logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Braki w dyplomacji

Piątek, 7 grudnia 2018 (22:05)

Z Andrzejem Maciejewskim, posłem Ruchu Kukiz’15, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Z czego może wynikać arogancja, bo tak chyba należy to określić, ambasador Georgette Mosbacher wyrażona w liście do premiera Mateusza Morawieckiego?

– Pani ambasador przede wszystkim pokazała swoje braki – mianowicie, jak mało umie w dyplomacji. Pokazała, że to nie jest jej świat, że tak naprawdę nie posiada żadnego doświadczenia i że po prostu jest amatorem w dyplomacji. Wobec tego to, co zrobiła Georgette Mosbacher, to typowa szkolna wpadka. Ambasador nie jest od tego, żeby prowadzić politykę zagraniczną, ale jest łącznikiem między państwem przyjmującym a państwem, które reprezentuje. Rolą ambasadora nie jest pouczanie, wygłaszanie nakazów czy zakazów, nie są też groźby. To jest kanon szkoły, którą najpierw trzeba skończyć – widać, że ambasador Mosbacher takiej szkoły niestety nie ukończyła.          

Może jest to efekt naszych wcześniejszych ustępstw, np. w sprawie nowelizacji ustawy o IPN oprotestowanej przez część środowisk amerykańskich i żydowskich?

– Nie chciałbym iść aż tak szerokim łukiem, dlatego określam to wpadką, co pokazuje, że Georgette Mosbacher jest osobą niekompetentną. Dyplomacja to pewna gra, stąd nie zawsze mówi się pełnym zdaniem, może w sposób dla wielu mało czytelny, jednak w świecie dyplomacji język małych niedomówień jest bardzo jednoznaczny i dla wtajemniczonych konkretny. Tym samym to, co się stało teraz, nie zapominając o wcześniejszych wpadkach ze strony ambasador Mosbacher, to wszystko pokazuje, że nie jest to debiut udany, że obsada tego stanowiska nie jest trafiona.

Chce Pan powiedzieć, że administracja amerykańska nie wiedziała, co robi?   

– Można się zastanowić, czy prezydent Trump, komisja senacka, kongresmeni podjęli najwłaściwszą decyzję. Ale na te wątpliwości warto, żeby sobie odpowiedzieli sami Amerykanie. Rolą ambasadora nie jest składanie obietnic dotyczących załatwienia zniesienia wiz dla Polaków. Tak może mówić prezydent, tak mogą mówić kongresmeni, oświadczając, że rozpoczną taki proces, ale nie ambasador, która w dodatku wypowiada się w pierwszej osobie, że to ja zrobię. Widać ewidentnie, że ramy dyplomacji nie są uszyte na miarę Georgette Mosbacher, że rola ambasadora najwyraźniej nie jest tą, w której czuje się najlepiej.

Są jednak tacy politycy, jak marszałek Senatu Stanisław Karczewski, którzy uważają, że amerykańska ambasador rozumie sprawy Polonii i wie, jakie znaczenie ma Polonia w Stanach Zjednoczonych, a także czuje Polskę i czuje atmosferę naszego kraju…

– To jest wypowiedź typowa dla dyplomaty, odnosząca się do listu ambasador Mosbacher. Na ten moment pani ambasador jest w Polsce i ma do czynienia z Polakami tu, na miejscu, a nie z Polonią na terenie Stanów Zjednoczonych. To zaś oznacza nieco inną sytuację. Skoro jednak  ambasador zna Polonię, jak twierdzi marszałek Karczewski, to ja się zastanawiam, czy w tym samym tonie jak do premiera Morawieckiego zwraca się czy rozmawia z polską Polonią. Kto wie, może taka jest druga natura Georgette Mosbacher, której nie znaliśmy. Tak czy inaczej nie jest moją rolą pastwić się nad panią ambasador, ale stwierdzam fakt. I tu przypominam sobie jej poprzednika na stanowisku ambasadora Stanów Zjednoczonych Stephena Mulla, jednego z najbardziej lubianych przez Polaków dyplomatów zagranicznych, który był – można powiedzieć – wzorem ambasadora. To był ktoś, kto potrafi reprezentować interesy własnego państwa, ale w tak delikatny, subtelny sposób przekazując nieraz nie do końca miłe informacje z Waszyngtonu, ale on potrafił to zrobić. Był profesjonalistą, a przy tym miał urok osobisty. Na dzisiaj ambasador Mosbacher jest niestety antywzorem i mam wrażenie, że Stephen Mull może się tylko czerwienić, a my możemy żałować, że ta kadencja się skończyła.

Nie bez powodu wspomniałem o ustępstwach w sprawie nowelizacji ustawy o IPN, bo tu pojawia się temat naszej podmiotowości. Czy po drodze wychodzenia z PRL i wchodzenia w świat demokracji, ustępując, nie zagubiliśmy się, oddając innym część naszej podmiotowości?

– Podmiotowość polega na tym, że jesteśmy bardzo konsekwentni, nie pozwalamy na to, żeby ktoś – tym bardziej w naszym domu, w Polsce – traktował nas w sposób niegodny, nieodpowiedzialny. W dyplomacji tak bywa, że sygnały, co o danej sprawie myśli Pałac Prezydencki itd., przekazują środowiska opiniotwórcze, konkretni dziennikarze, publicyści, zdając sobie sprawę z tego, że ich opinia jest ważna, że jest sygnałem nieoficjalnym, to są także wypowiedzi i opinie parlamentarzystów, co pokazuje, że nie zawsze we wszystkim musi się wypowiedzieć prezydent czy premier. I na tym polega cała sztuka. Po bataliach, po czasach dominacji Związku Sowieckiego i czapkowania Moskwie mimo wszystko sądzę, że mamy samoistny hamulec do padania szybko na kolana. Jednocześnie tkwi w nas świadomość, że już kiedyś to przerabialiśmy i że coś podobnego nie może się powtórzyć. Być partnerem, robić interesy, być sojusznikiem nie musi oznaczać, że jesteśmy przedmiotem, że jesteśmy ulegli, bez własnych interesów. Polityka polega na obronie własnych interesów i zapewne są tematy, które w przypadku nawet Amerykanów są rozbieżne, gdzie nasze poglądy się różnią. Podobnie jest, jeśli chodzi o Niemcy, Francję, ale jednak większość spraw z tymi państwami nas zbliża, jednoczy – spraw, które są wspólne. Musimy mieć świadomość tego, że w relacjach politycznych nie ma spraw zerojedynkowych, że tak to nie funkcjonuje. We wszystkich naszych działaniach nie można zapomnieć o elementarnej zasadzie, że pierwszym aktem działania każdego polityka – prezydenta, premiera, posła czy senatora – jest obrona interesów Polski, państwa polskiego i pilnowanie, żeby nikt nas nie znieważał. Jednocześnie pokazanie w sposób zdecydowany i skuteczny to, co myślimy o próbach lekceważenia Polski. W języku dyplomacji jest wiele sposobów stanowczego przekazania takiej myśli.

Jaką rolę w tym procesie powinny odgrywać media?

– Media są bardzo ważne, dlatego są dzisiaj nie bez przyczyny nazywane czwartą władzą i tego nikt nie kwestionuje. Swoim działaniem mogą wspierać ataki zewnętrzne, sprawiając, że są one bardziej skuteczne, bądź pokazując rzetelnie fakty, dzięki czemu mogą wspierać naszą podmiotowość. Oczywiście w wolnym, demokratycznym państwie każdy ma prawo popełnić błąd i złamać prawo – także dziennikarz. Jeżeli dziennikarz jest podejrzany o złamanie prawa, to nie wolno tego traktować tak, że prokuratura zajmująca się daną sprawą łamie, dajmy na to, wolność, sumienie, że jest to element dyktatury. Takie podejście jest niczym innym jak daleko posuniętą histerią. Przy okazji powstaje pytanie, czy wyrzucenie, wycofanie przez prezydenta Trumpa stałej przepustki do Białego Domu dla dziennikarza CNN to jest koniec wolności słowa w Stanach Zjednoczonych. Oczywiście nie. Nie ma więc powodu, żeby ktoś z tego powodu rozrywał szaty. Natomiast ambasador Mosbacher, zabierając głos, stając się stroną czy rzecznikiem, w sposób nieuprawniony pokazała, że jest kiepskim dyplomatą. Ale ktoś jeszcze bardziej beznadziejny przygotował jej pismo do premiera Morawieckiego. Zazwyczaj politycy nie piszą osobiście takich pism, ale mają od tego zespół ludzi pracowników i to też mnie smuci, że jakość osób, które przygotowały ten list dla pani ambasador, pozostawia wiele do życzenia. No chyba że Georgette Mosbacher czuje się tak mocna, czuje się tak pewnie, że jest tak arogancka, że sama sporządziła to pismo.

Może rzeczywiście wyraziła w tej korespondencji trend, jaki faktycznie obowiązuje w relacjach amerykańsko-polskich?

– Nie chce mi się wierzyć w taki scenariusz. Jestem daleki od tak jednoznacznych, stanowczych wniosków. Mówimy tu o wyjątkowo silnej, zdecydowanej, twardej osobowości, która nie potrafi sobie odpowiedzieć na pytanie – i to widać – czy jest dyplomatą i ambasadorem, czy jest politykiem, a to są dwie różne sprawy. Ambasador nie jest politykiem, nie zajmuje się czynną polityką, a jedynie ma być przekaźnikiem, ma być oczami i uszami w tym wypadku prezydenta Donalda Trumpa. W żadnym wypadku Georgette Mosbacher nie jest od tego, żeby recenzować, żeby oceniać polskie władze, nie jest od tego, żeby pokazywać swoje zbulwersowanie. Jej rolą jest przekazywanie informacji, jakie zleci jej i prześle Biały Dom. Widać jednak, że te ramy wyraźnie uwierają panią ambasador, z czym najwyraźniej nie umie się pogodzić.

Dziękuję za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl