logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Lewica dzieli Europę

Niedziela, 9 grudnia 2018 (23:54)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, wykładowcą KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

We Francji trwają protesty ruchu „żółtych kamizelek”. Jakie szanse ma Emmanuel Macron, aby powstrzymać ten chaos?

– Jak widzimy, próbuje to powstrzymać siłą, a z drugiej strony wycofuje się z podwyżek podatkowych. Tyle że decyzja o wycofaniu zapadła zbyt późno. Wydaje się, że skala tych protestów jest tak duża, że nawet możliwa jest dymisja prezydenta Emmanuela Macrona. Pytanie, czy ta fala niezadowolenia Francuzów się zatrzyma, czy będzie kontynuowana. 

Czy zatem obserwujemy początek końca bardzo ambicjonalnej prezydentury Macrona?

– Można tak spekulować. Fakty są takie, że Emmanuel Macron udawał Napoleona, a okazał się, co najwyżej ołowianym żołnierzykiem sztucznie wykreowanym na polityka przez establishment przestraszony wzrostem popularności Frontu Narodowego, Marine Le Pen i skrajnej lewicy. Macron to produkt absolutnie marketingowy, pozbawiony umiejętności gry politycznej, co więcej, wydaje się, że to człowiek, który nie rozumie pewnych mechanizmów politycznych. I taki produkt przez jakiś czas może funkcjonować w przestrzeni publicznej, ale wcześniej czy później taka bańka pęka i wtedy pojawiają się problemy w znacznie poważniejszej skali niż te, przed którymi stawał jeszcze niedawno establishment we Francji.

Skąd się biorą te złe wybory Francuzów? Przecież poprzednik Macrona też miał ogromny negatywny elektorat?   

– Praktycznie od czasów gen. Charlesa de Gaulle'a Francja cały czas stacza się w kierunku rewolucji kulturowej. Wybory zwykle odbywają się w pewnym paradygmacie establishmentu, który udaje lewicę albo prawicę, ale różnice między jednymi a drugimi i tak są niewielkie, ale to wszystko jest podłoże rewolucji społecznej, rewolucji kulturalnej. Pokazuje, że we Francji jest potężny kryzys społeczny, który jest pochodną kryzysu społecznego, a nie odwrotnie.       

Patrząc na rozruchy rozlewające się po kraju, można jednoznacznie stwierdzić dokąd zmierza Francja?

– Z całą pewnością we Francji rwie się tkanka społeczna, która stanowi o pewnym bycie państwowym. Z jednej strony mamy radykalizację nastrojów społecznych, gospodarczych, a z drugiej strony buntują się przedmieścia multikulturalne wielkich aglomeracji francuskich. I problem jest taki, że Francuzów coraz mniej łączy ze sobą, coraz mniej jest elementów, które mogą mówić o tym, że nie tylko żyją obok siebie, ale też mają wspólne cele. Prawda jest taka, że jeśli ktoś sieje wiatr, ten zbiera burzę i taka jest francuska rzeczywistość.

Aż chciałoby się powiedzieć za św. Janem Pawłem II: „Francjo, najstarsza córo Kościoła, co zrobiłaś ze swoim chrztem?”.

– We Francji już od dawna, od czasów oświecenia były czasy rozłąki z Kościołem i wartościami, były też próby powrotu czy odrodzenia, ale później wszystko staczało się w dół. Takim czasem próby powrotu do źródeł był czas rządów prezydenta Charlesa de Gaulle'a, a później znów przyszła fala rewolucji. Dzisiaj problem jest w tym, że społeczeństwo francuskie jest rozbite, także widoczny jest brak elementów jednoczących w narodzie. Oczywiście na pewnym etapie celem był dobrobyt, ale taki cel pojawia się tylko do momentu, kiedy trwa kryzys gospodarczy. W tej chwili z czymś takim mamy do czynienia, co powoduje potężne wstrząsy. I w takim momencie szukanie czynników, które łagodziłyby społeczne spory, jest bardzo trudne.

Czy wraz z tymi protestami trwającymi we Francji i w związku ze zmianami na niemieckiej scenie politycznej idea superpaństwa europejskiego i inne mrzonki prezydenta Macrona i kanclerz Merkel umierają na naszych oczach?

– Budowa superpaństwa europejskiego jest utopią, z czego zadufane w sobie elity nie zdają sobie sprawy, na siłę forsując ten pomysł. Utopiści, którzy stoją za tym projektem, nie rezygnują, a wręcz przeciwnie – starają się maksymalnie przyspieszyć, widząc, że tracą kontrolę nad polityką. I tutaj pewne rzeczy zderzają się ze sobą, mianowicie widać absurdalność tych pomysłów, a z drugiej strony mamy parcie elit, żeby ten projekt budowy superpaństwa europejskiego domknąć możliwie jak najszybciej, póki jeszcze mają wpływ na bieg wydarzeń. A to wszystko niestety rokuje bardzo źle Europie.

Jak te bieżące wydarzenia – protesty we Francji, Belgii czy Holandii – mogą mieć wpływ na przyszłoroczne wybory do europarlamentu?

– To musi sie przełożyć na wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego, bo emocje ludzkie – tak bardzo nagromadzone przy okazji takich protestów – mogą później się jakoś zmaterializować w akcie wyborczym. Ludzie szukają ujścia w tym, ażeby wpłynąć na kształt sceny politycznej. Stąd nie ulega wątpliwości, że wydarzenia – protesty we Francji, Belgii i Holandii – będą miały wpływ na wynik przyszłorocznych wyborów do europarlamentu, pytanie tylko o skalę.

Podczas zakończonego w sobotę w Lizbonie kongresu Partii Europejskich Socjalistów kandydatem tej formacji na szefa Komisji Europejskiej został Frans Timmermans…

– Elity europejskie, w tym wypadku lewicowe, mimo tego, że ludzie pokroju Fransa Timmermansa – w końcu wiceszefa Komisji Europejskiej – doprowadzili do gigantycznego kryzysu w Europie, czego wyrazem jest chociażby brexit, tacy ludzie wciąż są popierani czy desygnowani na kolejne kadencje. To jest przykład, który doskonale ilustruje, jak daleko te elity establishmentu odchodzą od rzeczywistości. Widać, jak bardzo nie potrafią czytać tego, co się wokół w Europie nich dzieje, jak bardzo są zadufani w sobie. Dlatego takie decyzje źle rokują Unii Europejskiej.

Frans Timmermans w swoim manifeście nie zapomniał o Polsce i zapowiedział, że będzie walczył o zapewnienie demokracji i wolności Polaków…

– Dobrze byłoby, żeby Frans Timmermans najpierw zadbał o stan demokracji w Komisji Europejskiej i w innych państwach Unii Europejskiej, a dopiero później niech myśli o pouczaniu innych krajów, jak Polska czy Węgry. O demokrację w Polsce niech on będzie spokojny. Funkcja pierwszego wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej, jaką wciąż jeszcze piastuje, nie pochodzi przecież z wyboru, nie jest pochodną mandatu wyborczego, bo przecież nikt go nie wybierał, a zatem jest tworem absolutnie niedemokratycznym. Wszystkie procedury, jakie Timmermans stosował przede wszystkim w stosunku do Polski, były spoza prawa europejskiego. Dlatego jeśli uzyska mandat społeczny, to wówczas może sobie pouczać inne kraje. Póki co takiego mandatu nie ma, więc niech sobie daruje połajanki. Z drugiej strony te niekończące się ataki na Polskę, bo to nie jest żadna troska, jak sam głosi, świadczą tylko o tym, jak sam Timmermans oraz jego mocodawcy są daleko od idei wspólnej, zjednoczonej Europy i jak bardzo tę Europę dzielą. Jeśli Frans Timmermans jest wciąż autorytetem dla Partii Europejskich Socjalistów, a więc socjalistycznego zaplecza, to widzimy jak bardzo utopia ogarnia Stary Kontynent, co z kolei jest złe dla jedności europejskiej.

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl