Jak z perspektywy Krajowej Sekcji Przemysłu Lotniczego NSZZ „Solidarność” należy ocenić upływające cztery lata rządów Prawa i Sprawiedliwości w odniesieniu do polskiej obronności?
– Przede wszystkim cztery lata sprawowania władzy przez Prawo i Sprawiedliwość różniły się diametralnie od rządów koalicji PO-PSL. Wprawdzie nie wszystkie postulaty czy oczekiwania, które płynęły z zakładów pracy od pracowników, zostały zrealizowane, jednak dialog społeczny był prowadzony i sporo spraw, z którymi jako strona społeczna występowaliśmy w ostatnich czterech latach, zostało zrealizowanych. Dlatego uważam, podobnie zresztą jak cała rada Krajowej Sekcji Przemysłu Lotniczego NSZZ „Solidarność”, że mijająca kadencja, to były dobre lata zarówno dla polskiej armii, jak też dla zakładów przemysłu lotniczego.
Przedstawiciele PiS idą dalej i twierdzą, że minione cztery lata były najlepszymi, jeśli chodzi o działalność resortu obrony…
– Co nie znaczy, że następne lata nie mogą być jeszcze lepsze. Jeśli powiemy, że były to lata bardzo dobre, to trudno byłoby je poprawić, ale trzeba powiedzieć, że był to naprawdę dobry czas, wiele udało się zrobić, ponadto sposób podejścia obecnej władzy do przemysłu lotniczego, w ogóle do przemysłu obronnego, także sposób podejścia do polskiej armii, do zaopatrzenia sił zbrojnych w sprzęt wojskowy, zmienił się zasadniczo, dlatego ostatnie cztery lata pod tym względem należy ocenić pozytywnie.
No dobrze, kupujemy nowoczesny sprzęt od Amerykanów, a co z polskim sprzętem, a co za tym idzie, ile na transferach dla armii zyskał rodzimy przemysł zbrojeniowy?
– Jeśli chodzi o zakupy sprzętu zbrojeniowego od Amerykanów, to na dzisiaj mamy póki co tylko zapowiedzi, bo zarówno system obrony powietrznej jeszcze nie został zakupiony, aczkolwiek umowy zostały zawarte. Również jeśli chodzi o zakup 32 wielozadaniowych samolotów F-35, wciąż trwają rozmowy i wszystko wskazuje, że zostaną pozytywnie zakończone, natomiast za realizacją tych kontraktów muszą iść umowy offsetowe. I tu oczekujemy, że polski sektor obronny, w tym również zakłady lotnicze w Polsce, które de facto, choć nie są w posiadaniu skarbu państwa, tylko mają swoich zagranicznych właścicieli, ale pracują w nich polskie załogi, też będą mieć z tych kontraktów wymierne korzyści.
Jeśli chodzi o przemysł lotniczy, to trzeba powiedzieć, że dość długo zarówno PZL Mielec, jak i PZL Świdnik czekały na swoją szansę i swoje pięć minut…
– Wszyscy byliśmy świadomi, że po unieważnieniu czy zakończeniu bez wyłaniania oferenta złej, niekorzystnej procedury przetargowej z Airbus Helicopters, przygotowanie kolejnego kontraktu chwilę potrwa, ale dzisiaj możemy powiedzieć, że dobry początek za nami. Mamy pierwsze zamówienia dla PZL Mielec na śmigłowce Black Hawk dla sił specjalnych, dla policji, mamy też pierwsze zamówienia dla PZL Świdnik na cztery śmigłowce AW101 do zwalczania okrętów podwodnych i działań poszukiwawczo-ratowniczych, które mają zostać dostarczone wojsku do końca 2022 roku.
Jak na te działania rządu patrzą kierownictwa firm PZL Mielec i PZL Świdnik?
– Nie chciałbym się wypowiadać za dyrekcję PZL Mielec czy PZL Świdnik, ale – jak wiadomo – biznes nigdy nie jest do końca zadowolony, bo chciałby więcej, ale jestem przekonany, że ten sygnał, jaki został wysłany – na pewno w dużej mierze dzięki działaniom i sposobie podejścia polskiego rządu do zaopatrzenia naszej armii w sprzęt śmigłowcowy, ale także na skutek nacisków naszych, Krajowej Sekcji Przemysłu Lotniczego NSZZ „Solidarność” – to wszystko miało wpływ na to, że dzisiaj z nadzieją możemy patrzeć w przyszłość. Właściciele wspomnianych firm, być może liczyli i oczekiwali na więcej, ale uważam, że mają powody do tego, żeby z satysfakcją patrzeć do przodu, bo dobra perspektywa jest wciąż przed nami, główne zamówienia dla Wojska Polskiego są wciąż przed nami.
Załogi w Mielcu i Świdniku podzielają ten optymizm?
– Wszyscy jesteśmy Polakami i zależy nam, żeby to w tych zakładach, które produkują na terenie Polski, był wytwarzany sprzęt dla naszej armii. Dlatego wśród pracowników satysfakcja z tego powodu z pewnością też jest odczuwalna.
Docelowo wydatki na obronność mają osiągnąć w 2030 roku 2,5 proc. PKB. To więcej o 2-3 miliardy złotych rocznie. Sporą część tych środków pochłonie zakup 32 wielozadaniowych samolotów F-35. Mogą na tym zyskać także polskie firmy zbrojeniowe?
– Liczymy na to, że wydatkowane pieniądze – przynajmniej w jakimś zakresie – wrócą do nas w postaci realizacji umowy offsetowej. Jeśli zostaną wynegocjowane i podpisane korzystne umowy zakupu tego sprzętu, to część tych pieniędzy wróci do nas w postaci nowoczesnych technologii czy w postaci dodatkowych zamówień w polskich zakładach.
Nasze firmy są w stanie sprostać tym wyzwaniom?
– Jestem przekonany, że w dużej części zakłady działające na terenie Polski są w stanie spełnić wymogi i stawić czoła wyzwaniom, jakie niesie specjalistyczny sprzęt – samoloty nowej generacji F-35. Mamy porządne zakłady, specjalistów, inżynierów na światowym poziomie, np. w Pratt & Whitney w Kanadzie, gdzie produkowane są silniki turbośmigłowe i turbowentylatorowe do samolotów cywilnych i wojskowych, pracują polscy pracownicy, a nasi inżynierowie na bieżąco współpracują z kadrą inżynierską w Kanadzie czy Stanach Zjednoczonych i doskonale sobie radzą, więc nie ma tu najmniejszych powodów, żeby czuć jakiekolwiek kompleksy, wprost przeciwnie. Mamy wreszcie doskonale wyszkolonych pracowników produkcyjnych, dysponujemy również niezłą kadrą menadżerską – przygotowaną do nowych wyzwań i rynkowych warunków. Dlatego uważam, że jesteśmy w stanie sobie z tym wszystkim poradzić.
Dziękuję za rozmowę.

