Jakie są ekonomiczne plusy 15 lat członkostwa Polski w Unii Europejskiej?
– Chciałbym zwrócić uwagę na jeden, mianowicie przede wszystkim na ogromny impuls rozwojowy jaki Polsce, polskim przedsiębiorcom dało wejście na ogromny wspólny rynek towarowy, kapitałowy, rynek usług, rynek pracy – jeden z największych tego typu obszarów na świecie. I Polacy tę szansę wykorzystali. Niektóre branże w większym, inne w mniejszym stopniu, część z nich wręcz przebojem zawojowała sobie rynki Europy zachodniej, rynki bardzo wymagające – chyba najbardziej wymagające ze wszystkich. Mam tu na myśli branżę transportową, branżę meblarską czy producentów okien, także niektóre sektory rolnicze. I to jest największe osiągnięcie naszego członkostwa w Unii Europejskiej – fakt, że Polacy wykorzystali szansę jaką dał nam europejski obszar gospodarczy. A zatem jesteśmy związani z Unią Europejską, choć nie w sposób nierozerwalny.
A minusy…?
– Przede wszystkim jest jeden – najważniejszy, to są koszty implementacji prawodawstwa unijnego do dziś dokładnie niepoliczone, ale cały czas rosnące. Większość prawa tworzonego w Warszawie przy ul. Wiejskiej pochodzi de facto z Brukseli i Strasburga. Co ciekawe, tego prawa jest coraz więcej i ingeruje ono we wszystkie sfery naszego życia, naszej aktywności ze sferą gospodarczą włącznie, a nawet na czele. Policzenie tych kosztów oczywiście nie jest łatwe – jest to zadanie dla interdyscyplinarnego zespołu fachowców z różnych dziedzin i na wiele miesięcy. Unia Europejska jest źródłem tego rosnącego przeregulowania prawa polskiej – zresztą nie tylko polskiej, ale całej europejskiej gospodarki, bo nie służy ono także całej Europie. Przez to przeregulowanie nasza – europejska gospodarka traci stopniowo na konkurencyjności w odniesieniu i w porównaniu do amerykańskiej, chińskiej czy do gospodarki całego azjatyckiego regionu ASEAN.
Wiele mówi się o środkach, jakie otrzymaliśmy z tytułu przynależności do Unii…
– Celowo mówiąc o plusach i minusach, nie wspomniałem o tym, o czym przy okazji podsumowań 15 lat naszego członkostwa we wspólnocie europejskiej mówi się najczęściej, to jest o transferach z budżetu centralnego do Polski. One są, po pierwsze, powszechnie znane, po drugie, jeśli sto miliardów euro, które przypłynęło do Polski faktycznie per saldo, to należy zwrócić uwagę, że jeśli podzielimy tę kwotę na 15 lat, na liczbę mieszkańców, to w przeliczeniu na jednego obywatela naszego kraju wcale nie są to sumy oszałamiające. Choć trzeba też przyznać, że przyczyniły się one do zmiany naszej rzeczywistości. Podsumowując, do naszego członkostwa w Unii Europejskiej – od strony ekonomicznej – mam podejście wyważone, to znaczy nie uważam, żebyśmy wszystkie problemy naszej rzeczywistości – także problemy polityki gospodarczej – mogli zrzucić na Unię, bo tak nie jest. Wiele błędów popełniamy sami i wiele z nich jest pochodną działań naszych rodzimych polityków. Z drugiej strony nie wszystkie pozytywne zmiany, które zaszły podczas minionej dekady wynikają z naszego członkostwa w Unii Europejskiej, ale są pochodną naszej pracy, wynikają z tego, że świat się zmienia, że rozwija się technologia, że Polacy dzięki przede wszystkim własnemu wysiłkowi się bogacą. Mimo to uważam, że Polska zrobiła dobrze, wchodząc w 2004 roku do Unii Europejskiej. Chcemy być częścią zachodu, częścią Europy. Rzeczywistość jest taka, że mimo iż Unia Europejska w wielu aspektach ma prawo się nam nie podobać, to innej Europy faktycznie nie ma.
Co w tym momencie powinno być dla polskich polityków celem nadrzędnym?
– Trzeba mieć nadzieję, że polscy politycy będą jeszcze bardziej niż dotychczas brać aktywny udział w dyskusji na temat przyszłości Unii Europejskiej. Widać wyraźnie, że Unia ewoluuje, nie jest – zwłaszcza z uwagi na przyjęty po drodze Traktat Lizboński – tą samą Unią, którą była 15 lat temu, a za kolejnych kilkanaście lat będzie wyglądała jeszcze inaczej. Polsce powinno zależeć na tym, żeby wróciła do swoich pierwotnych korzeni w wymiarze tradycyjnych, europejskich wartości, ale także w wymiarze gospodarczym, do korzeni związanych ze zdrową rynkową konkurencją i współpracą państw członkowskich.
W ocenie rządu polskie firmy konkurują z zachodnimi, ale czy tak naprawdę nie jesteśmy tylko montownią i tanią siłą roboczą dla Unii Europejskiej?
– Nasze członkostwo w Unii Europejskiej to jest obopólny biznes. Zastrzyk finansowy jaki płynie do nas z Brukseli nie jest pomocą społeczną, charytatywną, braterską – nic w tym rodzaju. Zresztą sami Niemcy policzyli kilka lat temu, że kilkadziesiąt eurocentów z każdego euro, które otrzymuje Polska w ramach unijnych funduszy, wraca za Odrę w postaci zamówień na niemieckie maszyny, jako zapłata za niemieckie technologie, w postaci zleceń na realizację inwestycji w Polsce, ale przez firmy zachodnie. Jest to biznes obustronny i ważne, żeby Polska walczyła, aby był to też biznes uczciwy w wymiarze proporcji. Jesteśmy faktycznie montownią, podwykonawcą, jesteśmy ciągle rezerwuarem tańszej siły roboczej. Jesteśmy krajem, który ciągle jeszcze nie ma najwyższego miejsca w międzynarodowym łańcuchu powiązań gospodarczych, ale biorąc pod uwagę sytuację wyjściową, to jest z roku 1989, można powiedzieć, że powoli, stopniowo, ostatnio coraz szybciej – w tym łańcuchu powiązań – awansujemy. Mam nadzieję, że Polska z tej roli podwykonawcy się wydobędzie, że jest to tylko pewien etap na drodze rozwoju do poziomu zamożności, jakim się mogą cieszyć i cieszą się od wielu dekad nasi zachodni partnerzy, czyli tzw. stara unijna piętnastka. Ważne też jest, aby ten cel osiągnąć i żebyśmy stawiali możliwie w największym stopniu na rozwój oparty o własne siły, o własne zasoby, wszelkiego rodzaju zasoby kapitałowe, technologiczne czy ludzkie. Jeśli bowiem będziemy uzależnieni pod względem gospodarczym od zagranicy – wszystko jedno, z którego kierunku, to nigdy nie będziemy mogli sobie pozwolić na polityczną suwerenność z prawdziwego zdarzenia. A to jest – jak sądzę – najwyższy nasz cel nadrzędny dla nas wszystkich.
I to powinno być celem dla tych, którzy ubiegają się o mandaty w Parlamencie Europejskim?
– Nie tylko dla kandydatów, a później polskich europosłów, ale w ogóle dla wszystkich naszych polityków. Gospodarka – z perspektywy polityki – ma rolę służebną, jest jej narzędziem, ma zapewnić siłę naszemu krajowi i narodowi, ma też zapewnić nam wszystkim możliwie wysoki poziom zamożności i jakości życia. Natomiast jeśli chodzi o tych, co kandydują w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego, to miałbym jeden przekaz, aby nie byli zbyt europejscy i zbyt unijni niż są ci, którzy już w Brukseli pracują i którzy od lat tworzą Unię Europejską, a niestety dostrzegam taką tendencję. Proszę zwrócić uwagę, że nasi politycy, powołując się na Unię Europejską czy szerzej – trendy panujące na zachodzie, tacy politycy jak dajmy na to Robert Biedroń czy ostatnio Grzegorz Schetyna, mówiąc o zlikwidowaniu węgla jako paliwa do domów i mieszkań, chcą de facto zlikwidować kopalnie węgla kamiennego w Polsce, a Unia Europejska wcale tego od Polski nie wymaga. Oczywiście Unia stawia nam warunki niełatwe w kontekście celów polityki energetyczno-klimatycznej, ale np. jeden z rodzajów węgla, a konkretnie węgiel koksowy, którego Polska posiada jedne z największych zasobów – jedyne ostatnie znaczące zasoby na obszarze Europy – został wpisany przez Unię Europejską na listę surowców strategicznych dla dalszego rozwoju całej swojej gospodarki. I takich przykładów można by mnożyć, dlatego powiedziałem wcześniej, że nie wszystkie błędy i problemy naszej polityki zagranicznej można zrzucić na Unię, także w niełatwych warunkach jakie nam stwarza Bruksela nie zawsze możemy się odnaleźć, ale chcąc nie chcąc musimy to robić. Nie mamy innego wyjścia i to jest – według mnie – zadanie na najbliższe pięć lat dla tych spośród nas, którzy zostaną wybrani 26 maja i będą reprezentować Polskę w Parlamencie Europejskim.

