logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Termin wyborów nie zaskakuje

Poniedziałek, 5 sierpnia 2019 (21:38)

Z posłem Andrzejem Maciejewskim, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

13 października to najbardziej prawdopodobna data wyborów parlamentarnych. 

– Prezydent Andrzej Duda zaproponował taki, a nie inny termin wyborów parlamentarnych, ale mnie to nie zaskakuje. Terminy 13 bądź 20 października na giełdzie politycznej pojawiały się najczęściej, tylko pytanie było, która z tych dat ostatecznie będzie miała rację bytu. Wybory, jak wszystko na to wskazuje, odbędą się 13 października, i wszystko jasne. Tutaj nie ma zaskoczenia.  

Prezydent chce, żeby kampania była możliwie jak najkrótsza…

– Trudno się temu dziwić, bo tak naprawdę przedłużona kampania trwa już od roku. Przypomnę tylko, że w październiku tego roku dopełni się trójbieg, na który składają się wybory samorządowe, wybory do Parlamentu Europejskiego oraz wyboru do Sejmu i Senatu. Pytanie brzmi, ile może potrwać taka notoryczna, właściwie nieprzerwana kampania, czy dla Polaków nie jest nużąca. Osobiście jestem pełen podziwu dla naszych rodaków, którzy muszą wytrzymać ten polityczny maraton wyborczy.

Jednak krótszy okres kampanii nie sprzyja wszystkim ugrupowaniom?

– Kampania rozpoczyna się dzień po zakończonych wyborach i ogłoszeniu wyników. Prawdziwa kampania wyborcza trwa już cztery lata i jeśli ktoś z polityków się obudził dopiero teraz, to znaczy, że pomylił się z miejscem i czasem. Wyborcy na podjęcie decyzji potrzebują czterech lat, wyrabiają sobie zdanie przez przekrój dokonań danego ugrupowania czy polityka, a nie tylko pod wpływem impulsu i tego, co politycy powiedzą pod kątem potrzeb kampanii tydzień czy dwa tygodnie przed wyborami.

Czy mimo wszystko, wybierając najbliższy termin, prezydent Duda nie idzie na rękę PiS?

– Nie o to tu chodzi. Czas najwyższy podciągnąć standardy, które mówią jasno, że na przestrzeni czterech lat, a nie kilku tygodni, posłowie mają obowiązki, a wyborcy prawa. I warto, żeby w tym momencie było to jasne. Wyborcy mają prawo ocenić posłów czy senatorów przez pryzmat czterech lat kadencji Parlamentu i powiedzieć, czy powierzą danej osobie mandat zaufania, czy też nie. Polacy będą wybierać osoby najbardziej skuteczne, znane w środowisku, tym bardziej że mówimy o wyborach do Sejmu, a to jest wyższa liga niż wybory – dajmy na to – do rady gminy. Mówimy też o osobach znanych publicznie, rozpoznawalnych, które działają w polityce dłuższy czas.

Mniejsze ugrupowania mogą mieć jednak problem z domknięciem list, zebraniem podpisów itd., ponadto nie wszystkie ugrupowania wiedzą, w jakiej konfiguracji wystartują do wyborów.

– Żadne z ugrupowań nie może powiedzieć, że nie wiedziało, iż wybory parlamentarne odbędą się jesienią, wszyscy mieli tego świadomość. A zatem nie ma żadnego zaskoczenia. Natomiast liderzy ugrupowań opozycyjnych powinni się uderzyć w piersi i zrobić sobie rachunek sumienia, czy nie zmarnowali czterech mijających lat, a dzisiaj tylko markują, że coś robią, że rozmawiają, negocjują itd. Kadencja trwa cztery lata i jest to wystarczający czas, żeby wszyscy, którzy uczciwie pracowali, którzy funkcjonowali na polskiej scenie politycznej przygotowali się do wyborów i dlatego nie mają z tym problemu. Problem mają ci, którzy nic nie robili, problem mają ci, którzy udawali, że coś robili i de facto mieli cztery lata wakacji.

A zatem podziały po stronie opozycji Pana nie zaskakują?

– Można zapytać, a kiedy czas, żeby stanąć w szranki wyborcze, jest odpowiedni? Właściwie żaden czas nie będzie dobry dla leniwych polityków. Reguły są jasne – trzeba utworzyć komitety wyborcze, zebrać podpisy, zgłosić kandydatów i całe kalendarium wydarzeń wyborczych wkrótce będzie już oficjalnie znane. I to jest tyle. Używając terminologii szkolnej, każda data będzie zła, jeśli uczeń jest nieprzygotowany, każdy termin kartkówki, każdego sprawdzianu czy egzaminu będzie niedobry. Podobnie jest w polityce. Jeśli politycy nic nie robili przez cztery lata, nie wypracowali pewnego modelu działań czy programu itd., to dzisiaj są nieprzygotowani i muszą ponieść tego konsekwencje.  

Kukiz′15 także?     

– Oczywiście, Kukiz′15 także. Tutaj nie ma przysłowiowych świętych krów. Wszyscy politycy – niezależnie od opcji, od tego, czy tworzą partię czy ruch społeczny – wszyscy jednakowo ponoszą konsekwencje swoich decyzji.

Swoją drogą, z kim do wyborów pójdzie Kukiz’15 z PSL? A może – jak słychać – posłowie Kukiza znajdą się na listach i wystartują pod szyldem PiS?

– Mogę powiedzieć tylko tyle: a nie mówiłem? Nie jestem ekonomistą, nie jestem prawnikiem, ale jestem politologiem i niejednokrotnie wskazywałem, że tak to się może skończyć. I właściwie to tyle w tym temacie. Paweł Kukiz właśnie „zaorał” własny projekt i teraz idzie na listy ugrupowania, które wcześniej, jako ZSL, a potem PSL, tak naprawdę od 30 lat, czyli od Okrągłego Stołu, rządziło w koalicjach, w różnych konfiguracjach – właściwie ze wszystkimi: z postkomuną, z SLD czy z Platformą i tak naprawdę zawsze było przy władzy.

Wygląda na to, że część posłów opuści szeregi Kukiz’15, a cóż dopiero powiedzieć o wyborcach?

– Ocenę zostawiam wyborcom. Paweł Kukiz w mediach społecznościowych obraźliwie nazwał swoich byłych posłów kanaliami. Czy ten zwrot jest właściwy? Niech o tym zdecydują sami wyborcy. Ja ocenę całej tej sytuacji, także postawy posłów, którzy opuścili czy opuszczą szeregi Kukiz’15, pozostawiam wyborcom.

A może Paweł Kukiz czuje się znużony polityką, może cztery lata w Sejmie to dla niego za długo i dlatego z projektu Kukiz’15 rezygnuje?

– Myślę, że Paweł Kukiz w trakcie czterech lat trwania dobiegającej końca kadencji Sejmu mówił prawdę, tylko nikt tego nie brał na serio. Mówił jasno i wprost, że jest muzykiem, a nie politykiem, i teraz to potwierdza.

Nie szkoda tego ruchu i poparcia wyborców, jakie Kukiz’15 miał na początku?   

– Używając porównania, ja już swoje odpłakałem w poduszkę. Na początku byłem wściekły, teraz jestem już tylko zły. Mam świadomość, że za to, co się stało z ruchem Kukiz’15, moje dzieci i wnuki kiedyś mi nie wybaczą – mam tego świadomość. Ruch Kukiz’15 to była historyczna okazja, to był ogromny potencjał, który został roztrwoniony. Kukiz’15 to był projekt – niestety projekt autorski Pawła i to Paweł Kukiz przez cztery lata – niestety – nie potrafił podjąć męskiej decyzji, a przez ostatnie trzy miesiące mądrej decyzji. Dlatego dzisiaj tak to wygląda. I to nie jest coś, co spływa po człowieku, jeśli ktoś, stojąc z boku, myśli, że to, co dzisiaj dzieje się z Kukiz’15, jest przyjmowane lekko, to się myli. Ja i moi koledzy przez cztery lata nadstawialiśmy głowy, mieliśmy świadomość, że bierzemy udział w ważnym wydarzeniu, które dzieje się na polskiej scenie politycznej. Osobiście walczyłem i wierzyłem w to, co robiliśmy, mając nadzieję, że te wszystkie działania przyniosą pozytywny efekt. Dzisiaj stwierdzam z przykrością, że to, co się stało, to jest porażka. Chcę też podkreślić i oddać prawdę, że bez Pawła wiele wartościowych osób nigdy nie pojawiłoby się w polskim Parlamencie, co więcej wszystkie kluby parlamentarne miały okazję zobaczyć nasze zdecydowane postawy. I to, że jako posłowie jesteśmy dzisiaj odbierani pozytywnie właściwie przez wszystkie kluby w Sejmie, to wyłącznie dowód na to, że to był dobry kierunek, tylko – jak mawia klasyk – prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy.

Dziękuję za rozmowę.         

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl