logo
logo

Zdjęcie: Official White House Photo by Shealah Craighead/ Domena publiczna

Efekty w dłuższej perspektywie

Środa, 27 lutego 2019 (23:07)

Aktualizacja: Czwartek, 23 maja 2019 (22:13)

Z dr. Krzysztofem Kawęckim, prezesem Prawicy Rzeczypospolitej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czego można oczekiwać po rozpoczętym dzisiaj szczycie Donald Trump – Kim Dzong Un w Hanoi?  

– Trudno chyba oczekiwać jakichś spektakularnych rozwiązań. Pamiętajmy, że jest to drugie spotkanie Donalda Trumpa i Kim Dzong Una, zresztą zdaje się, że jest to w ogóle drugie spotkanie przywódców Stanów Zjednoczonych i Korei Północnej. Jest to początek długiego procesu zmian na Półwyspie Koreańskim, choć trudno też spodziewać się już dzisiaj konkretnych rozwiązań. Przypomnę, że cały czas – od 1950 roku – trwa stan wojny między Koreą Północną a Koreą Południową i jeśli doszłoby – być może nawet po tym spotkaniu – do formalnego zakończenia tego stanu wojny, to byłoby ważne osiągnięcie. Już sam fakt, że dochodzi do takiego spotkania, ma swoje znaczenie w dłuższej perspektywie, oczywiście jeśli ten proces zostanie podtrzymany, osobiście sądzę, że tak się stanie, że rozmowy będą kontynuowane i cały ten proces, który ma doprowadzić do zmian.

Pierwsze symptomy już chyba widać, bo od pierwszego spotkania Trumpa i Una reżim północno-koreański nie przeprowadził żadnej próby rakietowej…

– Owszem, proces denuklearyzacji, a więc sztandarowego postulatu, który w trakcie rozmów się pojawił, zmierza w dobrym kierunku, bo rzeczywiście ze strony Korei Północnej nie było działań, które przeczyłyby wyznaczonej linii. Oczywiście pojawiły się drobne, incydentalne kwestie, że pod koniec ubiegłego roku Akademia Nauk Obrony Narodowej Korei Północnej przeprowadziła testy nowej broni, choć – jak uważają Stany Zjednoczone – nie była to broń atomowa, ale zważając, że nie ma międzykontynentalnych prób nuklearnych, to jest to i tak pozytywny znak. Myślę, że ten proces będzie trwał, bo trudno oczekiwać, żeby reżim północnokoreański nagle całkowicie zrezygnował z rozwijania broni atomowej i swoich ambicji mocarstwowych, ale można sobie wyobrazić, że stopniowe działania, także kontrole międzynarodowych ekspertów w Korei Północnej, doprowadzą do stabilizacji i denuklearyzacji, czyli odchodzenia z dotychczasowej polityki reżimu Una, choć będzie to proces żmudny, długotrwały i nie rewolucyjny, ale ewolucyjny. Reżim Kima w dużym stopniu opiera się na posiadaniu broni, ale także armia północnokoreańska jest fundamentem tego komunistycznego państwa i radykalnych cięć w tym zakresie.

Co sprawia, że nieufny Kim Dzong Un staje się otwarty na Donalda Trumpa?

– Uważam, że Un ma świadomość jednak nieuchronnych zmian na Półwyspie Koreańskim. Sądzę, że również ma świadomość nieodwracalnego procesu zjednoczenia Południa i Północy. Na razie trudno określić perspektywę, w jakiej to mogłoby się dokonać, bo bez aprobaty np. Chin jest to niemożliwe. To nie są tylko relacje amerykańsko-koreańskie, ale są tu również Chiny, które podobnie jak Stany Zjednoczone są żywo zainteresowane stabilizacją na Półwyspie Koreańskim. Oczywiście Chiny uczynią, co tylko możliwe, żeby wpływy amerykańskie nie poszerzały się w tym regionie, ale jest też pewna zbieżność interesów obu mocarstw, które są zainteresowane stabilizacją. Nie można np. wykluczyć postulatu Chin odnośnie do wycofania wojsk amerykańskich z Korei Południowej, może też pojawić się kwestia osłabienia Japonii. Myślę, że Kim Dzong Un doskonale zdaje sobie sprawę z tego wszystkiego, z kolei Donald Trump w swoich wypowiedziach bardzo marketingowych o potencjale gospodarczym i możliwościach Korei Północnej też stwarza pewien grunt pod przyszłe, ewentualne porozumienie. Zdjęcie przynajmniej części sankcji z Korei Północnej i otwarcie na zewnętrzny kapitał pozwoliłoby na rozwój tego państwa, którego potencjał i możliwości są ogromne.

Kim Dzong Un mimo, iż zamknięty na świat Zachodu, chyba jest świadomy potencjału własnego kraju?

– Oczywiście, przecież Kim Dzong Un ma świadomość wartości swego państwa. To w końcu człowiek, który zdobywał wykształcenie w Szwajcarii, stąd Europa Zachodnia nie jest mu obca. Często bywa, że przedstawiciele różnych reżimów komunistycznych pobierali nauki i zdobywali wykształcenie na uczelniach zachodnich, co nie zmieniało ich poglądów, ale nie zmienia też faktu, że potrafią być również pragmatyczni. To pokazuje, że ten ich komunizm jest powierzchowny, choć w czynach – często – bardzo brutalny, w przypadku Korei Północnej szczególnie.

Zważywszy, że Korea Północna to państwo – jak Pan to określił – z potencjałem, więc patrząc z perspektywy historycznej, to chyba nie przypadek, że do spotkania dochodzi w Wietnamie?

– Wietnam też kiedyś był na ścieżce wojennej ze Stanami Zjednoczonymi, a dzisiaj się rozwija i współpracuje z Waszyngtonem. Dlatego może to być także próba pokazania Kimowi, że w przypadku Korei Północnej taki scenariusz również jest możliwy. Ten przykład może mieć zatem duże znaczenie i zadziałać na wyobraźnię i plany przywódcy Korei Północnej, co pokazuje, w jakim kierunku zmierza ta ewolucja. Zresztą przykład, zalążek takiej współpracy pomiędzy Koreą Północną a Koreą Południową, choć bardzo symboliczny, mieliśmy już podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pjongczangu, teraz czas na kolejne gesty. Zresztą kontakty Kim Dzong Una z Donaldem Trumpem też niejako pozwalają, czy umożliwiają w jakiś sposób wyjść Korei Północnej z pewnej izolacji i wejść na arenę międzynarodową. Jednak przywódca Korei Północnej – mam nadzieję – ma świadomość, że to nie on jest reżyserem, że to nie on pisze scenariusz wydarzeń, tylko musi się wkomponować w cały klimat, bo w przeciwnym wypadku sytuacja jego osobiście, ale też całego reżimu, nie jawi się optymistycznie. I tutaj jedynym sojusznikiem Korei Północnej są w zasadzie tylko Chiny, ale jak wspomniałem wcześniej, Chiny także są zainteresowane stabilizacją zarówno militarną, jak i gospodarczą regionu oraz rozwojem Korei Północnej. Stąd przyzwolenie Pekinu na te działania, a symboliczne jest to, że przywódca Korei Północnej udając się na spotkanie z prezydentem Trumpem do Hanoi, przejechał pociągiem niemal przez całe terytorium Chin, co świadczy, że Pekin jest ważny w tej rozgrywce. Pokazuje, że Kim Dzong Un jest politykiem, który nie do końca się izoluje od świata.       

Jeśli szczyt w Hanoi zakończy się niepowodzeniem, to będzie to paliwo dla opozycji w Stanach Zjednoczonych?

– Szczyt bez konkretów oczywiście dałby argumenty niechętnej Trumpowi Partii Demokratycznej w Stanach Zjednoczonych. Komentarze po pierwszym szczycie Trump – Un w Singapurze w 2018 roku i przed obecnym szczytem w Hanoi były raczej krytyczne wobec obecnego amerykańskiego prezydenta szczególnie w jego kraju. Te komentarze były nie tylko sceptyczne, ale wręcz negujące sens rewizji polityki USA wobec Korei Północnej, co więcej – gros komentatorów uważała, że takie działania są z góry skazane na niepowodzenie, przeważała opinia, że mimo wszystko Korea nie zastosuje się do ustaleń o rezygnacji z rozwijania broni nuklearnej i arsenału rakietowego oraz z działań prowokacyjnych czy raczej militarnych wobec Waszyngtonu. Tymczasem okazało się, że te sceptyczne prognozy są przynajmniej, póki co, nietrafione. I to niewątpliwie sprzyja prezydentowi Trumpowi i wydaje się, że realizuje i to dość skutecznie swoje założenia, swój cel. W tym przypadku niczym w soczewce widać, jak ważne są lokalne sojusze, które decydują o kierunku. To one jakgdyby określają zręby polityki zagranicznej. Poczekajmy na efekty szczytu Trump – Un, zobaczymy jakie one będą. Nie zapominajmy, że jest to cały czas pewna perspektywa, ale już sam fakt, że dochodzi do drugiego spotkania obu przywódców, należy ocenić pozytywnie.

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl