logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Gra na przeczekanie?

Piątek, 12 kwietnia 2019 (22:51)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Za nami kolejny szczyt unijny, efekt – brexit odłożony do 31 października. Z czym tak naprawdę mamy do czynienia? Z grą pozorów?

– Wygląda na to, że mamy do czynienia z grą na przeczekanie. Po majowych wyborach należy się spodziewać, że będzie inny skład Komisji Europejskiej, a co za tym idzie – być może też otworzą się dla Wielkiej Brytanii inne, lepsze możliwości negocjacyjne, ale na razie jest impas. Oczywiście, że Unia Europejska mogłaby iść w zwarcie i obrać wobec Londynu ostry kurs, ale w gronie unijnych decydentów prawdopodobnie pojawia się też refleksja, że jest to miecz obosieczny. Wcale nie jest tak, że Francuzi i Niemcy, idąc na przykład na wojnę handlową z Wielką Brytanią, doprowadziliby do strat tylko i wyłącznie gospodarkę brytyjską. Zresztą ta nowa blokada kontynentalna, którą próbowano by wprowadzać, niekoniecznie jest możliwa. W tej sytuacji wygląda na to, że nie bardzo jest wyjście, to znaczy, że obecny układ władzy w Brukseli nie jest w stanie się posunąć w swoim stanowisku – w relacji do Brytyjczyków. Z kolei Brytyjska Izba Gmin nie jest w stanie zaakceptować tego, co zostało już uzgodnione. W związku z tym nie ma wyjścia, bo w grę wchodzi, albo twardy brexit, albo danie sobie czasu przez obie strony, z kolei ten czas jest potrzebny i nade wszystko wpływa na to, co dzieje się w Unii. Jak wiadomo, przed nami wybory do europarlamentu, tworzenie składu nowej Komisji Europejskiej i do tego czasu wiele może się jeszcze wydarzyć.

A może jest to też jakaś strategia, która ma na celu zatrzymanie Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Czy taki wariant należy brać pod uwagę?

– Owszem, taki wariant też musi być brany pod uwagę, ale coraz mniej jest na to szans. Jak wiemy, brytyjski parlament odrzucił taką wersję. Oczywiście wszystko – jak to w polityce – jest możliwe, ale nie jest też tak, że przybliżamy się do wariantu niewychodzenia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Chyba że układ władzy i model Unii Europejskiej – jaki znamy – w międzyczasie na tyle ulegnie zmianie, że Brytyjczycy ostatecznie uznają, że we Wspólnocie Europejskiej jednak jest dla nich miejsce.

Co może mieć na myśli Donald Tusk, który mówi do Brytyjczyków, żeby nie zmarnowali darowanego im do 31 października czasu?

– Słowa Donalda Tuska w ogóle są bez znaczenia i tak naprawdę nikt w Europie czy w Brukseli się nie przejmuje tym, co w swoich „odkrywczych” tezach przekazuje obecny przewodniczący Rady Europejskiej. Nikt zdrowo myślący chyba nie ma wątpliwości co do tego, że Donald Tusk jest de facto prostym narzędziem w rękach Angeli Merkel i pozostałych wielkich unijnych graczy. I jeśli już coś komentuje, to bardziej po to, żeby się przypodobać swoim chlebodawcom – Berlinowi, Paryżowi czy brukselskim eurokratom. Natomiast cały sens wypowiedzi Tuska, żeby Brytyjczycy nie zmarnowali danego im do 31 października czasu, tak naprawdę nic nie znaczy.   

Co w tej chwili chce uzyskać premier Theresa May?

– Premier Theresa May – jak każdy polityk – gra także pod siebie, ale z drugiej strony nie ma w tej chwili wielkiego pola manewru, bo wszystkie inne opcje zostały zakwestionowane przez brytyjski parlament. Cóż w tej sytuacji ma zrobić?

Może się podać do dymisji…

– No tak, ale dymisja premier May wiele nie zmieni w sprawie wychodzenia Brytyjczyków z Unii Europejskiej. Wiadomo przecież, że brytyjski parlament jest taki, jaki jest, i chce wyjść z Unii, tyle że na innych zasadach, wobec czego jest pat.

Referendum, że Wielka Brytania ma opuścić Unię, wciąż obowiązuje, ale czy gdyby dzisiaj jeszcze raz przeprowadzić głosowanie, to wynik byłby podobny?

– Trudno powiedzieć, jaki byłby wynik ponownego referendum, ale wcale nie można wykluczyć, że po tych wszystkich wydarzeniach, jakich jesteśmy świadkami, zwolenników brexitu byłoby jeszcze więcej niż poprzednio. Doświadczenia Brytyjczyków są bowiem takie, że dalsze członkostwo w Unii Europejskiej to są poważne koszty, jednocześnie przez dumny naród, jakim bez wątpienia są Brytyjczycy, bardzo krytycznie jest odbierana buta czy wręcz arogancja elit, eurokratów brukselskich, co tylko frustruje. Ponadto w Brytyjskiej Izbie Gmin zdecydowanie zwiększyła się liczba zwolenników tzw. twardego brexitu.

Po czyjej stronie dzisiaj jest piłka?       

– Piłka jest po środku pola gry, co oznacza, że mamy pat. Używając języka sportowego, ten mecz między dwiema drużynami: Unią Europejską a Wielką Brytanią jest rozgrywany już dość długo, tylko goli nie ma. Jest dużo podań, dużo kiwania, ale wynik na tablicy się nie zmienia. Negocjatorzy po obu stronach wykonują dużo nikomu niepotrzebnej roboty, która ma jedynie wymiar wizerunkowy. Sytuacja wygląda tak, że na dobrą sprawę można by w drodze losowania rozstrzygnąć wynik tego meczu, bo na boisku nikt nie gra ofensywnie. Chodzi o to, że aby strzelić bramkę i przeważyć wynik na swoją korzyść, jednak trzeba zaryzykować, a więc nie tylko się bronić, ale skonstruować akcję i pójść do przodu. W sprawie brexitu – przed nami jeszcze jeden mecz, którego wynik mamy ostatecznie poznać 31 października. Jednak w polityce to dość długi czas, bo po majowych wyborach szefem Komisji Europejskiej nie będzie już Jean-Claude Juncker. Jest też pytanie, jakie będą możliwości rozwiązania tej sytuacji. Oczywiście może być tak, że w końcu w Wielkiej Brytanii przeważy opcja niewychodzenia z Unii, co też należy brać pod uwagę. Ale żeby tak się stało, to za taką opcją muszą się pojawić nowe argumenty. Nie można też wykluczyć, że zarówno jedna, jak i druga strona czeka na rozstrzygnięcie wyborów i to, kto realnie będzie rządził w Europie, jaki układ się wyłoni po majowych wyborach do europarlamentu.

Jakie rozwiązanie byłoby lepsze dla Brytyjczyków?

– Dla Brytyjczyków byłoby o wiele lepiej, gdyby siły narodowe czy siły decentralizacyjne przejęły stery w poszczególnych państwach oraz w Parlamencie Europejskim i Komisji Europejskiej. Wówczas może zaczęliby rozważać, czy w ogóle warto występować z Unii Europejskiej, ale ten wariant byłby możliwy tylko w przypadku odbiurokratyzowanej i zdecentralizowanej Europy.

Czy te wahania Londynu i całe to zamieszanie nie świadczą, że – mimo wszystko – decyzja o referendum w sprawie brexitu była zbyt pochopna?

– Decyzja o zorganizowaniu referendum w sprawie wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej na pewno była wymuszona. To nie było tak, że nagle coś wpadło do głowy ówczesnemu premierowi Davidowi Cameronowi i chciał zaryzykować, niejako grając w ruletkę, tak nie było. Cameron działał pod presją potęgujących się coraz bardziej sił eurosceptycznych w Wielkiej Brytanii. I niejako chcąc tę presję zdjąć z siebie, wypuścić balon, zamierzał przejść przez referendum, uważając, że jest w stanie je wygrać, podobnie jak wygrał referendum w Szkocji dotyczące separacji. Wtedy mając korzystny wynik, mógłby powiedzieć swoim przeciwnikom, że większość obywateli zdecydowała o pozostaniu w Unii Europejskiej, a z wolą ludu przecież się nie dyskutuje, więc proszę na mnie – w tej sprawie – więcej nie naciskać. Taki był plan. Tymczasem okazało się, że siły eurosceptyczne i to nie tylko w społeczeństwie, ale również w brytyjskich elitach, są o wiele większe, niż się pozornie wydawało. Dlatego musiał zrezygnować z piastowani funkcji premiera, a dalsze działania w sprawie realizacji brexitu spoczęły na premier Theresie May.

Jaki wariant – w tym momencie – byłby najkorzystniejszy dla Polski?

– Najbardziej korzystny byłby oczywiście wariant, że Wielka Brytania dalej jest w tym całym unijnym systemie. System Unii Europejskiej jest coraz bardziej scentralizowany i zbiurokratyzowany i w tym momencie Polska nie ma ani sił własnych, ani przekonania społecznego, żeby podejmować jakieś ruchy separatystyczne. W związku z czym, im więcej krajów, które nie chcą scentralizowanej Europy, ale Europy narodów, tym dla nas lepiej, zwłaszcza że Wielka Brytania to ogromny kraj, myślący w wielu kwestiach podobnie jak Polska, mamy więc w Brytyjczykach sojusznika. Natomiast jaki będzie finał tych przepychanek brexitowych i jak ostatecznie zakończy się ten pojedynek Brukseli z Londynem i jakie będą tego konsekwencje, pokaże czas.               

Dziękuję za rozmowę.       

   

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl