logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Kto zyskuje na euro?

Niedziela, 3 marca 2019 (21:49)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, politologiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Ponownie jesteśmy świadkami dyskusji na temat tego, czy Polska powinna się znaleźć w strefie euro? 

– Przed trzema dniami wróciłem z Litwy, która w styczniu 2015 roku jako 19. kraj Unii Europejskiej przyjęła euro jako obowiązującą walutę, niedawno byłem też na Słowacji, która także – choć nieco wcześniej – bo w styczniu 2009 roku znalazła się w eurolandzie. Jeśli ktoś chce zdefiniować, czym jest przyjęcie waluty euro, czy przyniosło to jakieś pozytywne skutki dla tych, którzy zdecydowali się na taki krok, to niech zapyta Litwinów i Słowaków, wówczas się przekona, jakim szokiem w sensie cenowym okazała się ta operacja. Żaden ze wspomnianych krajów, jeśli chodzi o zwykłych obywateli, nie zyskał. Odczuli to zwłaszcza ci, którzy codziennie robią zakupy, którzy po zakup towarów jadą do Polski – zarówno Litwini, jak i Słowacy. Niby w oficjalnych rozliczeniach nie widać tej różnicy, a jednak praktyka życia pokazuje, że różnice cenowe są bardzo duże, bo kiedy się zapytać obywateli tych państw, to widać, że statystyki nie mówią prawdy.

A mimo to część środowisk politycznych pcha nas do strefy euro…

– Trudno to zrozumieć, bo naprawdę nie wiem, dlaczego niby mielibyśmy wchodzić i uczestniczyć w czymś, co się nazywa „pierwszą prędkością”, czy też jak określają to niektórzy „najtwardszym jądrem Unii”. Pytanie, co to w ogóle znaczy. Mówimy tu o konglomeracie państw, które chcą budować superpaństwo europejskie, które w tej chwili są w strefie euro.

W tym gronie są jednak państwa, których sytuacja finansowo-gospodarcza jest diametralnie różna…

– Owszem, w strefie euro są różne kraje, jak dajmy na to eurosceptyczne Włochy, które mają gigantyczne problemy finansowe. W tym gronie jest także Francja, która chciała uszczelniać swój system finansowy, wprowadzać oszczędności, ale – w tej chwili – zamiast tych oszczędności Paryż coraz bardziej się zadłuża. Nie sposób nie wspomnieć też o Grecji, która ciągle nie wyszła z zapaści finansowo-gospodarczej. Oczywiście, w tym towarzystwie są takie państwa jak Niemcy, ale one w zasadzie jako jedyne zyskują na uczestnictwie w strefie euro. W tej sytuacji nie bardzo wiadomo, jaki miałby być sens, jaki argument rozumu za tym, żebyśmy mieli przystąpić do strefy euro. Mówienie, że z chwilą wstąpienia do strefy euro będziemy w gronie decyzyjnym, jest absolutną iluzją. Przypomnę, że kiedy Włochy chciały podnieść swój deficyt budżetowy, ale cały czas mieszczący się w trzyprocentowym deficycie zapisanym w traktatach, to Komisja Europejska zblokowała ten projekt, ale kiedy np. Francja przekracza kryterium deficytu budżetowego – w stosunku do PKB to ta sama Komisja nie widzi problemu, bo dotyczy to Francji właśnie. Cóż zatem z tego, że Włochy są w strefie euro, kiedy tak na dobrą sprawę nic to im nie daje. Co więcej, można powiedzieć, że kraj strefy euro może być jeszcze bardziej poddany różnorakim presjom, a ponadto nie ma żadnych narzędzi, aby w momencie jakiegoś kryzysu gospodarczego – np. na różnicach kursowych – zyskać handlowo. Jeśli w Polsce cykl gospodarczy się zachwieje, to nasza waluta słabnie, przez to nasz eksport jest tańszy, jest zatem możliwość manewru w sferze wymiany handlowej, natomiast kraje strefy euro mają stopy procentowe i politykę finansową ogólnoeuropejską – w wielu wypadkach nieadekwatną do stanu ich gospodarki. Tymczasem polityka fiskalna powinna być adekwatna do tego poziomu.

Czy zatem strefa euro to projekt ekonomiczny czy raczej polityczny?

– W moim przekonaniu, strefa euro ze względu na ogromne różnice gospodarcze poszczególnych państw członkowskich, od samego początku była projektem politycznym, a nie gospodarczym. Tu chodziło o przyspieszenie procesu budowy superpaństwa europejskiego i ci, którzy są za superpaństwem, są za tym, żeby Polska wchodziła w tę przestrzeń, natomiast argumenty ekonomiczne są tu zupełnie marginalne, a jeśli już są, to nie potwierdzają zapędu co do przyjmowania przez nas eurowaluty. Zresztą wzrost gospodarczy w krajach poza strefą euro jest wyższy niż w państwach strefy euro, co też o czymś świadczy.    

Można zaryzykować stwierdzenie, że strefa euro to metoda podporządkowania sobie słabszych?

– Strefa euro jest to pewna metoda wzmacniania gospodarki niemieckiej, która ma duże koszty pracy, ale zarazem duże zaawansowanie technologiczne i w tym systemie najbardziej korzysta. Natomiast w istocie jest to projekt centralistów europejskich. Oczywiście są też argumenty za wstąpieniem do strefy euro – również argumenty ekonomiczne, ale one dotyczą nade wszystko gospodarek o płytkim rynku finansowym narażonym na pewne spekulacje, które mogą zachwiać walutą. Jeśli tak, to kiedy się jest w strefie euro, to różnice w kursach nie uderzają np. w eksporterów czy importerów, którzy mogą planować swoje działania bo zachwiania na rynkach walutowych nie stworzą im problemu ze sprzedażą czy kupnem towarów. I takie argumenty oczywiście się pojawiają, natomiast w tym stanie, w jakim obecnie jest Unia Europejska, kiedy jesteśmy świadkami absolutnej dominacji Niemiec, kiedy praktyka pokazuje, że to właśnie gospodarka niemiecka najbardziej skorzystała na strefie euro, to trudno jest wskazać drugi taki kraj, który zyskałby tak dużo. Są jeszcze gospodarki takie jak holenderska czy belgijska, które nie straciły, ale to jest zupełnie coś innego niż zysk niemiecki. Natomiast wiele jest krajów, które poprzez wspólną walutę popadły w ogromne tarapaty i to jest pewna prawda. Jest też drugi wymiar – kwestia praktyki, codziennego życia, gdzie artykuły pierwszej potrzeby w państwach, które weszły do strefy euro, wyraźnie zdrożały. To jest doświadczenie, które przeżywają kraje środkowoeuropejskie, które zdecydowały się przyjąć wspólną walutę.

A zatem ze strefy euro korzystają głównie Niemcy?

– W dużym stopniu, przynajmniej na tym etapie, strefa euro daje niewyobrażalne nadwyżki handlowe, a zatem też finansowe przede wszystkim Niemcom i to widać na liczbach. Oczywiście ten efekt to nie tylko zasługa strefy euro, ale z całą pewnością to pomaga, a nie przeszkadza Niemcom. Tymczasem dla wielu innych słabiej rozwiniętych krajów jest to poważny problem. Niemcy w sytuacji kryzysowej są oczywiście zmuszone kredytować grecką gospodarkę, żeby się nie zawaliła cała struktura finansowa strefy euro, ale w zamian za to zyskują jakieś gwarancje majątkowe albo też wymuszają pewne decyzje, które per saldo są korzystne dla Niemiec i należy się spodziewać, że spowodują jeszcze większą dominację i uzależnienie danej gospodarki od Niemiec.

Jak powinniśmy się zachować, kiedy namawiają nas do wejścia do strefy euro?

– Można się spodziewać, że gdyby zapytać tych wszystkich namawiaczy o powstanie superpaństwa europejskiego, co miałoby oznaczać zniknięcie państw narodowych jako osobnych, suwerennych bytów, to można się spodziewać, że też byliby za głębszą integracją europejską, że jest to wspaniały, cudowny europejski projekt. To pokazuje, jak bardzo to wszystko jest powiązane. W Polsce cały czas mamy spór obozu patriotycznego z kosmopolitycznym, co się wyraża w wielu aspektach, a co najlepiej ilustruje niedawny spór o Żołnierzy Niezłomnych. Jest też kwestia mieszania się Brukseli w nasze wewnętrzne sprawy, jest też kwestia przekopu Mierzei Wiślanej, co pokazuje absurd całej sytuacji. Może być bowiem tak, że niedługo, chcąc sobie przekopać działkę, trzeba się będzie pytać o zgodę Brukseli. Tacy marzyciele kosmopolici, którzy chcą naszej podległości wobec Brukseli, akceptują takie scenariusze, co wyraża się także w perspektywie finansów, gospodarki. Oczywiście ekonomiści dyskutują o tym, co się nam bardziej opłaca, jaki jest argument tej opłacalności, jak to odczują eksporterzy, czy brak różnic kursowych walut poprawi naszą sytuację, że będziemy mogli lepiej funkcjonować itd. Natomiast wyłączenie kwestii finansowych, statystycznych od całej polityki jest myśleniem bardzo prymitywnym, charakterystycznym dla ludzi, którzy myślą, że ekonomia to królowa nauk. Tymczasem jest to totalna bzdura, bo ekonomia jest jednym z elementów prowadzenia polityki i inne czynniki pozaekonomiczne warunkują decyzje w tym obszarze. I jeśli ktoś nie rozumie tych podstaw, to jest infantylny albo zatopiony w ideologii, a nie w faktach.

Czyli bycie w kręgu decyzyjnym Unii wcale nie musi oznaczać członkostwa w strefie euro…?  

– Oczywiście. Te dwie sprawy nie mają ze sobą żadnego związku. Pamiętajmy też, że przy naszym poziomie, przy naszym potencjale bycie w tym jądrze oznacza bycie wasalem Niemiec – po prostu. Nie dość, że Niemcy wywierają ogromne wpływy na różne przestrzenie naszego życia, to mieliby mieć jeszcze wpływ na podaż pieniądza w Polsce – przecież to jakiś absurd. Oczywiście wejście do strefy euro to doskonały pomysł dla tych, którzy mają kosmopolityczne zapatrywania na życie społeczne, polityczne, ale również na życie gospodarcze, ale nie dla zdroworozsądkowo myślących ludzi w Polsce. I tego zaakceptować nie możemy.

Dziękuję za rozmowę.      

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl