Jaki jest bilans 15 lat naszego członkostwa w Unii Europejskiej?
– Mamy za sobą 15 lat doświadczeń, a to dobry czas na podsumowania – z jednej strony, ale też czas na wyciągnięcie wniosków na przyszłość. Wnioski są takie, że jako Polska niestety nie mamy spójnego spojrzenia na politykę zagraniczną. Co innego mówi rząd, a co innego formacje opozycyjne. Innymi słowy, jeśli chodzi o dyplomację, nie mamy jednej, biało-czerwonej drużyny. Nie może być tak, że na gruncie unijnym co innego mówi strona rządowa, a co innego opozycja, bo wygląda to tak, że sami nie wiem, czego chcemy i jakie są nasze oczekiwania co do naszej przynależności do Unii Europejskiej.
Jakie korzyści mamy z przynależności do Unii Europejskiej?
– Sam fakt przynależności do Unii Europejskiej jest, a przynajmniej powinien być, czynnikiem motywacyjnym do działań. Jesteśmy Narodem, który potrzebuje mobilizacji. I tak NATO mobilizowało i wciąż mobilizuje nas do działań na rzecz poprawy poziomu obronności naszego kraju i podobnie powinno być w przypadku naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Członkostwo w Unii powinno nas motywować do działań inwestycyjnych i rozwojowych. Musimy mieć świadomość, że w polityce liczą się interesy. Podchodzimy w sposób zbyt emocjonalny, podczas gdy potrzebna jest chłodna kalkulacja. Przede wszystkim musimy jasno zdefiniować nasze potrzeby, oczekiwania w kontekście przemian zachodzących w Europie i świecie. Chciałbym, żebyśmy zmienili optykę i sentymenty zamienili na interesy, żebyśmy zaczęli prowadzić bardziej wyrafinowaną grę ze świadomością, że tak robią wszyscy.
A jeśli chodzi o ograniczenia… Są tacy w Unii, którym zależy, żeby postrzegać nas jako państwo słabsze, drugiej kategorii…
– Największym ograniczeniem na drodze rozwoju jesteśmy my sami, nikt nas nie ograniczy bardziej niż my sami. Proszę zwrócić uwagę, że najwięcej szumu wokół Polski za granicą robią nie obcy politycy, tylko nasi. Do tego dochodzą media, które odpowiednio to nagłaśniają. Można zatem powiedzieć, że największym zagrożeniem dla naszego członkostwa w Unii jesteśmy my sami, co więcej, na zewnątrz jesteśmy postrzegani jako ci, którzy nie potrafią się określić, zdefiniować swoich interesów, co skrzętnie wykorzystują nasi przeciwnicy. Jeżeli ktoś nie wie, czego chce, nie wie, dokąd ma płynąć jego statek, to trudno oczekiwać porządku na pokładzie.
Komu zależy na wzbudzaniu niepokojów i rzekomej niepewności co do naszej przynależności do Unii Europejskiej?
– Nie chodzi o to, żeby się doszukiwać winnych, ale ważniejsze jest, żeby mając punkt wyjścia – 15 lat członkostwa i doświadczenia obecności w Unii Europejskiej – wytyczać sobie kolejne cele. Bez wątpienia mamy sukcesy związane z przynależnością do Unii, ale na naszym koncie jest także wiele porażek. Naszą porażką jest m.in. to, że nie potrafimy – jeśli chodzi o środki unijne – wypracować mądrego systemu współdziałania na linii rząd – samorząd. Traktujemy tę sferę jako element wewnętrznej konkurencyjności, wręcz wrogości czy agresji, a to jest duży błąd.
Może potrzebna jest w Polsce debata na temat naszej, Polaków, wizji Unii Europejskiej?
– Przez cztery lata obecnej kadencji w polskim parlamencie nie było ani jednej debaty o Polsce w Unii Europejskiej i naszych oczekiwaniach od Wspólnoty. Dlatego nie oczekujmy, że będzie tu jakiś porządek.
Czy nie mamy do czynienia z psuciem idei ojców założycieli, czy Unia nie staje się fasadową organizacją, grupą interesów, która de facto nie rozwiązuje faktycznych problemów, jakie stoją przed Europą?
– Wewnętrzna struktura Unii Europejskiej jest jak najbardziej do zreformowania, żeby nie powiedzieć, iż wymaga rewolucyjnych zmian. Na dzisiaj mamy Unię eurokratów i przerost stanowisk w Brukseli. Niestety nie mamy Unii, która działałaby z myślą o obywatelach państw członkowskich, ale mamy Unię eurokratów i lobbystów. I to wymaga reform.
Obecna Unia w tym wymiarze instytucjonalnym jest zaprzeczeniem idei, jakie stały u jej początków?
– Dokładnie. Niestety wygrała ideologia. Unia Europejska u swojego zarania była prostym systemem, ale z każdym kolejnym rokiem swego istnienia odchodziła od założeń, następowały komplikacje, a to wszystko wynikało z zasady, że każdy eurokrata, każdy urzędnik będzie chciał udowodnić swoją niezbywalność, niezbędność istnienia różnych, rozbudowanych struktur urzędniczych. Stąd różnego rodzaju zbędne regulacje, ustawy, a za mało pragmatyzmu.
Jak wyleczyć tę chorą Unię?
– Mówiąc wprost: trzeba uciąć łeb hydrze. Po pierwsze, konieczne są głębokie zmiany w Komisji Europejskiej. Starsze roczniki z pokolenia lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, które się usadowiły na ciepłych posadach w Brukseli, muszą odejść na mniej lub bardziej zasłużone emerytury. Ponadto konieczna jest zmiana podejścia do państw członkowskich, które mają być wszystkie równe w Europie, a nie, tak jak to jest obecnie, że są równi i równiejsi. Nie może być tak, że państwa silniejsze, lepiej rozwinięte dyktują pozostałym, co mają robić, bo taka Unia, gdzie silniejsi dominują kosztem słabszych, nie ma przyszłości.

