logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Rozbić układy w szkolnictwie

Sobota, 14 września 2019 (14:41)

Aktualizacja: Sobota, 14 września 2019 (17:25)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak ocenia Pan decyzję rektora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu o zawieszeniu w obowiązkach nauczyciela akademickiego prof. Aleksandra Nalaskowskiego?

– To jest niewyobrażalny skandal. Niewyobrażalny, jeśli mówimy o czymś, co z jednej strony zwie się wolnością nauki, ale też o tym, co zwie się po prostu wolnością słowa. Profesor uniwersytetu, naukowiec – jak każdy obywatel – ma prawo do swoich poglądów politycznych, społecznych, ma prawo je artykułować, pisać felietony, ma prawo posługiwać się metaforą w celu określenia różnych zjawisk. Natomiast środowiska, które w ten sposób z jednej strony cenzurują – bo w istocie mamy tu do czynienia z ukrytą cenzurą – a tym samym prześladują za poglądy, z drugiej strony mają usta pełne frazesów, wolności, tolerancji itd., bo chodzi tu tylko o wolność i tolerancję w relacji do środowisk LGBT.

A jeśli chodzi o kwestie akademickie, bo jak wiemy, są „naukowcy” tolerowani przez te środowiska, którzy bez przeszkód głoszą swoje poglądy?     

– Jeśli chodzi o kwestie akademickie, to rzeczywiście np. na Uniwersytecie Jagiellońskim mamy prof. Jana Hartmana czy prof. Magdalenę Środę i prof. Monikę Płatek na Uniwersytecie Warszawskim, czy wreszcie redaktora naczelnego „Liberté!” Leszka Jażdżewskiego, który w auli Uniwersytetu Warszawskiego publicznie naigrawał się z Kościoła i mówił takie rzeczy, które na dobrą sprawę nadają się na proces sądowy. I tutaj zachowania tych ludzi, ich wypowiedzi podciągane są pod mianownik wolności słowa, wolności wypowiedzi. Natomiast znamy przypadki – jest ich dużo w Polsce – profesorów, naukowców, którzy za to, że nawet nie na uniwersytecie, ale poza uczelnią wypowiadają swoje prawicowe, konserwatywne poglądy, są krytykowani, wyszydzani, którym zamyka się drogę naukowej kariery.

Nowa ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce nie stawia tamy takim aktom, nie reguluje tych spraw?

– Ustawa, która miała coś zmieniać, w istocie tego monopolu nic nie zmienia, a być może nawet daje nowe narzędzia. Proszę pamiętać, że rektor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu użył właśnie nowej ustawy, aby zawiesić we wszelkich czynnościach i obowiązkach prof. dr. hab. Aleksandra Nalaskowskiego, nauczyciela akademickiego o ogromnym dorobku naukowym. To są rzeczy niewyobrażalne, które w żadnej tradycji, a szczególnie w naszej europejskiej, są niedopuszczalne, żeby profesorowi, naukowcowi zamykać usta, wyrzucać z pracy czy zawieszać w czynnościach, bo komuś nie podobają się jego poglądy.  

O czym to świadczy?

– Z jednej strony świadczy to o tym, co się dzieje na uniwersytecie, a z drugiej, że ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce nie zdaje egzaminu. Chodzi o to, że nie narusza pewnego układu, który dominuje w tych środowiskach, i to jest bardzo smutna konstatacja.

Czy to, z czym mamy do czynienia na przykładzie prof. Nalaskowskiego, oznacza, że dyskusja, debata naukowa na tematy niewygodne dla niektórych środowisk jest zagrożona?

– Oczywiście, i to nie od dzisiaj. Wiemy przecież, że za wypowiedzi publiczne byli wyszydzani ks. prof. Paweł Bortkiewicz, ks. prof. Tadeusz Guz, że – przy gigantycznym dorobku naukowym – decyzją Komisji do spraw Stopni i Tytułów Naukowych zostało zablokowane przyznanie prof. Andrzejowi Zybertowiczowi tytułu profesora zwyczajnego. I wszyscy wiedzą, bo jest to tajemnicą poliszynela, że za poglądy wielu naukowców cierpi, nawet jeśli wyrażają je poza uniwersytetem. Zamiast wejść w dyskurs, co powinno być cechą charakterystyczną uniwersytetu, gdzie w ramach debat powinna odbywać się dyskusja, spieranie się na argumenty, to środowiska te, które tak naprawdę niewiele mają do powiedzenia w sensie twardych argumentów, wobec powyższego stosują środki administracyjne i posługują się strachem wobec niepokornych naukowców. Wszyscy o tym wiedzą, wszyscy wiedzą, że jest to patologiczna sytuacja, a mimo to nikt nic z tym nie zrobił. I to jest jeszcze bardziej smutne. Myślę więc, że skoro jesteśmy w toku różnych dyskusji w kontekście kampanii wyborczej, to kluczową sprawą powinno być uwolnienie naukowców od cenzury i strachu, który stosują dominujące w tej przestrzeni środowiska lewicowe czy lewackie.

Tylko jak to zrobić?     

– To są kwestie ustawowe. Z jakiej racji rektorzy czy władze uczelni mają takie narzędzia, w odniesieniu do czego, jaka przemawia za tym racja w sensie merytorycznym? Jeśli, dajmy na to, ktoś jest hydraulikiem i wypowiedziałby się poza swoją pracą np. na temat jakiejś partii politycznej, to jego pracodawca miałby prawo wyrzucać go z pracy czy zawieszać, bo nie podobają mu się jego poglądy? Przecież to absurd. Co ma wspólnego wypowiedź publicystyczna z tym, co się dzieje w przestrzeni naukowej? Od naukowego ten dyskurs różni się tym, że nie ma tu zastosowania metodologii, czyli argumenty muszą być zakotwiczone źródłowo. Jakim zatem prawem ktoś zabrania wypowiadania swoich poglądów, jak to się ma do konstytucyjnej wolności słowa, braku cenzury itd.? Jeśli ktoś tego wszystkiego nie widzi, a przeprowadza reformę szkolnictwa wyższego, jeśli nie dostrzega istniejącej patologii, która ma miejsce, jeśli nie widział utrąconych habilitacji, przewodów profesorskich z powodów w istocie politycznych, co de facto jest próbą zamknięcia dostępu ludziom o konserwatywnych poglądach do świata nauki – szeroko rozumianej humanistyki, począwszy od nauk literaturoznawczych, a kończąc na prawie, pedagogice, czy psychologii – to wygląda to bardzo źle. Dlatego trzeba to uwolnić na gruncie prawnym, a jeśli ktoś robi reformę szkolnictwa wyższego, to uwalnia to wszystko w perspektywie rozmaitych komisji, nadkomisji, nadmiernie rozbudowanej administracji, ale nie umacnia. Efekt jest taki, że – jak widać – wychodzą różne rzeczy, jak w przypadku ataków na prof. Aleksandra Nalaskowskiego.

Jeśli tak dalej pójdzie, to naukowcy nie będą się mogli wypowiadać na tematy drażliwe, bo dopuszczalne będzie tylko płynięcie w tzw. głównym nurcie?

– Dokładnie tak. Natomiast jeśli się jest byłym księdzem i uprawia się naukę, atakuje się Kościół pod płaszczykiem myśli filozoficznej, czy jak się jest prof. Hartmanem, to można mówić, dajmy na to, o kazirodztwie i nikt nawet nie myśli, żeby kogoś wyrażającego takie poglądy zawieszać w czynnościach; jak się jest prof. Środą, to można wypowiadać bardzo rewolucyjne kwestie w dziedzinie seksualności. Jak widać, wszystko można, tylko trzeba być po tamtej stronie.

Mijają cztery lata rządów prawicy, ale w tej materii nic się nie zmienia…             

– Pytanie, czy kolejne cztery lata, te, jak by nie powiedzieć, patologie, mają się umacniać, czy trzeba dokonać gruntownej zmiany. O potrzebie gruntownej zmiany w wymiarze sprawiedliwości, w sądownictwie mówiło się wyraźnie, że należy zmienić układy personalne, więc jeśli mówimy o gruntownej zmianie szkolnictwa wyższego, to trzeba zmienić nade wszystko układy. Taka jest prawda o tym wszystkim, co więcej, wszyscy o tym dokładnie wiedzą i wciąż udajemy, że nic się nie dzieje.

Mamy kampanię wyborczą. Czy nie jest to odpowiedni czas, żeby na kanwie ataku na prof. Nalaskowskiego ten temat poruszyć i zacząć się domagać, aby raz na zawsze skończyć z istniejącymi patologiami?     

– To jest bardzo dobra okazja i należy tę okazję wykorzystać. Oczywiście pamiętamy, jak mówiło się o potrzebie zmiany, przerwania post-PRL w wielu dziedzinach – w gospodarce, w budownictwie, administracji i wielu dziedzinach życia publicznego – bo inaczej szklany sufit, który nas blokuje, nadal będzie ograniczał nasz rozwój. I taki szklany sufit istnieje w nauce i szkolnictwie wyższym. Jeśli przez cztery ostatnie lata nie sposób było dostać grantu, choć są milionowe granty na różne, czasem bardzo ekstrawaganckie, pomysły, ale grantu na tłumaczenie na język angielski Powszechnej Encyklopedii Filozofii – wydaje się największego dzieła w ostatnich latach, bo recenzje – wiadomo jakich ludzi i jakiego środowiska – były negatywne, to też jest objaw tego, gdzie dzisiaj żyjemy. Przykład prof. Zybertowicza, gdzie każdy w środowisku wie, że merytoryczność tej blokady jest arcywątpliwa – zwłaszcza przy dobrych recenzjach, jakie były i są – to widać, o co tu chodzi. Przykład prof. Aleksandra Nalaskowskiego to tylko przejaw patologii, które się w tym świecie dzieją.

Patrząc szerzej, czy w Polsce mamy do czynienia z terrorem LGBT, także jeśli chodzi o sferę naukową?

– Jest próba wprowadzenia takiego terroru, czyli z łacińskiego: strachu. Jeśli mówimy o LGBT, to mamy próbę wprowadzenia porządku strachu w przestrzeni nauki, ale nie tylko nauki. Nie można krytykować tych zachowań, wielu ma zasądzony zakaz mówienia krytycznie o tej ideologii, którą ośmielili się nazwać po imieniu. Tymczasem jeśli ktoś na tzw. marszach równości wyśmiewa się z Kościoła, profanuje wizerunek Matki Bożej czy Najświętszy Sakrament, to to uznawane jest za wolność wypowiedzi. I jeśli ktoś skrytykuje te środowiska, to ma zasądzone przez sąd kary. To, jak widać, są rzeczy wprost niewyobrażalne – zwłaszcza w kontekście wolności słowa, praw obywatelskich, w obliczu Konstytucji. Tyle że te hasła poza tym, że ładnie brzmią, nic nie znaczą w praktyce, bo jedna strona z nich korzysta, a przeciwko drugiej są wykorzystywane. I to się musi zmienić.

Dziękuję za rozmowę.     

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl