logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Termin nie jest przypadkowy

Sobota, 6 kwietnia 2019 (20:26)

Aktualizacja: Niedziela, 2 czerwca 2019 (09:48)

Z Markiem Astem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczącym Sejmowej Komisji Ustawodawczej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Komisja Europejska wszczęła w środę wobec Polski postępowanie o naruszenie prawa unijnego. Tym razem chodzi o system dyscyplinowania sędziów…

– Komisja przychyliła się do stanowiska Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” i rozpoczyna procedurę kontroli stosowania w Polsce przepisów dotyczących postępowania dyscyplinarnego sędziów. Te działania można wytłumaczyć tylko w jeden sposób – mianowicie trwa kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego, opozycja zgrupowana w Koalicji Europejskiej miernie wypada w sondażach i w tym momencie jest to koło ratunkowe rzucone przez Fransa Timmermansa. Jest to jeszcze jedno, kolejne koło ratunkowe, bo przypomnę, że przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej toczy się batalia przeciwko Polsce w sprawie pytań prejudycjalnych części sędziów Sądu Najwyższego dotyczących między innymi niezależności Krajowej Rady Sądownictwa. Co więcej, pierwsze rozstrzygnięcia w tej sprawie mają zapaść i być ogłaszane jeszcze przed wyborami. Pokazuje to, że temat jest cały czas podgrzewany, aby zwolennicy „totalnych” nie zapomnieli, że taka sytuacja ma miejsce.

Tylko czy merytorycznie są jakieś podstawy do wszczynania kolejnych ataków na Polskę?

– Takich podstaw, oczywiście, nie ma. Jedno postępowanie się toczy i teraz mamy de facto dublowanie wniosku, i to w sposób zupełnie nieuzasadniony. Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego została powołana zgodnie z Konstytucją RP i całe postępowanie określone w uchwalonych ustawach również. W związku z powyższym jedno, co w tym momencie przychodzi mi do głowy, jeśli chodzi wszczęcie kolejnego postępowania o rzekome naruszenie prawa unijnego, to że ze strony Fransa Timmermansa jest to kontynuowanie politycznej krucjaty przeciwko Polsce.   

Kilkanaście dni przed wyborami do Europarlamentu ma być werdykt w sprawie Polski, Węgier i Czech, które nie zgodziły się na przymusową relokację migrantów, a 23 maja, a więc dosłownie w przeddzień wyborów, ma być opinia rzecznika TSUE w sprawie pytań prejudycjalnych. Na co obliczona jest ta strategia Brukseli?

– Trudno nie odnieść wrażenia, że te wszystkie działania to nie jest przypadek. Mamy grę przeciwko Polsce, jesteśmy świadkami zmasowanego ataku ze strony Komisji Europejskiej, oczywiście też różnych instytucji – w tym wypadku ze strony Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu. Dla mnie wyznaczenie tych terminów na okres tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego nie jest przypadkowe. Nie jest też tak jak obrońcy czy zwolennicy TSUE sugerują, że to tylko przypadkowa zbieżność dat, bo przypomnę, że przed wyborami samorządowymi było podobnie: dosłownie w przeddzień zapadł wyrok niekorzystny dla Polski – o zawieszeniu stosowania przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym i zastosowaniu tzw. środków tymczasowych. W tym momencie takie działania również mają na celu wywołanie wrażenia, że obecna większościowa koalicja w Polsce narusza prawo europejskie oraz zasady praworządności, a tym samym, że naraża Polskę na rzekomy polexit. Mamy zatem – cały czas – taką samą narrację. Wydaje się, że Polacy już przejrzeli tę grę. To też jest wyraz pewnej nieznajomości polskiej natury – przekornej, bo jednak większość Polaków w sposób oczywisty jest za członkostwem Polski w Unii Europejskiej. Ponadto choć większość Polaków myśli rozsądnie i wie, że obecny rząd Zjednoczonej Prawicy również jest prounijny, aczkolwiek eurorealistyczny, to w sytuacji zmasowanych ataków na Polskę czy polski rząd takie działania są przeciwskuteczne i wywierają odwrotny skutek od zamierzonego. Uważam, że tym razem także  ataki te wywołają jeszcze większą mobilizację zwolenników po stronie Zjednoczonej Prawicy.         

Timmermans, uzasadniając wniosek, powiedział, że mamy do czynienia z „systematycznym poddawaniem sędziów kontroli władzy wykonawczej”. Czy ten polityk wie, co mówi i czy zna prawo w Polsce?

– Frans Timmermans nie zna polskiego prawa i tylko przyjmuje przekaz suflowany przez niezadowolonych sędziów. Można powiedzieć, że de facto opiera się na kłamstwach, bo osobiście nie znajduję żadnego artykułu, żadnego przepisu – ani w ustawie o Krajowej Radzie Sądownictwa, ani w ustawie o Sądzie Najwyższym – z którego wynikałoby, że na postępowanie dyscyplinarne wobec sędziów ma wpływ jakikolwiek czynnik polityczny czy rządowy. Trzeba jasno stwierdzić, że część sędziów jest niezadowolona z tego, że w tym momencie ich działanie będzie poddane niezależnej kontroli Sądu Najwyższego, bo – jak wiadomo – Izba Dyscyplinarna jest umiejscowiona w Sądzie Najwyższym i to sędziowie będą orzekać w ich sprawach. Niezadowolenie części środowiska sędziowskiego może też wynikać z faktu, że to, co do tej pory sędziom uchodziło płazem, teraz płazem uchodzić już nie będzie.

Co tak naprawdę jest problemem Timmermansa?

– Działania obecnego wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej są motywowane zacietrzewieniem politycznym. Nie ma przecież żadnej wątpliwości, że Frans Timmermans stoi po jednej stronie sporu politycznego w Polsce. Od samego początku jego sympatie polityczne były ulokowane w Platformie, jak również po stronie tych, którzy stali na czele rozmaitych instytucji w Polsce: po stronie Trybunału Konstytucyjnego z poprzednim prezesem Andrzejem Rzeplińskim na czele oraz po stronie Sądu Najwyższego kierowanego przez prezes Małgorzatę Gersdorf. Myślę, że po stronie Timmermansa jest pewne rozczarowanie, że niektóre z tych osób już nie mają wpływu na bieg wydarzeń w Polsce, i to – jak widać – rodzi pewną frustrację. Efektem tej frustracji jest taka, a nie inna reakcja. Polska od kilku lat już nie wsłuchuje się bezkrytycznie w zalecenia Komisji Europejskiej. Daliśmy temu wyraz w sposób zdecydowany, także jeśli chodzi o poronione pomysły z narzuconymi kwotami dotyczącymi przyjmowania imigrantów muzułmańskich do Polski. Zresztą – w efekcie – państwa członkowskie to stanowisko Polski poparły. I to wszystko się nie podoba elitom brukselskim. Wolano by mieć sytuację taką, jaka była w ciągu minionych, ośmioletnich rządów koalicji PO-PSL, kiedy traktowano Polskę jako uczniaka, który ma wykonać wszystkie zadania wymyślone przez unijnych decydentów. Tymczasem Polska jest państwem suwerennym, prowadzimy własną politykę, stoimy na stanowisku, że przestrzegamy traktatów i prawa unijnego, ale jednocześnie – w ramach umowy stowarzyszeniowej oraz w dyrektyw unijnych – realizujemy własną politykę.    

Timmermans próbuje zbić kapitał polityczny na sprawie Polski?

– Jego działanie to element gry politycznej – z jednej strony wpisującej się w kampanię wyborczą do Europarlamentu, a z drugiej ciągłego podkreślania swojej pozycji i szukania sojuszników wśród polityków totalnej opozycji w Polsce. To czysta kalkulacja. Frans Timmermans kalkuluje, że Europejska Partia Ludowa, której członkami w Parlamencie Europejskim są Platforma i PSL startujące w zbliżających się wyborach, po ewentualnym dostaniu się do Europarlamentu będą również okazywać mu swoją wdzięczność – jemu i jemu podobnym dalej rekomendując te osoby do zajmowania wysokich stanowisk w Brukseli.

Czy i w jakim stopniu element tzw. praworządności będzie obecny w przyszłej kadencji Europarlamentu i stanowić będzie nacisk na kraje nowej Unii, aby trzymać je w ryzach?

– Mam nadzieję, że po majowych wyborach układ sił w Parlamencie Europejskim, a co za tym idzie także w kierownictwie instytucji unijnych się zmieni na tyle, że nastąpi przesilenie, i będzie to sygnał ostrzegawczy dla obecnych elit rządzących w Unii, co zmusi je do zweryfikowania swoich dotychczasowych stanowisk i działań. Tym samym liczę, że zostaną inaczej niż dzisiaj rozłożone akcenty, że inaczej będą traktowane te państwa, w których rządzą politycy reprezentujący narodowe interesy danego państwa, i że unijne elity nie będą szukały pretekstów, aby w te rządy uderzać. Tym bardziej że wspomniane przeze mnie rządy – w Polsce czy na Węgrzech – są lojalne wobec Unii Europejskiej. Co więcej, rządy te cały czas podkreślają – w retoryce i w czynach – swoją prounijną postawę, ale jednocześnie akcentują też, że mają prawo do realizacji polityki reprezentującej interesy swojego państwa. Myślę i mam jednocześnie nadzieję, że wynik majowych wyborów zweryfikuje takie działania jak obecnie prowadzone przez takich polityków brukselskich, jak Frans Timmermans czy Jean-Claude Juncker, i że w Brukseli, a także w całej Unii Europejskiej nastąpią zmiany i zdecydowana poprawa.

Dziękuję za rozmowę.            

 

  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl