logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Wyrok na piśmie rozwiązałby problem

Czwartek, 23 maja 2019 (21:26)

Aktualizacja: Piątek, 24 maja 2019 (21:21)

Z posłem Tomaszem Rzymkowskim (Kukiz’15), wiceprzewodniczącym sejmowej komisji śledczej ds. Amber Gold, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Twórcy Amber Gold Marcin P. oraz Katarzyna P. zostali przez sąd uznani za winnych w sprawie prowadzenia działalności bankowej bez stosownej zgody. Jednak sąd nie nałożył jeszcze na nich sankcji…

– Wynika to z tego, że polska procedura karna nakazuje odczytanie całości wyroku. Wyrok – z tego, co wiemy od rzecznika prasowego Sądu Okręgowego w Gdańsku – liczy sobie dziewięć tysięcy stron. Jak wynika z doświadczenia sędziów, odczytywanie tak obszernego materiału – wyroku – może potrwać trzy miesiące.

Czy nie za długo?

– Zdecydowanie za długo, ale zdecydowanie zbyt długo czekamy też na zmianę w procedurze karnej. Chodzi o to żeby w tego typu przypadkach, jeśli to przewyższa jakąś przyjętą przez ustawodawcę liczbę znaków czy też stron maszynopisu, wyrok był odczytywany jedynie co do rozstrzygnięcia i co do wysokości wymierzonej kary lub zastosowania środków karnych, czy zabezpieczających – jedynie do odczytania tego fragmentu. Natomiast w takich przypadkach lepiej byłoby w formie pisemnej przekazać wyrok stronom, tym bardziej że mają one prawo do złożenia apelacji od wyroku pierwszej instancji. Aby uczynić skuteczną apelację, potrzebny jest wyrok na piśmie z uzasadnieniem.  

Tak czy inaczej są trzy zarzuty…

– Te zarzuty były w pełni zasadne – w przypadku Marcina oraz Katarzyny P. Jak wiadomo, dotyczą one prowadzenia działalności bankowej bez stosownej zgody, oszustwa oraz przestępstwa dysponowania środkami finansowymi znacznej wartości bez właściwego umocowania ze strony klientów. Wszystkie te zarzuty – w mojej ocenie – były zasadne i dlatego sąd przystał na materiał dowodowy przedstawiany w akcie oskarżenia przez prokuraturę, która stawiała te zarzuty łącznie z recydywą za poprzednie dziewięć wyroków prawomocnych dla Marcina P. Stąd też tak wysoki wymiar kary, czyli 25 lat pozbawienia wolności.

Zważając na Pana doświadczenie także jako wiceprzewodniczącego komisji śledczej do spraw Amber Gold, czy wszyscy, którzy powinni, zasiedli na ławie oskarżonych?

– Z pewnością nie wszyscy. Według mojej oceny, ale również innych członków komisji śledczej – w tym przewodniczącej Małgorzaty Wassermann – Marcin P. był słupem, był jedynie zewnętrznym znamieniem grupy przestępczej, która stworzyła piramidę finansową Amber Gold. Marcin P. jest oczywiście winny, bo świadomie i dobrowolnie zgłosił się do pełnienia tej funkcji. Trzyma się tego bardzo mocno, nie chce ujawniać swoich mocodawców, a przed komisją zeznał, że czuł, że był nad nim rozwinięty parasol ochronny. Zważywszy, w jakich okolicznościach dochodziło do konkretnych czynności prawnych z udziałem członków zarządu spółki Amber Gold, widać, że nie był to przypadek.

Co sprawia, że Marcin P. tak twardo trzyma się swojej wersji, że był sam, innymi słowy, dlaczego nie chce sypać?          

– Najprostszym powodem, kiedy osoba uwikłana w działalność zorganizowanej grupy przestępczej nie chce przedstawiać innych uczestników przedsięwzięcia przestępczego, jest obawa o wyższe dobro. W tym przypadku – moim zdaniem – chodzi o życie i zdrowie Marcina P. Ale są to tylko i wyłącznie moje spekulacje. Tak naprawdę nie wiem, co kieruje Marcinem P., że nie chce ujawnić całej prawdy, a tym bardziej, co kieruje Katarzyną P., która – jak pamiętamy – w ogóle odmówiła zeznań przed sejmową komisją śledczą do spraw Amber Gold.

Współtworzył Pan raport przedstawiony przez przewodniczącą komisji śledczej ds. Amber Gold. Co z niego wynika dla niewtajemniczonego odbiorcy?

– Z tego raportu wynika jasno, że państwo rządzące przez ówczesnego premiera Donalda Tuska nie było państwem wolnych obywateli, tylko było państwem – można powiedzieć – dzikich pól. To było państwo, gdzie urzędnicy nie tyle, że byli bierni wobec grupy przestępczej, która hasała sobie po dzikich polach w środku Europy, co wręcz – momentami – wspomagali grupy przestępcze. Taki obraz państwa i jego organów jawi się, jeśli chodzi o Amber Gold oraz spółek zależnych wobec małżeństwa Marcina i Katarzyny P.     

Orzeczona wina oznacza, że pokrzywdzeni otrzymają odszkodowania od Skarbu Państwa. Tylko czy jedynie Skarb Państwa powinien ponieść konsekwencje?

– Oczywiście, że nie. Konsekwencje powinni ponieść konkretni urzędnicy, którzy wbrew obowiązującemu w Polsce prawu nie zachowali się zgodnie z dyspozycją ustawową. To znaczy, po pierwsze, nie zadziałali w sposób właściwy, adekwatny, po drugie, współpracowali czy wręcz wspomagali tę grupę przestępczą. Wskutek swoich decyzji, wskutek zaniechań doprowadzili do sytuacji, że 19 tysięcy Polaków zostało poszkodowanych przez grupę Amber Gold, ale nie tylko Amber Gold, bo również w grę wchodzi tutaj kwestia drugiej afery, która jest przedmiotem prac sejmowej komisji śledczej, czyli afery OLT Express.

Jakie wnioski powinno wyciągnąć państwo z afery Amber Gold, żeby w przyszłości do podobnych sytuacji nie dochodziło?    

– Wniosek, jaki powinno wyciągnąć państwo, jest bardzo prosty – należy przestrzegać  powszechnie obowiązującego prawa. Organy państwa – zgodnie z zasadą konstytucyjną – powinny działać w granicach i na podstawie prawa. To, co mogliśmy zaobserwować podczas posiedzeń sejmowej komisji, poprzez zeznania poszczególnych świadków, którzy opowiadali, jak w obliczu tej afery funkcjonowała policja, prokuratura, służby skarbowe, służby specjalne, urzędy administracji centralnej, wreszcie poszczególni ministrowie – czyli najwyższy poziom administracji państwowej, to obraz, jaki się wyłania, woła o pomstę do nieba. Wyłania się kompletna bierność, brak jakichkolwiek wniosków wyciągniętych z tej sytuacji. Przypomnę, że Donald Tusk publicznie twierdził, że sprawa ta zostanie wyjaśniona od początku do końca, że wszystkie okoliczności afery Amber Gold zostaną zbadane, wyjaśnione, wszyscy sprawcy będą ukarani. Tymczasem zostały złapane dwie osoby: Marcin oraz Katarzyna P., które są wyłącznie kozłami ofiarnymi, natomiast osoby, które z nimi współpracowały, nie poniosły żadnej odpowiedzialności. Dopiero na skutek prac sejmowej komisji śledczej zarzuty w tej sprawie usłyszało znacznie więcej osób.

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl