Organizator marszu równości w Lublinie złożył przeciwko Panu prywatny akt oskarżenia. Dziś odbędzie się rozprawa w tej sprawie. Co było punktem spornym?
– Z tego, co wiem z aktu oskarżenia, panu Bartoszowi Staszewskiemu nie podoba się fakt, że jestem przeciwnikiem zboczeń, dewiacji i wynaturzenia, a jestem zwolennikiem promocji rodziny opartej na związku małżeńskim kobiety i mężczyzny. Tylko nie rozumiem z kolei, dlaczego miałbym być zwolennikiem zboczeń, dewiacji i wynaturzenia, a przeciwnikiem rodziny opartej na związku małżeńskim kobiety i mężczyzny. Krótko mówiąc, nie wiem, co jest punktem spornym, bo cały ten akt oskarżenia jest absurdalny. Dlatego właśnie w I instancji w Sądzie Rejonowym w Lublinie nie doszło nawet do rozprawy pojednawczej, ponieważ sąd uznał, że nie ma w ogóle przesłanek do tego, żeby ten akt oskarżenia rozpatrywać. Ja zresztą powtarzałem w sądzie, że nie znałem pana Staszewskiego przed marszem równości, kompletnie mnie nie interesowało, kto będzie chodził w tym marszu, gdyż mnie w ogóle nie interesuje tzw. orientacja seksualna kogokolwiek. Interesuje mnie natomiast fakt, że powinniśmy wychowywać, młodzież w szczególności, w duchu poszanowania dla wartości, które są fundamentem naszego społeczeństwa od 1052 lat, a nie promować zboczenia, dewiacje i wynaturzenia, co się zdarza na tego rodzaju marszach.
W związku z Pana wypowiedzią na temat marszu równości rzecznik dyscyplinarny KUL wszczął przeciwko Panu postępowanie dyscyplinarne. Czy sprawa ta się zakończyła?
– Sprawa się nie zakończyła. Powiem zupełnie szczerze, że trochę się dziwię, że ona w ogóle ma miejsce na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, dlatego że ci państwo, którzy złożyli przeciwko mnie, czy w mojej sprawie, wniosek do rektora KUL, posłużyli się perfidnym kłamstwem. Wycięli jedną trzecią mojego zdania. Po postanowieniu Sądu Apelacyjnego w Lublinie, który pozwolił na organizację marszu równości, stwierdziłem, że dziwię się, iż sądy w Polsce, tak jak Sąd Apelacyjny w Lublinie, dostrzegają prawa jakichś mniejszości, natomiast w tym samym czasie nie dostrzegają prawa większości, która ma prawo do tego, aby nie być epatowana seksualnością kogokolwiek. Nie wiem, co jest w tym sprzecznego z nauką prawa konstytucyjnego, którą uprawiam i w ramach której funkcjonuję na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Demokracja jest ustrojem rządów większości z poszanowaniem praw mniejszości, natomiast nie może być ustrojem dyktatury mniejszości i relatywizmu, będę to powtarzał zawsze.
Samorządy powinny patronować takim inicjatywom jak marsz równości? Tak się dzieje w niektórych polskich miastach.
– Nie. Marsze równości sugerują, że mamy nierówność. Nie ma żadnej nierówności. Mamy w Polsce, tak jak w każdym innym miejscu na świecie, mniejszość homoseksualną, której jest od 1 do 3 proc., jak się szacuje, i większość heteroseksualną, której jest od 97 do 99 proc. Dlaczego mielibyśmy zrównywać homoseksualizm z heteroseksualizmem, skoro homoseksualizm czy akty homoseksualne są uznane w Katechizmie Kościoła Katolickiego za niemoralne i sprzeczne z prawem naturalnym? Albo jesteśmy chrześcijanami, albo nie. Samorządowcy, którzy spotykają się z biskupami, chodzą do kościoła, chodzą na Msze Święte i modlą się, też powinni zadać sobie pytanie, czy są chrześcijanami, czy nie są. Bo jak są, to powinni spojrzeć w Katechizm Kościoła Katolickiego ogłoszony przez Jana Pawła II w 1992 roku i przeczytać po prostu, co jest napisane. Albo się należy do jakiejś wspólnoty i wyznaje się zasady w niej obowiązujące, albo się do niej nie należy. Nie można należeć tylko częściowo. Wydaje się, że niektórzy samorządowcy powinni się nad tym zastanowić.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

