logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Potrzebna koncepcja obrony

Środa, 13 lutego 2019 (20:59)

Z dr. hab. nauk wojskowych, profesorem Społecznej Akademii Nauk, Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem i byłym p.o. ministrem obrony narodowej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Dzisiaj została podpisana umowa z rządem Stanów Zjednoczonych w sprawie dostarczenia dla Wojska Polskiego dywizjonu HIMARS. Co tak naprawdę kupujemy?

– Kupujemy system rakietowy bardzo nowoczesny, który ma zdolność niszczenia celów na ziemi, zarówno w wymiarze taktycznym, jak i operacyjnym. W wymiarze taktycznym zasięg frontowy tych rakiet wynosi 70 km, natomiast w wymiarze operacyjnym nawet 300 km. Rakiety te mają służyć do niszczenia celów po stronie nieprzyjaciela.  

Co jest zaletą tego sprzętu?

– Zaletą jest to, że można zniszczyć ważne z punktu widzenia broniącego się czy atakującego cele przeciwnika. Rzecz jest w odpowiednim naprowadzaniu tych rakiet na wyznaczone cele i to jest najważniejsze. Jeśli jesteśmy w posiadaniu tego typu sprzętu, to rzecz polega na tym, że mamy nie tylko zdolność odpalenia rakiety na konkretną odległość, ale jeśli ma to być skuteczne uderzenie, to taka rakieta z głowicą konwencjonalną musi precyzyjnie trafić w cel. To oznacza, że musimy też posiadać odpowiednie środki rozpoznania, przy pomocy których jesteśmy w stanie dany cel zlokalizować, a następnie powinniśmy mieć środki naprowadzania, które wystrzeloną rakietę doprowadzą dokładnie na wyznaczony cel. Na czym rzecz polega, to widzimy, jeśli chodzi o nasze Nadbrzeżne Dywizjony Rakietowe. Pociski kupione w Norwegii mają zdolność uderzeń do 200 km. Tymczasem – i nie jest to żadna tajemnica – mamy zdolność naprowadzania tych rakiet na cele zaledwie do 50 km. To pokazuje, że nie jesteśmy w stanie skorzystać z możliwości, jakie daje ta broń, bo nie posiadamy odpowiednich zdolności naprowadzania naszych rakiet. I problem, jaki się pojawia z zakupem jednego dywizjonu HIMARS, to kwestia precyzyjnego naprowadzania tych rakiet na cele. 20 wyrzutni nie jest jakąś nadmierną siłą, która mogłaby złamać przeciwnika wielkim masowym uderzeniem, dlatego precyzyjne uderzenie jest ważne. Mam nadzieję, że negocjując i podpisując stosowną umowę ze stroną amerykańską, zagwarantowaliśmy sobie również możliwości, jeśli idzie o rozpoznanie i naprowadzanie. Istotna też jest – nawet bardzo ważna – jeśli chodzi o tego typu zakupy, kwestia zależnej tylko od nas, autonomicznej zdolności do korzystania z tego uzbrojenia.

Co to oznacza?

– Jak wiadomo, współczesne nafaszerowane elektroniką systemy uzbrojenia mogą być wyposażone przez producenta w możliwości, które mogą w znaczący sposób ograniczyć użytkownikowi korzystanie z tego sprzętu. Innymi słowy, jeśli producent będzie chciał, to może nam nawet te systemy wyłączyć, np. jeśli uzna, że mają być atakowane cele w państwie, z którym kraj producenta broni chce mieć dobre relacje. Myślę tu o słynnych kodach źródłowych, kodach dostępu, które powinny być w rękach strony będącej w posiadaniu tego uzbrojenia. Na przykład w przypadku samolotów F-16 mamy ograniczony dostęp do kodów systemu „swój-obcy”, bez którego niemożliwe jest rozpoznanie samolotów wroga/sojusznika. Obecnie kody do tego systemu dla polskich F-16 są układane za granicą. Za każdą zmianą musi do Polski przyjeżdżać amerykański serwisant, by wgrać aktualizację. A to tylko łagodna wersja zależności naszego uzbrojenia od innego państwa, bo mogą być ingerencje dużo ostrzejsze. Takie sytuacje też należy brać pod uwagę.

Za 20 wyrzutni z amunicją zapłacimy 414 mln dolarów, ale co z tego będzie miał polski przemysł, co z offsetem, o którym się nie mówi?

– Zdaje się, że w tym wypadku polski przemysł nic nie skorzysta. Dlatego że, z tego, co wiadomo, dokonujemy zakupu od amerykańskiego rządu, a przy tego typu transakcjach kwestie offsetu w ogóle nie występują. To stawia sprawę jasno.

Czy to jest racjonalne rozwiązanie?

– To może być racjonalne rozwiązanie z punktu widzenia potrzeby, jaką sobie zdefiniowało Ministerstwo Obrony Narodowej. Chcąc pozyskać system rakietowy HIMARS i do tego jeszcze uzyskać dodatkowe efekty, chociażby takie, jak udział polskiego przemysłu w produkcji tego typu uzbrojenia, cały proces powinien trwać znacznie dłużej, bo jak wiadomo, negocjacje kwestii offsetowych są bardzo skomplikowane. Pojawia się też pytanie: czy i na ile polski przemysł i nasze zakłady są w stanie podjąć się produkcji zaawansowanej techniki wojskowej? W związku z tym być może ktoś w MON doszedł do wniosku, że lepiej jest kupić sprzęt „z półki”, na skróty, nie komplikując całej sytuacji.

No dobrze, ale kupując nawet z tzw. półki, my tego sprzętu nie dostaniemy jutro czy pojutrze, ale za kilka lat?

– W przypadku tego typu uzbrojenia jak system rakietowy HIMARS, oczywiste jest tylko to, że kupując ten sprzęt w normalnej procedurze, oczekiwanie na dostawy pierwszych zestawów potrwałoby jeszcze dłużej niż trzy lata. Tymczasem tu mamy już ogłoszone zakończenie negocjacji, nastąpi też podpisanie umowy, więc sukces medialny już jest.

Zestawy rakiet HIMARS to sprzęt mobilny i, jak wiemy, ma być posadowiony na pojazdach. Dlaczego nie na pojazdach polskiej produkcji?

– Widocznie ktoś doszedł do wniosku, że osadzenie tego sprzętu na polskich zestawach kołowych wydłużyłoby proces jego pozyskania, a niewykluczone, że podwyższyło też cenę zakupu, i być może stąd taka decyzja. Trudno to określić, bo przecież nie znamy szczegółów negocjacji, które są – jak wiadomo – tajne. Zresztą MON jest bardzo wstrzemięźliwe, jeśli chodzi o podawanie informacji w sprawie tego typu postępowań zakupowych. W zasadzie słyszymy tylko, że strony doszły do porozumienia, że umowa jest gotowa do podpisania i jest sukces. Przypomnę, że podobnie było, jeśli chodzi o podpisanie umowy na zakup dwóch baterii amerykańskich systemów Patriot, a jeśli chodzi o dywizjon rakietowy HIMARS, to mamy kolejną tego typu sprawę. Zdaje się, że również w podobnym trybie – z wolnej ręki – zostały zakupione cztery śmigłowce Black Hawk dla Wojsk Specjalnych.

To kolejny amerykański sprzęt, jaki kupujemy, oprócz wspomnianych przez Pana patriotów, śmigłowców Black Hawk, a wcześniej samolotów F-16. Czy racjonalne jest opieranie uzbrojenia armii tylko na jednym dostawcy, jednym państwie?

– Poprzednia ekipa PO – PSL, a obecny rząd w szczególności uznały, że naszym głównym sojusznikiem, partnerem, gwarantem naszego bezpieczeństwa są Stany Zjednoczone i w związku z tym kupujemy sprzęt wojskowy od Amerykanów. Tym samym wiążemy się z Amerykanami, wzmacniając nasze bezpieczeństwo. Myślę, że te zakupy wynikają właśnie z tego strategicznego założenia, że Stany Zjednoczone to nasz główny sojusznik i im bliższe będziemy mieć z nim związki – a zakup uzbrojenia buduje i zacieśnia tego typu relacje – tym lepiej dla nas.

Zakup zestawów HIMARS to tylko jeden aspekt wypełniania luk w polskiej obronności. Jednak wciąż niewiele mamy do powiedzenia, jeśli chodzi o sprzęt dla Marynarki Wojennej, brakuje nam również nowoczesnych samolotów bojowych…

– O tym, czego nam brakuje – mówię od lat, ale zdaję też sobie sprawę, że jest to głos wołającego na puszczy czy też rzucanie grochem o ścianę. Mój głos nie dociera do ważnych uszu, a „ściana” nie zauważa rzucanego przeze mnie „grochu”. A brak nam przede wszystkim aktualnej strategii. Przypomnę, że w 2014 roku Rosja zaangażowała się militarnie na Ukrainie i od tego momentu wszystkie obowiązujące dotąd strategie mówiące, że w Europie nie będzie wojny, a jedyne zadanie, jakie stoi przez naszą armią, to uczestnictwo w misjach pokojowych, stabilizacyjnych, uległy falsyfikacji. Twierdzono przedtem, że skoro NATO gwarantuje nam bezpieczeństwo, to Polska powinna lojalnie uczestniczyć w misjach natowskich i stosownie do tego został przyjęty model armii, i taka też była koncepcja rozwoju naszych Sił Zbrojnych. Wprawdzie od obecnego szefa BBN kilka razy słyszałem, że tamta strategia jest nieaktualna, ale nowej strategii obronności RP – mimo upływu lat – wciąż nie opracowano. Tymczasem, kiedy podejmuje się decyzje dotyczące uzbrojenia armii, to takie zakupy powinny być dokonywane pod określone zadania, które muszą wynikać z przyjętej koncepcji obrony kraju, a ta powinna być zapisana właśnie w strategii obronności. Idąc tym tokiem myślenia, skoro aktualnej strategii obronności nie ma, to powstaje pytanie: na jakiej podstawie dokonywane są kolejne zakupy uzbrojenia, skąd wiadomo, że trzeba pozyskać np. systemy rakietowe HIMARS? Przypomnę, że minister Antoni  Macierewicz mówił o 160 zestawach, a obecny szef MON kupuje 20. Na jakiej zatem podstawie minister Macierewicz mówił, że potrzeba nam ośmiu dywizjonów HIMARS, i drugie pytanie: na jakiej podstawie minister Błaszczak uznał, że wystarczy nam jeden dywizjon?

A zatem są to zakupy przypadkowe?  

– Być może komuś się wydaje, że jeżeli będziemy w posiadaniu jakichś zaawansowanych systemów uzbrojenia, już samo to poprawi stan naszego bezpieczeństwa. W uproszczeniu – ludziom wydaje się, że lepiej jest mieć dwa karabiny niż jeden, bo będziemy lepiej uzbrojeni. Wyrażane jest przekonanie, że skoro mamy trochę więcej broni czy też nieco więcej żołnierzy, to już następuje poprawa bezpieczeństwa. Jednak ktoś profesjonalnie zajmujący się obronnością zapyta: ta pozyskana broń i zwiększona liczba żołnierzy do czego posłuży i jak to ma być wykorzystane w obronie, dlaczego np. kupujemy takie, a nie inne uzbrojenie? Odpowiedź powinna wynikać z przyjętej strategii obronności, czyli z przyjętej koncepcji obrony kraju, której ciągle nie ma. Taki według mnie mamy kłopot.

Dziękuję za rozmowę.         

 

 

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 22 maja 2019 (19:55)

NaszDziennik.pl