzję unijnych elit oraz egoizm narodowy przywódców państw zachodniej Europy na czele z Niemcami.

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl