logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Śmieciowy zawrót głowy

Sobota, 24 sierpnia 2019 (21:45)

Aż czterokrotnie może wzrosnąć opłata za wywóz śmieci, jeśli okaże się, że nie są one posegregowane zgodnie z zasadami wprowadzonymi rok temu jako Wspólny System Segregacji Odpadów.

Perspektywa horrendalnych kosztów przewidzianych w najnowszej noweli ustawy śmieciowej ma skłonić mieszkańców do ograniczenia mieszania ze sobą podzielonych na cztery frakcje odpadów, co ma pomóc gminom w gospodarce odpadami, a państwu w wypełnieniu pod groźbą sankcji ambitnych celów polityki śmieciowej Unii Europejskiej. Tymczasem znowelizowana ustawa o utrzymaniu czystości i porządku w gminach budzi zastrzeżenia tak mieszkańców, jak i samorządowców.

Czterokrotnie więcej

Wedle obecnych zasad segregacji śmieci, metale i plastik wrzucamy do żółtego pojemnika, papier i tekturę do niebieskiego, szkło do zielonego, odpady biodegradowalne do brązowego, a śmieci zmieszane do czarnego. Na pierwszy rzut oka wydaje się to proste, ale schody zaczynają się, gdy wejdziemy w szczegóły. Tu okazuje się m.in., że do śmieci papierowych nie zaliczają się np. ręczniki papierowe bądź zużyte chusteczki. Co się dzieje, jeśli w pojemnikach znajdą się niewłaściwe śmieci? Wszystkie zostają zaliczone do odpadów zmieszanych, za których wywóz płaci się więcej.

Blisko 90 proc. mieszkańców Polski deklaruje segregowanie śmieci, choć obecnie opłata za odpady zmieszane jest przeważnie niewiele większa od tej za posegregowane. Jednak według znowelizowanej w ubiegłym miesiącu ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach (tzw. ustawy śmieciowej), stawka za niesegregowane śmieci ma wynosić nie mniej niż dwukrotność i nie więcej niż czterokrotność tej uiszczanej za odpady zbierane selektywnie.

Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by skonstatować, że o ile w przypadku mieszkańców domów jednorodzinnych nawet tak skomplikowane zasady segregacji odpadów wydają się możliwe do spełnienia i wyegzekwowania, o tyle zastosowanie ich przez mieszkańców osiedli bloków mieszkalnych staje się utopią. Wystarczy, że ktoś anonimowo pomiesza frakcje, by kilkukrotnie wyższe opłaty objęły setki osób przykładnie segregujących śmieci.

– To pachnie odpowiedzialnością zbiorową – protestują spółdzielcy.

– Kiedy kilka lat temu nasza spółdzielnia pozamykała altany śmietnikowe na kłódki, a nam dała kluczyki, złomiarze tak długo niszczyli kłódki, aż spółdzielnia zrezygnowała z zamykania śmietników – wskazuje pan Adam, mieszkaniec jednego z lubelskich osiedli. – Ponieważ każdy może wejść do naszego śmietnika i wrzucić, co zechce, dlatego podwyższenie opłat za niesegregowanie śmieci zaskarżymy do sądu – zapewnia.

Na szczęście zmiany te nie zaczną obowiązywać wraz z wejściem w życie nowelizacji. Gminy mogą je wprowadzać sukcesywnie, lecz nie później niż do 30 czerwca 2021 roku, kiedy będą musiały wygasnąć dotychczasowe umowy.

Podwójne obciążenia

Przeciwko rosnącym kosztom systemu odpadowego, którego ofiarami padają mieszkańcy konsumenci, jeszcze w maju br. w czasie debaty przed nowelizacją ustawy śmieciowej wystąpił Związek Gmin Lubelszczyzny. W piśmie przesłanym m.in. do prezydenta, premiera, marszałków Sejmu i Senatu oraz do ministra środowiska samorządowcy postulują szereg posunięć w celu usprawnienia systemu i zmniejszenia obciążeń finansowych nakładanych na obywateli. Ich zdaniem, dużym ułatwieniem dla mieszkańców mających ciągle kłopot z prawidłową klasyfikacją odpadów na poszczególne frakcje byłoby zobowiązanie wytwórców do oznakowania każdego produktu symbolem wskazującym daną frakcję odpadu kolorami zgodnymi z obecnie obowiązującym systemem segregacji odpadów zapisanym w rozporządzeniu ministra środowiska. Ze względu na i tak wykonywane wydruki promocyjne nie powinno to zwiększyć kosztów wytworzenia całego produktu i obciążyć konsumenta.

ZGL postuluje wprowadzenie zasady „zanieczyszczający płaci”, czyli rozszerzonej odpowiedzialności producenta za wytworzony produkt. Wskazuje, że przepisy unijne pozwalają państwu nałożyć na przedsiębiorców wytwarzających produkty w opakowaniach obowiązek pokrycia kosztów ich unieszkodliwienia, a pobrane opłaty powinny zasilać system zbierania i zagospodarowania odpadów.

– W perspektywie zmusiłoby to producentów do wytwarzania mniejszej ilości zbędnych opakowań, za które obecnie dwukrotnie opłatę ponosi wyłącznie konsument: raz kupując opakowany towar, drugi raz wyrzucając opakowanie jako odpad – argumentują samorządowcy.

Ich zdaniem, mieszkaniec nie powinien płacić za odpady segregowane, a obciążenie z tego tytułu powinno dotyczyć jedynie odpadów zmieszanych.

Ku podobnemu rozwiązaniu skłania się również prof. Jan Szyszko, minister środowiska w rządzie premier Beaty Szydło.

– Gdy utylizacja jest wliczona w cenę produktu, a pieniądze trafiają do samorządu, wtedy są środki na zagospodarowanie odpadów, wszystko jest kontrolowane w ramach samorządu, a nie przez konkurujące ze sobą firmy wywozowe – wskazuje minister. – Warunkiem wprowadzenia tego systemu jest silne państwo, które nie ulega presji lobbystów.

Śmieci coraz droższe

Według najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2018 r. zebrano w Polsce 12,5 mln ton odpadów komunalnych, co oznacza wzrost o 4,3 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Na jednego mieszkańca przypadało średnio 325 kg zebranych odpadów komunalnych, a więc o 13 kg więcej niż przed rokiem. Gros tych śmieci, bo blisko 84 proc., pochodzi z gospodarstw domowych.

W statystykach GUS widać efekty nacisku na segregację odpadów. O ile bowiem ilość śmieci zebranych selektywnie wzrosła o ponad 11 proc., to odpadów zmieszanych zaledwie o 1,7 proc. Z zebranych śmieci więcej niż połowa została w różny sposób wykorzystana, w tym ponad 26 proc. w formie recyklingu.

Nie wpływa to jednak istotnie na obniżenie kosztów gospodarki śmieciowej na poziomie gmin. Przeciwnie, samorządowcy alarmują o ich wzroście mimo relatywnego zwiększenia ilości śmieci segregowanych.

– Nieprawdą jest, że na segregowanych odpadach gmina może zarobić – alarmuje Związek Gmin Lubelszczyzny.

Na stały wzrost kosztów gospodarki odpadami w Świdniku wskazuje radny Tomasz Kociński, przewodniczący komisji gospodarki komunalnej i mieszkaniowej Rady Miasta Świdnik. Gmina Miejska Świdnik do lipca br. za tonę śmieci zmieszanych płaciła Zakładowi Zagospodarowania Odpadów w Wólce Rokickiej 389 zł, a od sierpnia kwota ta wzrosła do 461 zł.

Jego zdaniem, ceny są podnoszone głównie przez firmy zajmujące się przetwarzaniem i utylizacją śmieci. W ubiegłym roku koszt odbioru i utylizacji odpadów w Świdniku wyniósł prawie 6 mln zł.

– Dysproporcja pomiędzy tym, ile mieszkańcy wpłacili, a jaki był rzeczywisty koszt wywozu i odbioru śmieci w 2018 roku, wyniosła 1,2 mln zł – wskazuje radny. – Tymczasem według ustawy gmina nie powinna zarabiać na śmieciach, ani na nich tracić – dodaje.

Aby zbyt mocno nie obciążać mieszkańców, którzy za wywóz śmieci segregowanych płacą ok. 17 zł miesięcznie od osoby, gmina podjęła szereg kroków w celu lepszej kontroli strumienia wpływów i wydatków związanych z gospodarką odpadami.

Jedną z planowanych innowacji jest ogłoszenie oddzielnego przetargu na wywóz śmieci i odrębnego na odbiór z firmą je przetwarzającą. Innym usprawnieniem ma być urealnienie liczby mieszkańców zobowiązanych do opłat za wywóz śmieci. W tym celu zlecono wyłonionej w drodze przetargu firmie IT opracowanie programu komputerowego mającego ustalić – na podstawie szeregu danych demograficznych i m.in. oświatowych – faktyczną liczbę mieszkańców Świdnika zobowiązanych do płacenia za śmieci.

Kolejny pomysł dotyczy zagospodarowania tzw. odpadów zielonych. W Świdniku jest dużo zieleni, a odbiór skoszonej trawy i gałęzi to koszt ok. 600 tys. zł w skali roku. Większość tych odpadów pochodzi z terenu domków jednorodzinnych, gdzie mieszkańcy koszą trawę i zapakowaną do worków pozostawiają do odebrania i przewiezienia do firmy kompostującej te odpady. Tomasz Kociński jest jednym z pomysłodawców zaopatrywania mieszkańców tych nieruchomości w przydomowe kompostowniki na koszt gminy.

– Odpady zielone poddane kompostowaniu można przeznaczyć jako nawóz do ogródka albo oddać jako odpad zielony o znacznie zredukowanej masie – wyjaśnia radny Kociński. – Zysk jest podwójny: dla gminy w postaci mniejszych opłat za utylizację, a dla mieszkańców jako użyźnienie przydomowych ogródków i niższe opłaty miesięczne za śmieci.

Zdaniem Tomasza Kocińskiego, w Polsce najwięcej zarabiają na śmieciach ci, którzy finalnie je odbierają i składują, a więc są materialnie zainteresowani wzrostem ich masy.

– To jest problem, gdyż w świecie najlepiej funkcjonują takie miejsca, gdzie odpady są nawet w 80 proc. przetwarzane, ale to musiałby być kierunek obrany i wspierany na szczeblu państwowym – dodaje.

Adam Kruczek

Nasz Dziennik