logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Presja dalej będzie wywierana

Poniedziałek, 10 grudnia 2018 (23:33)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, prezesem Prawicy Rzeczypospolitej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Protesty we Francji rozszerzają się na Belgię, Holandię. Masowe aresztowania, setki rannych, łamane prawa obywateli na porządku dziennym, ale jakoś nie widać, żeby Donald Tusk, Jean-Claude Juncker czy Frans Timmermans protestowali. Z czego to wynika?

– Protesty, niezależnie od proweniencji ideowej, uderzają w establishment polityczny Francji, ale również całej Unii Europejskiej. Te protesty oczywiście mają swoją specyfikę dotyczącą sytuacji we Francji, związaną m.in. z planami podwyższenia akcyzy na paliwo, co ograniczyłoby Francuzom możliwość przemieszczania się, a więc normalnej egzystencji – może nawet bardziej niż w jakimkolwiek innym kraju. Ale kwestia akcyzy jest bardziej symbolem, a nie sprawą zasadniczą, bo de facto jest to szeroko rozumiany protest antyestablishmentowy. Widać – jak pan redaktor zauważył – że protesty rozlewają się po innych krajach Beneluksu, a więc w pewnym sensie mają uniwersalny charakter. Wcześniej też w Europie Zachodniej były protesty antyglobalistyczne – przy okazji różnych międzynarodowych szczytów dotyczących właśnie polityki międzynarodowej czy jako reakcja na próby ograniczenia wolności w internecie itd. Co by jednak nie powiedzieć, obecny protest jest wyrazem sprzeciwu wobec całej klasy politycznej, w którym udział biorą różni ludzie o poglądach skrajnie lewicowych po prawicowe, narodowe, i tym tłumaczyłbym brak reakcji Unii Europejskiej.

Mimo wszystko cisza wokół wydarzeń we Francji nie dziwi?

– To jest rzeczywiście zdumiewające, nieprawdopodobne, bo gdyby takie protesty miały miejsce w Polsce, to Komisja Europejska nie pozostawiłaby na nas suchej nitki. Zresztą wiceszef KE Frans Timmermans mówił ostatnio w Lizbonie podczas kongresu Partii Europejskich Socjalistów, że cały czas będzie miał w pamięci i będzie walczył o zapewnienie demokracji i wolności Polaków, co było bardzo znamienne. Oczywiście nie było to podyktowane troską o Polskę, ale było to dość brutalne potwierdzenie, że kierunek ingerencji w sprawy Polski, która dąży do innego modelu Unii Europejskiej niż proponowany przez elity brukselskie, zostanie utrzymany, a presja w dalszym ciągu będzie wywierana.

Może wspomniane przez Pana rozpasane elity francuskie, albo w ogóle europejskie zapomniały, jaka powinna być ich rola wobec społeczeństw?

– Problemem jest to, że politycy, funkcjonariusze Unii Europejskiej, bo tak chyba należałoby ich nazwać, sprawują swoje funkcje, stanowiska z mianowania politycznego, a nie jako konsekwencja demokratycznego wyboru. Znamienne jest zatem to, że w Unii Europejskiej, która ma usta pełne frazesów o demokracji, o prawach człowieka, praworządności, jej funkcjonariusze, którzy zostali posadowieni na stanowiskach, nie czują się czy też nie chcą być reprezentantami społeczeństw czy narodów wspólnoty europejskiej, ale realizują wąski, partykularny interes klasy politycznej – można powiedzieć: oligarchii. Nawiasem mówiąc, Unia Europejska – jeśli chodzi o system polityczny – jest w historii szczególnym przykładem  oligarchizacji życia politycznego, zupełnego oderwania od rzeczywistych realiów. I Emmanuel Macron jest jednym z filarów tego establishmentu unijnego – modelu kosmopolitycznego.

Macron wprawdzie zawiesił ustawę paliwową, ale widać Francuzom to nie wystarcza. Jak się to może skończyć?

– Ustawa paliwowa jest jednym z elementów, jedną z przyczyn tego protestu, ale nie można tego niezadowolenia Francuzów ograniczyć tylko do tego jedynego postulatu. Dlatego wycofanie się z planów rządowych w tym zakresie nie rozwiąże problemów, które są znacznie głębsze. Myślę, że sam Macron doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ale póki co sonduje, na ile te taktyczne działania mogą zmienić sytuację. Te protesty mają charakter spontaniczny i trudno byłoby wskazać kierownictwo, przywódcę czy przywódców i to jest z jednej strony pewna słabość, ale z drugiej stanowi to siłę tego protestu, a tym samym problem dla Macrona i władz francuskich. Dlatego że władze nie bardzo wiedzą, z kim mają rozmawiać, a ponadto próby, jakie podjął Macron, okazały się nieskuteczne. Teraz odbywają się rozmowy ze związkowcami.

Jak to się może skończyć dla Macrona?

– Myślę, że klasa polityczna, cały ten establishment i de facto masoneria, szczególnie francuska, która za tym stoi, która dużo wcześniej przygotowuje rozwiązania czy scenariusze, dość dobrze odczytały rzeczywistość. W sytuacji kryzysu politycznego, rosnącego braku zaufania właśnie do tego establishmentu politycznego czy to lewicowego, czy tzw. centroprawicowego we Francji, wykreowały Macrona jako zjawisko rzekomo obywatelskie, ponadpartyjne, i według tego scenariusza Macron miał być próbą uprzedzenia tendencji antyestablishmentowych. I w pewnym sensie to się udało. Francuzi w dużym stopniu – niestety – poparli Macrona, bo być może część widziała w nim element ruchu pozaestablishmentowego, choć tak naprawdę był to ruch od początku do końca stworzony przez te środowiska. Jednak bardzo prędko okazało się, że ta formuła się wyczerpała. Francuzi szybko zorientowali się, że Macron mocno tkwi w tym systemie, co więcej, nawet utwierdza ten system, stąd też protesty, które obserwujemy.

Te protesty rozlewają się także na inne kraje…

– Owszem, są we Francji, w Belgii, Holandii i mogą się rozlać jeszcze szerzej tam, gdzie wspomniana wcześniej klasa unijna sprawuje tak mocno władzę. Myślę, że te protesty nie dotkną Włoch, gdzie nowy rząd Matteo Salviniego z udziałem Ligii Północnej przyjął zupełnie inny kierunek, ale niewykluczone, że podobne protesty pojawią się również w Niemczech. Jest to zatem poważne ostrzeżenie dla unijnej klasy politycznej, która – jak widać – nie bardzo wie, jak się zachować. 

Czy alternatywą dla obecnego układu politycznego może być Marine Le Pen, szefowa francuskiej narodowej prawicy, i czy jest ona w stanie przekonać i zjednoczyć niezadowolonych Francuzów i przejąć władzę?

– Zdecydowanie tak. To jest w tej chwili jedyna alternatywa, oczywiście niezależnie od słabości programowych Frontu Narodowego, ale według mnie, jest to jedyna alternatywa. W tej chwili scena polityczna we Francji wygląda tak, że z jednej strony jest Marine Le Pen i Front Narodowy, a z drugiej pozostali, czy to są liberałowie, gaulliści czy socjaliści, i tak ta linia zjednoczenia i podziałów przebiega. Ostatnie sondaże pokazują wzrost notowań Frontu Narodowego i to tylko może wzmocnić ten nurt. Propaganda rządowa, medialna początkowo próbowała protest „żółtych kamizelek” przypisać narodowcom i Marine Le Pen, co oczywiście nie jest prawdziwe.   

Donald Trump na Twitterze skomentował sytuację w Paryżu, co spotkało się z ostrą reakcją szefa MSZ Francji Jean-Yves Le Driana, który stwierdził, że to sprawa Francuzów. Jak to jest, Francuzi mogą mieć swoje sprawy, a Polacy nie?

– Unia Europejska powinna być wspólnotą różnych narodów, gdzie idea solidarności jest rzeczą najważniejszą, tyle że nie jest ona absolutnie respektowana, co my jako Polacy, jako państwo polskie, doskonale odczuwamy. Przykładem braku tej solidarności jest chociażby Nord Stream 2, co pokazuje, że mimo deklaracji o Europie wspólnych wartości, mamy do czynienia z Europą, gdzie są realizowane egoizmy narodowe – w tym przypadku egoizmy narodowe najsilniejszych państw. Te egoizmy wyrażają się również w tym, co się nazywa Europą dwóch prędkości, gdzie kraje tzw. Starej Unii, a de facto dwa najsilniejsze państwa, Niemcy i Francja, chcą narzucić innym swój punkt widzenia i kierunek rozwoju całej wspólnoty. Począwszy od integracji europejskiej, Traktat z Maastricht, przez Traktat Lizboński przeszliśmy bardzo długą drogę i w zasadzie każdy rok przynosi jakieś zmiany, natomiast rozwój wypadków, który obserwujemy nie tylko we Francji, pokazuje, że wcale nie jesteśmy skazani na Unię, którą chce nam narzucić obecna klasa polityczna. Są przecież pozytywne zwiastuny, jak chociażby we Włoszech, w Szwecji, w krajach Europy Środkowej, gdzie opinia publiczna wyraża zupełnie inne rozumienie wspólnoty narodowej, niż forsują to przywódcy unijni. Widać tu wyraźnie rozdźwięk między klanami establishmentu politycznego a oczekiwaniami społeczeństw europejskich. I tak można również spojrzeć na protesty we Francji.

Patrząc na to, co się dzieje we Francji i w krajach Beneluksu, można postawić tezę, że odpowiedzialność za Europę spoczywa już nie na państwach tzw. Starej Unii, ale coraz bardziej przenosi się na kraje Europy Środkowej, w tym na Polskę?

– Przede wszystkim rządy krajów Europy Zachodniej – poza programem destrukcji i dezorganizacji – nie mają nic nowego do zaproponowania Unii Europejskiej czy Wspólnocie Europejskiej. Natomiast Polska – i mówię to bez megalomanii – największy kraj w części Europy Środkowej, a także pozostałe państwa tego regionu są tymi krajami, które zdecydują o kształcie Unii Europejskiej. I to jest optymistyczne, dlatego że nie unijna klasa polityczna, ale nasza determinacja, nasze umiejętności dyplomatyczne, wizja zorganizowania Europy Środkowej, to właśnie one zdecydują o przyszłości Unii. Oczywiście nie oznacza to, że ta batalia będzie od razu zwycięska, ale trzeba powiedzieć jasno to, że albo Europa będzie  chrześcijańska, albo nie będzie jej wcale.

I to się odnosi także do Unii Europejskiej?

– Dokładnie. Unia Europejska albo będzie Unią chrześcijańską, Unią suwerennych państw narodowych współpracujących ze sobą, albo ten projekt po prostu się rozpadnie. I to, czy Unia przetrwa, zależy od nas, od Polski i od krajów Europy Środkowej, ale również od środowisk w Europie Zachodniej, które wyrażają te same wartości. W mojej ocenie, na horyzoncie nawet widać pewne odrodzenie i na wiosnę przyszłego roku, kiedy odbędą się wybory do europarlamentu, możemy mieć wiosnę ludów czy też narodów. Nie ma się co łudzić, że te wybory w sposób radykalny zmienią sytuację polityczną, ale na pewno wzmocnią opinię narodową państw członkowskich, które widzą Europę jako wspólnotę państw solidarnych, współpracujących ze sobą.

Dziękuję za rozmowę.                

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl