logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Układ sił w PE się zmieni

Środa, 28 listopada 2018 (23:05)

Z Markiem Astem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczącym sejmowej Komisji Ustawodawczej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Niemiec, poseł partii CDU Stephan Harbarth, został wybrany na sędziego niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego i wkrótce ma stanąć na jego czele. Komisja Europejska jednak milczy w tej sprawie, za to wciąż krytykuje Polskę w związku z reformą wymiaru sprawiedliwości…

– Widać, że podwójnymi standardami Komisja Europejska mierzy sprawy polskie i niemieckie w dziedzinie sądownictwa, w tym sądownictwa konstytucyjnego. Czołowy polityk chadecji partii rządzącej w Niemczech zostaje wybrany na sędziego Federalnego Trybunału Konstytucyjnego i namaszczony na wiceprzewodniczącego, a w przyszłości na przewodniczącego. I to nie jest upolitycznianie Trybunału, natomiast Polska jest ganiona za zgodny z Konstytucją RP tryb wyboru sędziów Sądu Najwyższego, krytykowane są nasze reformy, które zgodnie z prawem traktatowym są wewnętrzną sprawą państwa członkowskiego – chociażby takie jak określenie wieku przechodzenia sędziów w stan spoczynku. Warto też podkreślić, że nie tylko politycy Niemiec wybierają – w tym wypadku członka Trybunału Konstytucyjnego, bo z namaszczenia polityków w tym kraju są powoływani także sędziowie Sądu Najwyższego. Można zatem to wszystko podsumować tylko w jeden sposób, że w Unii Europejskiej obowiązują podwójne standardy – inne dla państw starej Unii, a inne restrykcyjne dla nowych członków.     

Skoro i tak spotykamy się z krytyką i brakiem przychylności Brukseli, to czy konieczne było cofnięcie się i nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym?

– W tym wypadku mieliśmy rzeczywiście dylemat, bo generalnie nie zgadzaliśmy się z postanowieniem zabezpieczającym Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, natomiast jako państwo deklarowaliśmy w umowie stowarzyszeniowej, że będziemy respektowali rozstrzygnięcia tegoż Trybunału w Luksemburgu.  

No dobrze, ale zważając na przykład niemiecki, czy umowa ma dotyczyć tylko nas?

– Oczywiście jest to zobowiązanie wobec wszystkich państw członkowskich, ale niestety to nas Komisja Europejska pozwała przed unijny Trybunał Sprawiedliwości, to przeciwko nam tenże trybunał wydał postanowienie zabezpieczające. W tej sytuacji oczywiście można byłoby się zastanowić, czy dalej przeciągać tę linę, tak czy inaczej zdecydowaliśmy o nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym – zresztą zgodnie z tym, co deklarowaliśmy, że nie ma innej możliwości wykonania postanowienia zabezpieczającego jak znowelizowanie przepisów wspomnianej ustawy. W istocie reforma wymiaru sprawiedliwości, co do zasady nie ogranicza się przecież wyłącznie do kwestii personalnych – te nawet są może najmniej istotne – generalnie chodziło przecież o sprawy stricte merytoryczne związane z powołaniem Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych w Sądzie Najwyższym czy zmiany w sądownictwie powszechnym. Jasne, że ważne są kwestie personalne związane z tym, że w Sądzie Najwyższym orzekali jeszcze sędziowie, którzy funkcjonowali w PRL – skazując chociażby działaczy opozycji. Dlatego powinno być absolutnie zrozumiałe, że w tym wypadku ci sędziowie nie powinni dłużej orzekać i ta forma odsunięcia ich od wykonywania obowiązków w Sądzie Najwyższym – zaproponowana w ustawie uchwalonej przez Sejm, czyli odesłanie ich w stan spoczynku – była de facto najmniej dotkliwa i  bardzo elegancka wobec ludzi, którzy z uwagi na to, o czym powiedziałem, być może na to nie zasługują. Przy okazji reforma dotyczyła także innych sędziów, co było mocno kwestionowane i dlatego – nie chcąc dłużej przedłużać tego sporu, ze strony rządowej była wola zawarcia kompromisu z Komisją Europejską i wycofania się z wcześniejszych zapisów.

Dyskusje, czy to dobry krok, cały czas jednak trwają…

– Dyskusje, czy był to właściwy krok, czy może należało iść w ostry spór, będą trwały, ale skutki, jakie wynikłyby z tego typu działań, też trudne są do przewidzenia. Można się domyślać, że w okresie poprzedzającym kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego, gdzieś w okolicach lutego czy marca przyszłego roku, zostałoby wydane ostateczne orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że byłoby ono zbliżone do tego, co luksemburski trybunał zaproponował w postanowieniu zabezpieczającym. I może w tej sytuacji – faktycznie – lepiej było już na tym etapie podjąć decyzję legislacyjną niż po kilku miesiącach sporu z Komisją Europejską i przed unijnym Trybunałem Sprawiedliwości wprowadzać takie zmiany tuż przed wyborami do europarlamentu.

Tyle tylko, że spór z Brukselą cały czas się toczy, bo Komisja Europejska, póki co, nie wycofuje skargi przeciwko Polsce, nie rezygnuje też z procedowania art 7.

– To pokazuje też rzeczywiste intencje Komisji Europejskiej, która dąży do możliwie największego osłabienia koalicji sprawującej w Polsce władzę i rządy premiera Mateusza Morawieckiego. Jest to zatem intencjonalne działanie w interesie totalnej opozycji. Dzisiaj Komisja Europejska faktycznie nie ma argumentów, które mogłyby w jakikolwiek sposób podważać fakty – mianowicie, że wykonujemy wszelkie zapisy prawa europejskiego. Jeśli więc są jakiekolwiek zastrzeżenia do ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, to mają one wyłącznie polityczny charakter, bo z prawnego punktu widzenia, jeśli chodzi o sposób wyłaniania, sposób działania KRS, są one absolutnie zgodne – przede wszystkim z Konstytucją RP. Ustawa Zasadnicza nie przewiduje przecież, że ostatecznego wyboru do KRS mają dokonywać środowiska sędziowskie i że członkowie KRS mają się rekrutować spośród sędziów. Nie widzę tu żadnych szans na to, aby unijny Trybunał Sprawiedliwości mógł zakwestionować nasze regulacje ustawowe.

Czy cała ta dyskusja i tzw. dialog z Brukselą ma jeszcze sens, skoro gołym okiem widać, że nie o zmianę prawa tu chodzi, a o zmianę rządu w Polsce, a wszystkie inne działania są tylko pozorowane?

– To fakt, ale przypomnę, że podobne ataki jeszcze zanim Prawo i Sprawiedliwość zdobyło władzę w Polsce obserwowaliśmy na Węgrzech w stosunku rządu premiera Viktora Orbana. Musiał on kluczyć, cofać się, następnie znowu szedł do przodu, ale inaczej się nie da, skoro chcemy, a chcemy, być członkiem Unii Europejskiej i nie ma mowy o wyprowadzaniu Polski ze struktur europejskich. Dzisiaj w Komisji Europejskiej, w Parlamencie Europejskim przeważają siły, które są negatywnie nastawione do polskiego rządu, do większości parlamentarnej, i musimy to przetrwać. Zbliżają się wybory do europarlamentu i mam nadzieję, że obecny układ sił w Parlamencie Europejskim się zmieni. Mam również nadzieję, że po przyszłorocznych wyborach do Sejmu w Polsce obóz Zjednoczonej Prawicy będzie miał zdecydowanie większą legitymację, może nawet legitymację konstytucyjną do tego, żeby kontynuować reformy. Powołując się na casus Węgier – jedynym na dzisiaj sposobem na przekonanie także Polaków do tego, że nasz rząd absolutnie jest prounijny, jest dalsze, konsekwentne prowadzenie dialogu – nawet jeśli widzimy tendencyjne postępowanie Komisji Europejskiej.    

A jaki sposób jest na Platformę? Politycy PO w momencie nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym nie poparli tej zmiany, ale krytykowali działania strony rządowej.

– Jestem przekonany, że jest to uzgodnione działanie, i że te kroki są cały czas podejmowane w porozumieniu z Komisją Europejską, z politykami, którzy w tej chwili nadają ton polityce europejskiej. Natomiast sposobem na zahamowanie tych działanie jest głośne mówienie o tym, pokazywanie, że od kilku lat – właściwie od początku kadencji, kiedy Zjednoczona Prawica wygrała wybory w Polsce i wprowadzamy nasze reformy – Platforma i w ogóle totalna opozycja i jej liderzy, cały czas donoszą na Polskę do Brukseli, do Komisji Europejskiej. Liczę, że Polacy to widzą i jeżeli będziemy o tym głośno mówili, wówczas ocenią te działania Platformy w wyborach do europarlamentu oraz w wyborach do krajowego parlamentu i dadzą nam taką większość, która pozwoli na absolutnie zdecydowane kontynuowanie reformowania państwa.

Póki co, mamy wysłanników z Brukseli na Wiejskiej?

– Można to tak określić, skoro politycy Platformy i Nowoczesnej uważają, że Polska powinna absolutnie płynąć w głównym nurcie. To przecież oni jeszcze przed wyborami w 2015 roku godzili się na kwoty imigrantów i można sobie tylko wyobrazić, jak Polska wyglądałaby dzisiaj, gdybyśmy się na to zgodzili. Robią też wszystko, aby zadowolić Niemcy, kanclerz Angelę Merkel oraz prezydenta Francji Emmanuela Macrona i wypełniać ich życzenia. Ale to nie jest w interesie Polski. Każde państwo, które jest członkiem Unii Europejskiej, dba o swoje własne interesy i rozumie, że we Wspólnocie trzeba się mocno rozpychać łokciami i akcentować interesy przede wszystkim swojego kraju. 

Dziękuję za rozmowę.        

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl