logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Celem jest wyeliminowanie Kościoła

Sobota, 18 maja 2019 (21:43)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Mówienie o kapłanach i wiernych jako o „świniach taplających się w błocie”, spektakl „Klątwa”, film „Kler”, profanacja obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, film „Nie mów nikomu”, promowanie LGBT... Skąd się to bierze?

– Niektóre kręgi katolickie starają się mówić, że nie jest to plan, ale pewna zbieżność przypadków, że filmy, spektakle, profanacje obrazów, że wszystkie te antykościelne zachowania także polityków są przypadkowe. Tłumaczy się to rozbieżnością poglądów, tym, że w każdym społeczeństwie znajdą się szaleńcy, wreszcie, że są też realne grzechy ludzi Kościoła, również duchowieństwa – wyciągnięte w filmie Tomasza Sekielskiego. I w związku z tym wszystkim w tych atakach jest też obszar prawdy. Jeśli się zatrzymamy na tej zewnętrznej warstwie, jeśli się damy wciągnąć w taką narrację, to znaczy, że jesteśmy naiwni. Wszystkie te ataki są spięte w ściśle określonym czasie: przemawia Jażdżewski – Tusk wzmacnia ten przekaz, Sekielski emituje film „Nie mów nikomu”. W tym samym czasie Matka Boża Częstochowska zostaje sprofanowana tęczą LGBT, co jest najbardziej perfidnym sposobem profanacji. Sześciokolorowa tęcza, w jaką przyobleczono wizerunek Matki Najświętszej, nie jest symbolem przymierza jak tęcza siedmiokolorowa, ale jest symbolem gejów, lesbijek, transseksualistów i różnych innych, czyli w istocie jest symbolem rozpusty seksualnej, podczas gdy Matka Boża jest symbolem czystości, Niepokalanego Poczęcia. Jest to zatem daleko posunięta perfidia. Mamy tu zatem zbieżność tych wszystkich działań, która absolutnie nie jest przypadkowa.

Działania te wpisują się także w kontekst wyborczy… 

– Mamy wykorzystywanie atmosfery ataku na Kościół po to, żeby zbić polityczny kapitał przed zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego, a w dłuższej perspektywie – przed wyborami do Sejmu i Senatu, które odbędą się w jesieni. W związku z tym najbardziej radykalne środowiska chcą jak najwięcej zyskać, więc tego typu produkcje – przypomnijmy, że przed wyborami samorządowymi był film „Kler”, teraz film Sekielskiego – mają ten najbardziej radykalny elektorat zmobilizować. I to – jeśli ktoś cokolwiek rozumie z życia społecznego – widać, że jest spięte w jedną całość.

Jaki jest ostateczny cel tego działania?

– W czasach współczesnych ogromną rolę w sensie ukształtowania naszej świadomości religijnej czy pobożności – zwłaszcza nas, Polaków – odegrał św. Jan Paweł II, dlatego na końcu tego filmu jest bardzo jednoznaczne uderzenie w świętość Papieża Polaka. Wskazuje się Ojca Świętego jako tego, który zaniedbał kwestie grzechów pedofilskich. Ale to nie jest przypadek, a wszystko – można powiedzieć – zmierza od obalenia pomnika ks. prałata Henryka Jankowskiego, do obalania pomników św. Jana Pawła II i ta droga wydaje się prosta. Tylko ktoś bardzo naiwny może sądzić, że tej drugiej stronie chodzi o wyeliminowanie takiej czy innej patologii z życia kościelnego, bo to jest zadanie, to jest troska duszpasterzy, która powinna być zwiększona. Warto zauważyć, że przy otwarciu się Kościoła na wszystko, co płynie ze świata, nastąpił – w jakimś sensie – zanik dyscypliny kościelnej, która przed Soborem Watykańskim II była bardzo mocna, i dzisiaj rozluźnienie tej dyscypliny przyniosło takie, a nie inne efekty związane z dużym kryzysem. Natomiast tym, którzy dzisiaj atakują, nie chodzi o wyeliminowanie patologii, ale chodzi o wyeliminowanie Kościoła z przestrzeni publicznej, a później w ogóle wyeliminowanie i de facto zniszczenie Kościoła.

Czy takie ataki na symbole religijne czy duchownych dajmy na to muzułmańskich też przeszłyby bez echa?

– Proszę zwrócić uwagę, że w krajach tak mocno zlaicyzowanych jak Francja notorycznie podpala się kościoły i nikt się tym nie przejmuje. Gdyby spalono jeden meczet czy jedną synagogę, to cały świat zostałby postawiony na nogi. Niestety, w takim świecie żyjemy, w świecie, w którym rewolucja stara się nade wszystko zniszczyć chrześcijaństwo jako swojego największego wroga. Ale jest jeszcze jeden element, który te wszystkie ataki na Kościół uzasadnia, a mianowicie: chęć wprowadzenia rewolucji seksualnej, którą da się zatrzymać tylko pod jednym warunkiem – totalnej mobilizacji świata katolickiego. Niektórzy podkreślają, że na Łotwie – mimo że jest to kraj protestancki – udało się wspólnocie katolickiej zmobilizować, ale pod przywództwem biskupów, księży, pod przywództwem parafii. I to jest prawda, tylko wtedy jest to możliwe. Bez zorganizowania i aktywności całej tej machiny kościelnej jesteśmy skazani na klęskę. W związku z tym żeby uniemożliwić taką mobilizację, uderza się w duchowieństwo, a przypadki patologiczne są rozciągane na całe to środowisko, żeby znieważyć, zdyskredytować i de facto osłabić głos, a wszystko po to, aby duchowni nie tamowali legalizacji „małżeństw homoseksualnych”.

To takie przejrzyste. Dlaczego nie postawiono temu tamy?

– Owszem, to stara sprawdzona metoda propagandowa – znana jeszcze z czasów hitlerowskich, kiedy w taki właśnie sposób atakowano duchowieństwo sprzeciwiające się narodowemu socjalizmowi. I w tym względzie jesteśmy w stanie totalnej wojny. Już lata temu ją przewidywaliśmy. Niestety, tych, którzy przestrzegali, że taka wojna jest przed nami, określano mianem fundamentalistów, radykałów. Mówiono, że jeśli usunęłoby się tych radykałów z kręgów kościelnych, to wtedy byłby możliwy dialog między światem liberalnym a duchowieństwem, że nastałby pokój i w ogóle byłoby cudownie. Niestety, takie głosy padały też ze strony niektórych kręgów katolickich. Dzisiaj widać dokładnie, jak błędna to była droga. Trzeba było się przygotowywać na to, co się stało we wszystkich krajach świata Zachodu.

O co chodzi atakującym Kościół?

– Przede wszystkim trzeba dobrze zdefiniować cele, jakie towarzyszą atakującym Kościół w Polsce. Jeśli ktoś naiwnie uważa, że chodzi tu o to, żeby przeprosić za przypadki grzechu, jakie miały miejsce, albo o to, żeby wyjaśnić całą sprawę, to jest w błędzie. Dość przeanalizować działania tych samych mediów, dziennikarzy czy polityków, którzy tak bardzo bronili Romana Polańskiego, niejako rozgrzeszając go z dawno popełnionego grzechu, uznając, że sam zainteresowany odpokutował za swój czyn całą swą późniejszą twórczością. Tymczasem mamy tu inne cele – mianowicie nie chodzi o to, żeby ukarać tych, którzy zawinili, ale celem jest wyeliminowanie Kościoła z życia Polski i Polaków. Polska nie przetrwa bez Kościoła i to jest oczywiste.  

Jaka powinna być odpowiedź Kościoła? Czy hierarchowie są w stanie obronić Kościół przed coraz śmielszymi atakami? A może my, wierni świeccy, powinniśmy się lepiej zorganizować, żeby odeprzeć ataki?

– Po pierwsze, grzech pedofilii w Kościele jest marginalny, zresztą nawet w filmie Sekielskiego tych przypadków nie jest aż tak dużo, bo gdyby było inaczej, to stacja ta z całą pewnością nie ominęłaby niczego, żeby zaatakować. Według mnie o wiele poważniejszy jest problem homoseksualizmu, który z punktu widzenia liberalnego, oczywiście, nie jest napiętnowany. W związku z tym pierwsza sprawa dotyczy poradzenia sobie z tym kryzysem wewnętrznym, co jest konieczne, bo Kościół musi się oczyścić, jeśli chce być skuteczny duszpastersko. I to jest wymiar, którego nie wolno zaniedbywać, bo inaczej każdy kolejny cios może być bardziej bolesny. Druga sprawa to jest Kościół w relacji do tego, co planuje świat rewolucyjny, i w tym względzie są dwa scenariusze. Albo cały Kościół w Polsce – łącznie z duchowieństwem – zrozumie, o co toczy się wojna i ją podejmie, bo wojna toczy się o człowieka, o jego godność, o wiarę, o kulturę, o Naród, albo skończymy jak Irlandia. Ten atak, z którym mamy obecnie do czynienia, jest nakierowany na całkowite spacyfikowanie duchowieństwa, czyli uczynienie je biernym – żeby ze strachu przed kolejnymi atakami nie było w stanie stanąć w obronie katolicyzmu w życiu Polski. Ta metoda sprawdziła się w różnych krajach, więc tu nie mamy do czynienia z niczym nowym. Żeby być skutecznym w tej walce, to po pierwsze potrzeba oczyszczenia. Seminaria muszą być zamknięte dla homoseksualizmu, bo jeśli nie, to przypadki patologiczne będą się zdarzały, a to będzie raniło i osłabiało całą wspólnotę. Dlatego ostra dyscyplina i powrót do samych źródeł jest jedynym wyjściem. A to, że nas atakują, to na te ataki trzeba się przygotować, bo one będą, to jest walka z szatanem. Dlatego musimy poznać, jaki jest cel przeciwnika, który chce nas spacyfikować, niejako ubiernić, więc tym bardziej powinniśmy być aktywni.

Może potrzebne jest na nowo podjęcie dziedzictwa Prymasa Tysiąclecia, sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego?

– Prymas Wyszyński był duszpasterzem w najtrudniejszym okresie, w okresie tryumfu komunizmu. Kard. Wyszyński komunizmowi nie wydał wojny na poziomie politycznym, bo to doprowadziłoby do katastrofy, interwencji sowieckiej itd., ale wypowiedział wojnę na poziomie kulturowym. Przecież wielkie obchody Milenium Chrztu Polski były – zasadniczo – wojną kulturową z wojującym ateizmem o dusze ludzi i Narodu. Ten bój toczył się pod sztandarem Matki Bożej i to była wielka narodowa katecheza prowadzona w bardzo zwartej dyscyplinie – szczególnie dotyczącej duchowieństwa. Wiadomo było, że do seminariów duchownych podsyłano esbeków, zresztą ci agenci – w wielu wypadkach – nie odeszli później z Kościoła i dzisiaj, kto wie, może wielu z nich szkodzi Kościołowi poprzez grzechy, które popełniali. Prymas Wyszyński starał się czuwać nad tym, by w seminariach duchownych była zdrowa atmosfera, znał cele przeciwnika: żeby od środka Kościół rozwalić. Starał się mimo zawirowań; pamiętajmy, że za czasów posługi Prymasa Wyszyńskiego – po Soborze Watykańskim II – mieliśmy na Zachodzie do czynienia wręcz z niewyobrażalnym kryzysem Kościoła, z odchodzeniem od kapłaństwa, rozwiązywały się zakony, były niewyobrażalne wstrząsy po rewolucji seksualnej, tymczasem w Polsce udało się Kościół uchronić przed tymi niebezpieczeństwami. I ogromna w tym zasługa Prymasa Stefana Wyszyńskiego, który doskonale rozumiał te wszystkie procesy zachodzące w świecie i Kościele i działał adekwatnie – w duchu tradycji Kościoła. Ogromna była jego ofiarność i temu poświęcił swoje życie i posługę Kościołowi i Polsce.

I to jest także dzisiaj wyznacznik, to jest kierunek?

– Tak, Kościół słaby, Kościół cofający się, Kościół taki, jaki był w XVIII wieku, gdzie Stolica Apostolska zdecydowała się nawet na rozwiązanie zakonu jezuitów przy naborze ówczesnych środowisk masońskich i władzy świeckiej kilku królów europejskich, to wszystko doprowadziło do kompletnego osłabienia siły Kościoła. Później przyszła rewolucja francuska i wszystko to, co z sobą przyniosła. Ta historia także nas, współcześnie żyjących, powinna czegoś uczyć.    

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl