logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Brak wyrazistości

Wtorek, 8 stycznia 2019 (23:40)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, prezesem Prawicy Rzeczypospolitej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Skąd wziął się pomysł, żeby na lidera opozycji kreować lidera PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza, pod którego kierownictwem ludowcy balansują na skraju progu wyborczego?

– Składa się na to wiele czynników, m.in. kompromitacje Ryszarda Petru, brak charyzmatu do kierowania partią przez Katarzynę Lubnauer, nie wspominając już o Grzegorzu Schetynie, którego formacja co prawda jest wciąż liderem opozycji, ale nie zmienia to faktu, że opozycja nie ma programu, nie widać tam również pomysłu, jak odebrać władzę Prawu i Sprawiedliwości. Wydaje się też, że Władysław Kosiniak-Kamysz zrozumiał, że angażowanie się PSL w scenariusz działań tzw. ulicy i zagranicy i występowanie podczas wieców obok Ryszarda Petru czy nawet polityków Platformy nie służy ludowcom, co potwierdzały sondaże, które sytuowały PSL na granicy, a nierzadko też pod pięcioprocentowym progiem wyborczym.

Co hamuje PSL, że nie może się odbić, a przeciwnie, coraz bardziej idzie na dno?

– Elektorat PSL jest inny niż Platformy i Nowoczesnej, ale liderzy PSL przez długi czas tego nie dostrzegali, stąd to pikowanie w sondażach. Teraz PSL stara się zachować pewną niezależność, odrębność od Platformy i chyba to spowodowało, że po wcześniejszej kompromitacji i wyciągnięciu wniosków z przyczyn takiego stanu rzeczy stara się grać inaczej, bardziej samodzielnie. Poniekąd na tę pozycję sondażową Kosiniaka-Kamysza zapracował też sam Grzegorz Schetyna, który wprawdzie skutecznie dokonał czy też pomógł w transferze sześciu posłów Nowoczesnej do Klubu Parlamentarnego Platformy, zadając tym samym potężny cios ugrupowaniu Katarzyny Lubnauer, natomiast było to też ostrzeżenie dla PSL, że podobny proces może mieć miejsce, także jeśli chodzi o ludowców, że ta współpraca PSL z Platformą może się zakończyć wasalizacją. Dzisiaj bardziej stonowany wizerunek Kosiniaka-Kamysza daje mu pewną premię, co widać w sondażu, ale jest to też wynik braku wyrazistego przywództwa po stronie opozycji. Jest to oczywiście zaskakujące i bądź co bądź kompromitujące dla Platformy, a konkretnie dla Grzegorza Schetyny, bo jeśli spojrzeć na inne sondaże, to Platforma ma zdecydowanie większe poparcie niż PSL.

Grzegorz Schetyna cały czas kieruje się na lewo. Jakie ma szanse, aby zjednoczyć lewicową część opozycji?

– Grzegorz Schetyna cały czas kieruje się strategią antypisowską, stąd też próba skierowania się na lewo, tzn. wzmocnienia retoryki antypisowskiej. W założeniu chodzi też zapewne o pozyskanie elektoratu lewicowego, tylko jest pytanie: jak daleko Schetyna jest gotów pójść w tym kierunku? Ostatnia akcja Barbary Nowackiej i Inicjatywy Polskiej, z którą Schetyna szedł do wyborów samorządowych, dotycząca rozdziału Kościoła od państwa, akcja wyraźnie antykatolicka, z pewnością nie będzie służyć Platformie. Jest zatem pytanie, czy i na ile Schetyna może sobie pozwolić na poparcie czy też na utożsamianie się z tego rodzaju postulatami i integrowanie się z formacją Nowackiej.

Z wypowiedzi polityków Platformy wynika, że chcieliby współpracować z Nowacką…

– Tylko czy ta współpraca – zwłaszcza że Nowacka radykalizuje się coraz bardziej – opłaci się Platformie i czy będą w stanie przyjąć aż tak daleko idące postulaty, bo to oznaczałoby również utratę przez Platformę bardzo znaczącej części elektoratu. Zatem to przesunięcie się na lewo jest bardzo ryzykowne dla Platformy. W związku z tym możliwości pozyskania przez Platformę tej lewicowej części elektoratu – zresztą niezbyt licznego – są niewielkie. Nawiasem mówiąc, jeden z pierwszych tegorocznych sondaży przeprowadzony przez IBRiS daje np. Nowoczesnej niecały procent poparcia, co pokazuje, że koniec formacji zakładanej przez Ryszarda Petru jest coraz bliższy, z kolei partia Razem, której Petru lideruje obecnie, ma jeszcze niższe notowania, bo zaledwie pół procenta. Dlatego zważając na poparcie dla tych pomniejszych formacji, wchodzenie Platformy z nimi w alianse jest bardzo ryzykowne. Jeśli już mowa o lewej stronie polskiej sceny politycznej, to trzeba powiedzieć, że dość stabilną pozycję zajmuje tu SLD i choć poparcie oscyluje na granicy progu wyborczego, to – mimo wszystko – jest to formacja, która przy radykalnym ewentualnym zwrocie Platformy w lewo, mogłaby odebrać ugrupowaniu Grzegorza Schetyny dwa, trzy punkty procentowe.

Zatem które z formacji opozycyjnych mogą dominować w obliczu zbliżających się wyborów?

– Zważając na to, co powiedziałem wcześniej, wygląda, że jednak będą to Platforma i PSL, ale nie razem, tylko osobno. PSL z pewnością będzie dążyło do zachowania pewnej samodzielności, choć jest w trudnej sytuacji, bo w pojedynkę w wyborach do Parlamentu Europejskiego będzie mu trudno coś osiągnąć. Dlatego jedna z opcji, która zakłada, że ludowcy pójdą jednak z Platformą, wydaje się najbardziej prawdopodobna. Zwłaszcza że obie te formacje są – jeśli chodzi o europarlament – w Europejskiej Partii Ludowej. Samodzielny start dla PSL jest ryzykowny, ponieważ w przypadku niepowodzenia przełożyłoby się to również na jesienne wybory do Sejmu i Senatu. Wygląda na to, że PSL pójdzie razem z Platformą w wyborach do europarlamentu, a później w polityce krajowej będzie chciało odgrywać bardziej samodzielną i niezależną rolę.                 

Czy i na ile – Pana zdaniem – wcześniejsze wybory parlamentarne w Polsce, o których – mimo zaprzeczeń PiS – coraz częściej się mówi, to realny scenariusz?

– Taki scenariusz nie jest wykluczony. Oczywiście byłoby to ryzykowne zagranie dla PiS, bo trzeba znaleźć wiarygodną argumentację za takim scenariuszem działań i przekonać do tego swoich wyborców. Ewentualna możliwość przeprowadzenia przedterminowych wyborów wiąże się również np. z nieprzyjęciem budżetu, ale byłoby to działanie bardzo ryzykowne, bo obciążające PiS. Tak czy inaczej scenariusza rozpisania wcześniejszych wyborów parlamentarnych nie można wykluczyć, jest on prawdopodobny, ale według mnie bardziej prawdopodobne będzie jednak zachowanie dotychczasowego kalendarza wyborczego, a więc w maju wybory do Parlamentu Europejskiego, a jesienią wybory do Sejmu i Senatu. Jednak decyzja przesądzająca – chyba jeszcze nie zapadła. Jak słyszymy, w lutym tego roku PiS planuje ofensywę programową, bo premier Morawiecki ma przedstawić nowe propozycje oparte na trzech filarach: Europa, wyższe płace, wyższe wynagrodzenia i modernizacja Polski – unowocześnianie Polski, co wskazywałoby, że wcześniejszych wyborów nie będzie, ale poczekajmy na rozwój wydarzeń.

Póki co sondaże dają przewagę PiS…     

– Owszem, ale wynik ten wcale nie oznacza, że po wyborach parlamentarnych PiS będzie miało samodzielną większość. Dla partii prezesa Kaczyńskiego sytuacja taka nie jest za bardzo komfortowa, tym bardziej przy braku możliwości koalicyjnych, chociaż ta sytuacja oczywiście może się jeszcze zmienić.

Wcześniej są jednak wybory do europarlamentu i wcale nie jest powiedziane, że PiS je wygra…

– Dla PiS scenariusz, który zakłada, że najpierw są wybory do Sejmu i Senatu, a dopiero później wybory do europarlamentu, byłby oczywiście bardziej korzystny. Dlatego że teoretycznie większe szanse na wygraną ma to ugrupowanie do Sejmu i Senatu niż w batalii o Parlament Europejski. Tym bardziej wydaje się to logiczne, że jeśli chodzi o europarlament, to wybory mogą się odbywać w tle nadal kontynuowanego sporu z Komisją Europejską, czy szerzej – z instytucjami unijnymi, bo – w moim przekonaniu – reforma sądownictwa będzie nadal uruchamiana przez Komisję Europejską oraz przez Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu np. w kontekście Krajowej Rady Sądownictwa czy w ogóle Sądu Najwyższego. Ponadto ten rząd ma na swoim koncie także porażki – przypomnę tylko, że zapowiadany był dialog z Komisją Europejską, który miał być skuteczny, przekonywanie urzędników unijnych do swoich racji, tymczasem rzeczywistość – w ubiegłym roku – okazała się zupełnie inna. Weźmy chociażby spór wokół Sądu Najwyższego zakończony ustępstwami i pospieszna nowelizacja ustawy – kolejna zresztą, to wszystko nie buduje mocnej pozycji i nie daje PiS mocnych argumentów. Poza tym jest jeszcze kwestia – nieprawdziwego, ale narzuconego przez opozycję totalną – rzekomego polexitu i to wszystko razem sprawia, że zbliżające się wybory europarlamentarne mogą się odbywać w cieniu narzucanej przez totalnych narracji podyktowanej określoną taktyką, że PiS to partia antyeuropejska.

Póki co wciąż nie ma pewności, z jakim przekazem PiS pójdzie do eurowyborów…

– Dokładnie, wciąż nie wiemy, jaki przekaz będzie ta formacja prezentowała w kampanii. Z jednej strony – owszem – mamy zapewnienia o proeuropejskości, o mocnym przywiązaniu do Unii Europejskiej ze strony rządu, a z drugiej mamy np. wizytę wicepremiera Włoch Matteo Salviniego w środę i, jak słyszymy, rozmowy z Jarosławem Kaczyńskim. Jest to oczywiście dobry kierunek – współpraca z Włochami i Ligą Północną, ale już pojawiają się głosy ze strony polityków czy publicystów związanych z obozem rządzącym, że nie należy zawiązywać sojuszy z tego typu ugrupowaniami, jak Liga Północna we Włoszech, a tym bardziej z Frontem Narodowym Marine Le Pen we Francji. Jest zatem pytanie, w jakim układzie sił – w przyszłym Parlamencie Europejskim – Prawo i Sprawiedliwość chce się znaleźć. Jest to tym bardziej zasadne pytanie po opuszczeniu Unii przez Wielką Brytanię, co ma się stać niebawem, kiedy już nie będzie wspólnego bloku czy wspólnej frakcji z konserwatystami, w jakim kierunku pójdzie PiS? Jeśli chodzi o PiS, to wypowiedzi, jakie padają na temat Unii Europejskiej, są sprzeczne.

A może to celowa taktyka i gra na czas z Komisją Europejską na przeczekanie do wyborów, po których kształt sceny politycznej i układ sił w Brukseli może się zmienić i ataki na Polskę samoczynnie ustaną?         

– Takie kalkulacje pewnie po stronie partii rządzącej są, aczkolwiek nie sądzę, żeby zmiana po majowych wyborach była tak głęboka i radykalna, że te ataki całkowicie ustaną. Na przykład jeśli chodzi o przewodniczącego Komisji Europejskiej, to należy przypuszczać, że kierownictwo zostanie zachowane w gestii jednej z dwóch frakcji bądź to socjalistów, bądź chadeków z EPP. Natomiast można liczyć, że układ sił w Parlamencie Europejskim będzie nieco inny, co nie oznacza, że siły dbające, współpracujące w sposób partnerski i dbające o model Europy ojczyzn będzie dominował, ale można liczyć, że zostanie wzmocniony. To będzie nie bez znaczenia dla Polski. Tak czy inaczej poprzez taką, a nie inną taktykę PiS dotyczącą wyborów przekaz programowy, jaki płynie do wyborców, jest mało czytelny. Brakuje jasnych sformułowań PiS dotyczących polskiej polityki europejskiej. Myślę, że należałoby wyartykułować kilka kwestii, jak chociażby zachowanie samodzielności walutowej przez Polskę czy utrzymanie wspólnej polityki rolnej, czy też zachowanie handlowych granic Europy i szereg innych kwestii, co do których nie ma jasnego przekazu. Ten brak czytelności i dominacja taktyki nad wyrazistością programową – to wszystko nie będzie sprzyjało wsparciu dla programu wyborczego PiS.

Dziękuję za rozmowę.         

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl