logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Jakub Szestowicki/ Licencja: CC BY-SA 2.0/ Flickr

Rekrutacja – sztuczny problem edukacji

Niedziela, 21 lipca 2019 (23:14)

Z poseł Krystyną Wróblewską (PiS), byłą dyrektor Podkarpackiego Centrum Edukacji Nauczycieli w Rzeszowie, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Za absolwentami szkół gimnazjalnych i podstawowych I etap rekrutacji do szkół średnich. MEN zapewnia, że od 1 września każdy uczeń znajdzie dla siebie miejsce w szkole ponadpodstawowej i ponadgimnazjalnej. Jednak nie wszyscy są zadowoleni…

– Zawsze tak było – przy okazji każdej rekrutacji – nie każdy uczeń znalazł miejsce w tym liceum, w którym chciał się uczyć. Jak wiadomo, są licea, do których, aby się dostać, trzeba mieć bardzo dużo punktów. Natomiast zazwyczaj miejsc jest więcej niż absolwentów i w tym roku jest podobnie, bo przygotowaliśmy ponad sto tysięcy miejsc więcej, niż jest absolwentów szkół gimnazjalnych i podstawowych. Za nami dopiero I etap rekrutacji, która będzie trwała do końca sierpnia.

Gdzie można uzyskać informację o wolnych miejscach w szkołach ponadpodstawowych? 

– W każdym województwie, w kuratoriach oświaty można zasięgnąć informacji i tam można zdobyć wiedzę. Ponadto w konkretnych miastach – tam gdzie trwa rekrutacja – można się dowiedzieć, gdzie jeszcze są wolne miejsca. Warto też podkreślić, że w każdym mieście czy gminie rekrutacje przebiegały w nieco inny sposób. W Warszawie uczeń mógł aplikować do dowolnej liczby szkół, a dajmy na to w Rzeszowie każdy absolwent gimnazjum czy szkoły podstawowej miał możliwość złożenia podań do maksymalnie pięciu wybranych szkół. I teraz ponad dwa tysiące uczniów będzie musiało szukać nowej szkoły, ale miejsc jest na tyle przygotowanych, że każdy do szkoły się dostanie.

Czy nie było błędem – tak jak np. w Warszawie – pozwolenie na wybór dowolnej liczby szkół przy składaniu aplikacji?

– W tej chwili, owszem, mamy podwójny rocznik absolwentów, sytuacja jest trudna, ale samorządy miały trzy lata na to, żeby dobrze się do tego przygotować. I są samorządy, które – jak słyszymy – dobrze się z tego zadania wywiązały, jak np. samorząd w Jarosławiu na Podkarpaciu, gdzie rekrutacja przebiegła sprawnie i nie było większych problemów. Natomiast problemy mają samorządy w dużych miastach, takich jak Warszawa, Gdańsk, Szczecin czy Kraków, a to dlatego, że może brakować odpowiedniej infrastruktury. Samorządy, mając gimnazja, mogły pomyśleć, aby przemianować je na szkoły ponadgimnazjalne. Jeśli ktoś przespał tę całą sytuację, to dzisiaj może mieć więcej problemów. Jednak uważam, że samorządy sobie z tym problemem poradzą.

Dlaczego to samorząd ma o tym decydować? Czy nie można tego zrobić odgórnie, żeby do takich sytuacji jak w tym roku nie dochodziło?

– Każdy samorząd – znając swój potencjał, wiedząc, ile ma przygotowanych miejsc – sam sobie reguluje te kwestie. Może więc warto byłoby się zastanowić, czy nie zmienić tego sposobu rekrutacji, ale tu musiałby się zebrać zespół ekspertów, aby się zastanowić, jak ten proces usprawnić. Muszę powiedzieć, że kwestia rekrutacji do szkół nigdy nie była prostą sprawą, ale są samorządy, które sobie z tym świetnie poradziły. Proszę zwrócić uwagę, że w mniejszych miejscowościach nie ma większego problemu z rekrutacją, natomiast spory problem jest w dużych miastach, gdzie ściągają uczniowie z okolicznych miejscowości. Dla takiej młodzieży trzeba przygotować internaty, co jest bardziej skomplikowane niż w mniejszych miejscowościach. Tak czy inaczej uważam, że dobrze zorganizowany samorząd powinien sobie z tym poradzić. Myślę, że póki co jest więcej krzyku niż realnego zagrożenia, że młodzież nie dostanie się do szkół. To wszystko wywołuje nerwową atmosferę wśród rodziców i uczniów.  

Wspomniała Pani wcześniej Warszawę czy chociażby Gdańsk, gdzie władze nie są przychylne rządowi, może więc te problemy zostały celowo sprokurowane?

– Wydaje mi się, że są to sztuczne problemy, bo jeśli w Warszawie bodajże sześć tysięcy młodych ludzi póki co nie znalazło miejsca w szkole, to zważając, że za chwilę będą wyniki drugiego etapu rekrutacji, myślę, że samorządy sobie poradzą. Owszem, jest dużo krzyku i straszenia, że zajęcia w szkołach będą trwały dłużej niż zazwyczaj, do godz. 18.00 czy nawet do godz. 20.00, ale np. w Rzeszowie już dzisiaj są szkoły – najlepsze licea – gdzie nauka odbywała się – bo teraz są wakacje – na dwie zmiany, do godz. 18.00 i nikt nie robił z tego wielkiego problemu. Nauka na dwie zmiany nie jest nowością i czymś nadzwyczajnym i o tym też warto pamiętać. Oczywiście, kiedy mieliśmy w Polsce niż demograficzny, sytuacja się poprawiła, ale zakończenie zajęć o godz. 17.00 było pewną normą. Dlatego uważam, że teraz samorządy też sobie z nowymi wyzwaniami poradzą.

Komu zatem zależy na tworzeniu napiętej atmosfery?   

– W mojej ocenie, opozycja bardzo źle robi, podburzając rodziców i młodzież. Sytuacja, z którą mamy obecnie do czynienia, występuje w każdym roku. Teraz, owszem, jest może bardziej napięta ze względu na przekaz medialny. Nie twierdzę, że sytuacja może być trudniejsza niż zazwyczaj ze względu na podwójny rocznik, ale pozwólmy działać samorządom, które sobie z tym poradzą, natomiast cała ta nagonka jest sztuczna, a niektórym środowiskom chodzi o to, żeby ciągle temat istniał w mediach, że Prawo i Sprawiedliwość sobie nie radzi, że reforma edukacji została źle przygotowana, że będą problemy, że uczniowie będą się uczyć w złych warunkach.

Czy jednak nie ma w tym sporo racji?

– Uważam, że to nie jest prawdą, ponieważ zadaniem samorządów było przez trzy lata przygotowanie się do reformy edukacji. Samorządy przecież miały świadomość, że w tym roku będziemy mieli podwójny rocznik i że należy się do tego odpowiednio przygotować. Samorządy mają swoje zadania, a Ministerstwo Edukacji Narodowej swoje i sporo pracy włożyło – wspólnie zresztą z kuratoriami oświaty, które nadzorowały zarówno egzaminy zewnętrzne, bo gdyby nie kuratoria, to byłby z tym duży problem. Było to możliwe dzięki zwiększeniu kompetencji kuratoriów oświaty, a z drugiej strony kuratoria w tej chwili odgrywają ważną rolę i pomagają przy rekrutacjach młodzieży do szkół. Rodzice mogą się skontaktować z kuratoriami i otrzymać informacje. Kuratoria są zatem dobrze przygotowane, co pokazuje, że nadzór jest właściwy, a wszystko po to, żeby młodzież mogła w miarę spokojnie przejść przez proces rekrutacji.

Padają argumenty, że brakuje miejsc w „dobrych liceach”...      

– Są szkoły, które nie są może tak renomowane, do których idą uczniowie z nieco słabszymi wynikami, ale tam nauczyciele wkładają ogrom pracy. I kiedy mierzymy tzw. edukacyjną wartość dodaną w szkole, która ma samych świetnych uczniów, a w szkole z nieco słabszymi uczniami osiągającymi gorsze wyniki, ale jeśli jest tam dobra praca nauczyciela, to edukacyjna wartość dodana jest dużo lepsza niż nawet w renomowanych szkołach. A zatem nie zawsze warto ubiegać się o szkołę z tzw. najwyższej półki, bo na świetnym poziomie zajęcia pozalekcyjne są w mniej renomowanych placówkach. Znam takie szkoły, np. w Rzeszowie, gdzie uczniowie na koniec osiągają bardzo dobre rezultaty. Co ważne, w takich szkołach są mniej przeładowane klasy, bo w placówkach renomowanych w Rzeszowie klasy liczą nawet po 40 czy nawet 45 uczniów, a są licea, gdzie klasy są 20-osobowe. Dlatego młodzież powinna się zastanowić, czy nie warto złożyć dokumentu do liceum może o mniejszej renomie, ale gdzie naprawdę można dużo skorzystać.

Są jeszcze niedoceniane szkoły branżowe…

– To ważna kwestia, bo są to często placówki mało powiedzieć kiepsko oblegane, ale dobra szkoła zawodowa, po której można iść do technikum, zrobić maturę, taka szkoła może być dobrym wyborem, daje bowiem możliwość zdobycia bardzo dobrego zawodu. To jednak szerszy problem, bo uważam, że niestety mankamentem jest – i o to też będę, jeśli będzie następna kadencja, jeśli PiS uda się wygrać wybory parlamentarne, to będę wnioskowała, żeby szkoła zawodowa była typowo związana z pracodawcą. Chodzi o to, żeby praktyki młodzieży odbywały się u pracodawców, którzy po ukończeniu szkoły przez danego ucznia mogli takiego absolwenta zatrudnić. Wiąże się to ze zmianą myślenia młodych ludzi, że są nie tylko licea, ale może szkoły zawodowe...

Jak do takiego myślenia przekonać uczniów i rodziców?

– Musimy rozwinąć doradztwo zawodowe, którym należy objąć nie tylko ucznia, ale przede wszystkim rodzica. Rodzice dzisiaj chcą, żeby ich dzieci otrzymały ogólne wykształcenie, natomiast często dziecko nie radzi sobie w liceum, a kończąc szkołę, nie idzie na studia. Natomiast w szkole zawodowej, w szkole branżowej mogłoby osiągnąć sukces. Można zdobyć zawód, być fachowcem w swojej dziedzinie i iść troszeczkę inną ścieżką kariery – po technikum zrobić maturę i też iść na studia. Taką możliwość daje reforma edukacji. Dzisiaj branżówki stoją otworem, miejsca są, dlatego apelowałabym do rodziców, żeby się zastanowili, czy nie warto dziecko skierować do szkoły zawodowej, co też nie zamyka drogi do technikum, a potem na studia. Plusem natomiast jest to, że po szkole branżowej dziecko ma zawód z jednej strony, a z drugiej otwartą drogę na studia. I tutaj kłania się brak doradztwa zawodowego zarówno dla uczniów, jak i dla rodziców, ale nad tym też pracujemy. Taki doradca zawodowy po przeprowadzeniu badań mógłby uświadomić rodzicowi, jakie kompetencje ma jego dziecko. Wtedy rekrutacja do szkół i problemy – często rozdmuchane ponad miarę – też inaczej wyglądałaby, a szkoły branżowe byłyby także pełne uczniów.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl