logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

W polityce zagranicznej brakuje ciągłości

Piątek, 15 marca 2019 (23:10)

Z Andrzejem Maciejewskim, posłem Ruchu Kukiz’15, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak podsumuje Pan doroczne exposé szefa polskiej dyplomacji? Za rządów PiS Polska jest silniejsza i cieszy się coraz większym szacunkiem zagranicznych partnerów?

– Grzechem głównym polskiej polityki zagranicznej jest to, że wszystkie kolejne rządy wychodzą z założenia, iż świat rozpoczyna się z chwilą powołania do życia danego rządu. Kiedy powstaje nowy rząd, wszyscy sądzą, że polityka zagraniczna zaczyna się od nowa, tymczasem tak nie jest. Słuchając na sali sejmowej wystąpienia min. Jacka Czaputowicza na temat priorytetów polskiej polityki zagranicznej czy stanowisk przedstawicieli poszczególnych klubów poselskich, nie zauważyłem, żeby ktokolwiek wspomniał o potrzebie w dyplomacji ważnej zasady ciągłości. Nie widać też żadnej idei wspólnej drużyny. Dyskusja na forum Sejmu pokazała, że nie ma też idei jednej wspólnej drużyny, podczas gdy w sprawach polityki zagranicznej powinniśmy mówić jednym głosem. W tej całej dyskusji tylko się nawzajem krytykujemy, a nie wspieramy.

Jaki zatem wniosek wypływa z tej debaty?

– Wniosek jest smutny. Mianowicie, biorąc pod uwagę 30 lat od transformacji ustrojowej, polska polityka zagraniczna, jeśli chodzi o stronę rządową i opozycję, tak naprawdę nie ma wspólnego mianownika. Widać to w różnych aspektach: nie mamy wypracowanej wspólnej polityki wobec Unii Europejskiej, nie mamy wypracowanej wspólnej polityki wobec Stanów Zjednoczonych, nie bardzo wiemy też, jak zachować się wobec takich potęg jak np. Chiny. Wniosek, jaki się nasuwa, jest niestety bardzo smutny. Nie chodzi więc tylko o politykę zagraniczną rządu PiS, bo Polska istnieje dłużej niż trzy lata z okładem. Oczywiście, szefowie dyplomacji się zmieniają, co jest zrozumiałe, ale pewien kręgosłup polityki zagranicznej powinien być trwały i nienaruszalny, a jednocześnie konsekwentnie realizowany przez wszystkich niezależnie od tego, jak zmienia się orbita polityczna. Wystarczy spojrzeć, jak wygląda to w polityce Niemiec czy Rosji i innych potęg na świecie, które prowadzą politykę zagraniczną na zasadzie pewnej ciągłości, kontynuacji określonej linii. To jest ta różnica jakościowa, jaka się mi nasuwa po całym dniu przysłuchiwania się dyskusji na temat polskiej dyplomacji. Niestety, nie mamy tego, co mają inne nacje. Dlatego nie chciałbym spłycić oceny polskiej dyplomacji jedynie do trzech ostatnich lat, bo to z pozycji posła na Sejm byłoby niepoważne.

Pana klubowy kolega Piotr Apel z mównicy sejmowej powiedział, że wystąpienie ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza było życzeniowe, tak jak polityka zagraniczna Polski…

– Piotr Apel mówił o trzech minionych latach funkcjonowania polskiej dyplomacji z akcentem na miniony rok Jacka Czaputowicza w roli ministra spraw zagranicznych. Podsumowanie jest smutne, bo jeśli ze strony klubów tzw. opozycji totalnej wysuwana jest krytyka także co do priorytetów polityki zagranicznej i padają wnioski o odrzucenie informacji szefa MSZ, jeśli nie mamy zdania na temat podejścia do polityki państw Zatoki Perskiej, jeśli nie mamy pomysłu w kwestii działań wobec Rosji, gdzie wszyscy dookoła – mimo krytyki poczynań Kremla – robią interesy z Putinem, a my toczymy wojnę z Rosją i nie robimy interesów, to jest to błąd. Zresztą podobnie wygląda nasza polityka w stosunku do Chin czy Indii. To pokazuje, że nie mamy pomysłu na politykę wobec najbogatszych państw świata, co ogranicza nasze relacje i z pewnością nie sprzyja poprawie zamożności Polski. Nasza polityka jest rwana.

Mamy za to dobre relacje ze Stanami Zjednoczonymi, co wyraźnie podkreślał minister Czaputowicz…  

– Owszem, to ważne, ale to za mało, bo trzeba zapytać, czy te dobre relacje z Waszyngtonem są równoznaczne i czy przekładają się na dobre interesy. Jeśli robimy poważne zakupy uzbrojenia w Stanach Zjednoczonych bez offsetu, to znaczy, że wydajemy pieniądze, które nie wracają do polskiej gospodarki w postaci inwestycji, za to zasilają budżet amerykański. Nic dziwnego, że Amerykanie są zadowoleni i klepią nas po ramieniu, ale my pokazujemy, że nie potrafimy myśleć jak dobry gospodarz. Dlatego mam wątpliwości, czy to jest rzeczywiście dobra relacja z Amerykanami, podobnie jak ogłoszenie przez dyplomację amerykańską informacji o organizacji konferencji bliskowschodniej w Warszawie bez udziału polskiej strony. Niestety, pomyliliśmy pojęcie przyjaźni i dobrej atmosfery z podmiotowością i partnerstwem. To, co się stało podczas szczytu bliskowschodniego w Warszawie, pokazuje, że popełniliśmy błąd, pozwalając, żeby zaproszeni goście zrobili nam grandę na naszym podwórku. Nie dziwmy się zatem, że za jednym zamachem zrobiła się awantura z Izraelem i rysa na relacjach ze Stanami Zjednoczonymi. Trudno to ocenić jako sukces polskiej dyplomacji i trzeba mieć tego świadomość. Idźmy dalej: w Unii Europejskiej jest awantura o Chiny, ale podobnie jak w przypadku Rosji wszyscy robią interesy z Pekinem, bo panuje przekonanie, że Chiny są potęgą gospodarczą, jeśli chodzi o elektronikę i nie tylko. Na gruncie polskim toczy się wojna dwóch mocarstw Stanów Zjednoczonych i Chin, a my stajemy się zakładnikiem tego sporu.

Chce Pan powiedzieć, że polska polityka wobec tych dwóch mocarstw się pogubiła?

– Dokładnie tak jest. Naszej polityce zagranicznej w tym względzie brakuje racjonalności. Inni, owszem, też są sojusznikami Waszyngtonu, jak chociażby Wielka Brytania czy Niemcy. Co więcej, te państwa też są członkami Sojuszu Północnoatlantyckiego, ale jednocześnie Londyn i Berlin potrafią sobie ułożyć relacje i interesy z Pekinem, ale też z Moskwą czy z New Delhi. I to jest coś, czego mi osobiście zabrakło i brakuje w polskiej polityce zagranicznej minionych 30 lat, bo w takiej perspektywie chciałbym oceniać polską dyplomację. Jednocześnie smutną puentą jest to, że na gruncie polskiego parlamentu nie widzę woli wypracowania wspólnej polityki zagranicznej.

Odmienne od Pana zdanie ma prezydent Andrzej Duda, który komentując exposé Czaputowicza, powiedział, że polska polityka zagraniczna jest zorganizowana w zaplanowany sposób i ma swoją ciągłość?

– Pan prezydent Andrzej Duda przez ponad dwie godziny cierpliwie słuchał wystąpienia ministra Czaputowicza i wyraził swoją opinię, do czego ma prawo, zwłaszcza że jako głowa państwa zawsze powinien być tzw. zwornikiem. Z kolei ja jestem przedstawicielem konstruktywnej opozycji i mam nieco inne zdanie.

Jak ocenia Pan polską politykę wschodnią?

– Polityka wschodnia Polski jest w tym momencie nieuporządkowana. Niezrozumiałe jest to, że na pierwszym miejscu w wystąpieniu ministra Jacka Czaputowicza w tym obszarze pojawia się troska i apel o uwolnienie uwięzionych przez Rosję ukraińskich marynarzy, zwrot zarekwirowanych ukraińskich statków i przywrócenie pełnej swobody żeglugi na Morzu Azowskim, a na ostatnim miejscu pojawia się apel o wykonanie rezolucji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy i zwrot Polsce przez Moskwę wraku samolotu Tu-154M, który Rosjanie od kwietnia 2010 roku świadomie przytrzymują u siebie. Wychodzi na to, że w relacjach z Rosją bardziej martwimy się o to, że niesprawiedliwie zostali potraktowani marynarze ukraińscy, a nie tym, że temat katastrofy smoleńskiej jest dzisiaj tak naprawdę lekceważony, co więcej, mimo deklaracji tak naprawdę po stronie rodziny europejskiej nie ma woli pomocy załatwienia takiej sprawy jak zwrócenie Polsce jej własności.

Co z ochroną Polaków na Ukrainie? Czy polityka, zwłaszcza wobec Ukrainy, nie powinna być pragmatyczna? Może najwyższy czas zacząć wymagać szacunku dla Polski?

– W wypowiedziach ministra Jacka Czaputowicza zabrakło stwierdzenia, które jest podstawą w dyplomacji – mianowicie, że polityka zagraniczna opiera się na dialogu dwóch stron. Niestety, nasze wystąpienia, jeśli chodzi o Ukrainę, ustawiliśmy na monologu, to znaczy sami przyjmujemy rolę rzecznika spraw Ukrainy na Zachodzie, w zamian nie wymagając od Kijowa szacunku dla polskich spraw. Wygląda na to, że bardziej troszczymy się o sprawy Ukrainy niż władze tego państwa, co więcej, Ukraińcy, widząc to nasze zaangażowanie, wykorzystują Polskę na każdym kroku. Czas otworzyć oczy i zacząć wymagać od Ukrainy wzajemności, poszanowania Polski i Polaków, także zamieszkałych na Ukrainie. Jeśli my tego nie zrobimy, to nie łudźmy się, że władze Ukrainy zadbają o naszych rodaków, którzy żyją w tym kraju przecież nie z własnej woli.

Dziękuję za rozmowę.      

                

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl