logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Kto za nimi stał

Wtorek, 4 czerwca 2019 (21:53)

Z prof. dr. hab. Wiesławem Wysockim, kierownikiem Katedry XIX i XX wieku w Instytucie Nauk Historycznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Rozmowę z Panem Profesorem o wyborach 4 czerwca chciałbym rozpocząć od pytania, czym był Okrągły Stół, bo bez odpowiedzi na to pytanie trudno zrozumieć kontekst tamtych wyborów?

– Można bardzo różnie patrzeć na obrady Okrągłego Stołu. Wtedy ocenialiśmy to wydarzenie jako coś dającego nadzieję. Oto po latach walki komuniści zostali zmuszeni do tego, żeby usiąść, rozmawiać i zawrzeć jakiś kompromis. W związku z tym z jednej strony ta inicjatywa wydawała się być sukcesem, ale ci, którzy dokładnie analizowali sytuację, byli dosyć sceptyczni. Pamiętam jak na Krakowskim Przedmieściu siedzieliśmy z Antonim Macierewiczem i on był bardzo sceptyczny wobec ludzi wchodzących na rozmowy, a ja może mniej, za to z większymi nadziejami, ale też z pewnym niepokojem. Tak czy inaczej obaj oczekiwaliśmy, że podczas obrad Okrągłego Stołu coś zostanie tam podjęte. Tylko entuzjazm, który potem nastąpił i propagandowo był eksponowany; zresztą do dzisiaj w niektórych środowiskach jest ekscytacja tym wydarzeniem, tyle że nie znajduje to uzasadnienia. To miał być pierwszy element naszego – solidarnościowego czy opozycyjnego zwycięstwa z tymi, których chcieliśmy pokonać, natomiast tam doszło do umowy, która obowiązuje do dzisiaj. Wprawdzie po Okrągłym Stole przestaliśmy śpiewać „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, co zwłaszcza w ustach młodych ludzi, którzy zbierali się 1 marca, wspominając bohaterów powstania antykomunistycznego – Żołnierzy Niezłomnych, bo to głównie oni tak śpiewali, brzmiało bardzo mocno, ale tak naprawdę ciągle jesteśmy powiązani pępowiną z PRL. I w sensie prawnym nie kontynuujemy I i II Rzeczypospolitej, tylko ciągle jesteśmy PRL bis. Oczywiście jest to konstatacja, która przeraża, bo ta umowa, a z dzisiejszego punktu widzenia bardziej zmowa, wciąż obowiązuje.

W tym momencie przypominają się słowa Władysława Frasyniuka, który na jednym z portali społecznościowych napisał, że myśmy ich (komunistów) po-ko-na-li!, na co Włodzimierz Czarzasty z SLD odpisał, że to nie prawda „Wyście się z nami, przy Okrągłym Stole i 4 czerwca 1989 roku do-ga-da-li…”

– I to jest prawda. Ten wpis w pełni oddaje jakie były fakty, zwłaszcza że dzisiaj wiemy, iż Moskwa zdjęła parasol ochronny znad polskich komunistycznych władz, mówiąc ratujcie swoje „cztery litery”. Taki trend był w całym obozie komunistycznym, wszędzie bowiem dokonywały się mniejsze lub większe procesy zmian i elity komunistyczne gorączkowo szukały dla siebie miejsca w przyszłej, nowej rzeczywistości. W Polsce – można powiedzieć, że obie strony znakomicie się dogadały. Jeżeli Kuroń, wiedząc, że ma założony podsłuch w żyrandolu, mówił do tego żyrandola, że ten opozycjonista jest porządny, a tamten nie, bo powiedzmy ma jakieś konotacje niepodległościowe i ciągle będzie myślał, aby tę niepodległość forsować, to nie wiem jak to traktować. Czy to był donos, czy tylko przygotowanie tej zmowy, bo na dobrą sprawę większość uczestników obrad Okrągłego Stołu to byli ludzie tej samej formacji, tylko wcześniej wykiwani, tak jak to miało miejsce w przypadku dzieci stalinistów, którzy po 1956 roku musieli szukać dla siebie miejsca i to oni wymyślili „socjalizm z ludzką twarzą”, ale dla tych, którzy pozostali przy władzy stali się grupą raczej podejrzaną, ale jednocześnie grupą, z którą można rozmawiać o wspólnej przyszłości. Stąd też przy Okrągłym Stole spotkali się ludzie PPR o przynależności do PZPR z tymi, którzy kiedyś też byli w PPR czy PZPR nazywani dysydentami, ale de facto byli to wszystko ludzie, którzy mieli wspólny rodowód. I ten fakt w dużym stopniu zadecydował, że nie tylko potrafili się dogadać, ale zawarty przez nich interes jest do dziś przestrzegany solidnie przez obie strony.

Dlaczego przy Okrągłym Stole nie było opozycji niepodległościowej, ale tylko tzw. opozycja demokratyczna?

– Dobrze sformułował to Jerzy Wiatr junior jako minister edukacji, mówiąc, że były dwie drogi do niepodległości w rozumieniu komunistycznym, czyli droga przez PPR i PZPR, a więc tzw. liberałów partyjnych, którzy poszli na współpracę, i druga droga – opozycja demokratyczna, czyli dawni koledzy z partii. I tam nie było miejsca na opozycję niepodległościową, która przecież istniała i która dzisiaj jest odkrywana, na którą można i trzeba patrzeć z szacunkiem.    

Efektem tego były wybory 4 czerwca 1989 roku tylko częściowo wolne. Dlaczego częściowo wolne…?

– Łaskawie dano opozycji jedynie 30 proc. miejsc w Sejmie. Tym samym partia chciała stworzyć w tej izbie kącik opozycyjny, tyle tylko że przeliczyli się jeśli chodzi o Senat, który w 99 procentach został przechwycony przez opozycję. Mimo wszystko ten jeden procent zawsze bardzo mnie niepokoi, bo pokazywał, że można pieniędzmi kupić sobie miejsce w życiu politycznym. Zresztą ten dawny prognostyk obowiązuje także dzisiaj, pokazując, że tak naprawdę to pieniądze decydują o tym, kto wchodzi do politycznej gry, a kto wypada.

Jaką rolę w wyborach 4 czerwca 1989 roku odegrała Służba Bezpieczeństwa?

– Stwierdzenie, że współorganizowała wybory niektórym czerwonym kandydatom jest jak najbardziej uzasadnione. Zresztą wtedy funkcjonariusze SB byli zajęci usadowieniem się w przyszłości, ale struktury reżimowego państwa wciąż jeszcze działały, co więcej myślę, że działają do dziś i są dobrze zorganizowani. Oczywiście czas upływa i biologia robi swoje, ale ich działania można prześledzić już po rozwiązaniu tych struktur, jak też obecnie w polskim życiu politycznym. Więc tym bardziej wtedy – w 1989 roku mieli oni swój plan i swoje macki, szukali też ludzi, którzy będą „wiarygodni”. I dzisiaj dowiadujemy się, jak wielu tzw. wiarygodnych, uważanych za szlachetnych, prominentnych ludzi było na ich smyczy, jak wiele osób było z nimi związanych. Wystarczy tylko prześledzić, kto w tamtym czasie był zwolennikiem, a kto przeciwnikiem lustracji. Lustracja dla tych ludzi uwikłanych w służby specjalne jest elementem szalenie niebezpiecznym, stąd każdy, kto się boi lustracji, może być – z dużą pewnością – postrzegany jako człowiek uwikłany. Trzeba też powiedzieć, że te uwikłania sięgały bardzo wysoko, to nie tylko „Bolek”, ale także otoczenie. A przecież od prześledzenia życiorysów i ich zbadania należało zacząć budowę własnej państwowości, tyle że tego nie uczyniono. Widać, dlaczego.

Można zatem powiedzieć, że SB niejako zabezpieczała kontrakt polityczny zawarty między stroną solidarnościową a komunistami przy Okrągłym Stole? 

– Oczywiście. Wiele mówi się o tzw. solidarnościowym rządzie Mazowieckiego, tyle że szef resortu spraw wewnętrznych, a więc wszystkich służb – Czesław Kiszczak, został awansowany i był nie tylko ministrem, ale także wicepremierem. Dyrektor Departamentu IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych gen. Zenon Płatek, aresztowany w procesie o zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki, bardzo się bał w więzieniu do tego stopnia, że sprawdzano podawane mu jedzenie, czy nie jest zatrute. Obawiał się, że Kiszczak go otruje, żeby zamilkł i żeby tym samym przerwać linię odpowiedzialności. Ponadto proszę sobie przypomnieć, ile mieliśmy niewyjaśnionych wypadków osób, które próbowały recenzować lata przeszłości, którzy próbowali zmienić doktrynę gospodarczą forsowaną przez Balcerowicza. Weźmy chociażby szefa NIK Waleriana Pańko, za którego kadencji powstał raport na temat gigantycznej kradzieży pieniędzy z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, który zginął w niewyjaśnionym do dziś wypadku samochodowym w październiku 1991 roku, w przeddzień ujawnienia afery FOZZ. Wcześniej zaś, bo przy Okrągłym Stole, mamy niewyjaśnione zbrodnie zabójstw kapłanów, które mają pokazać, że są pewne ośrodki wciąż aktywne, i ostrzegają przed nadmiernym zaangażowaniem się w robienie porządku z komunistyczną przeszłością. To pokazuje jaki to był czas, jacy ludzie szli po władzę i kto za nimi stał.

Dziękuję za rozmowę.      

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl