Jak cztery lata rządów Prawa i Sprawiedliwości wpłynęły na poszczególne dziedziny życia, np. na sferę społeczną?
– Na pewno różne programy prorodzinne – tak to nazwijmy – wprowadzone przez obecny rząd należy ocenić bardzo pozytywne. Rzeczywiście ekonomia po raz pierwszy w Polsce od 1989 roku została związana z rodziną w sposób tak jednoznaczny. Mam na myśli różne programy prorodzinne, ale także kwestie związane chociażby z podniesieniem płacy minimalnej. Chodzi o to, że nie tylko słupki i wyniki PKB się liczą dla rządzących, ale ważna jest realna pozycja życia ludzkiego w aspekcie wspólnotowym, bo jeśli mówimy o programie „500+”, dotyczy to rodziny, a więc wspólnoty. Mamy zatem powrót do klasycznej koncepcji arystotelesowskiej, gdzie ekonomia rozumiana jest jako polityka życia rodzinnego, a nie indywidualnego albo też klasowego, i to jest bardzo ważne. Druga rzecz w tej sferze to jest kwestia elementarnej sprawiedliwości społecznej, a więc odebrania pieniędzy mafii paliwowej i oszustom w sferze VAT, a także odebrania przywilejów i obniżenia emerytur esbeckich, co moralnie też jest rzeczą ważną, żeby specjalnych uprawnień nie mieli zbrodniarze lub ci, którzy zbrodniczy system komunistyczny wspierali. I na tym polu są to rzeczywiście duże sukcesy, i to trzeba widzieć i docenić.
W sferze społecznej są także sądy, których nie udało się zreformować na tyle, żeby dostrzec realną poprawę…
– To prawda, ale myślę, że pewne kroki zostały poczynione i jest to – jak sądzę – pieśń przyszłości. Widzimy, jak wiele jest przedłużających się procesów, ile mamy „dziwnych” wyroków, gdzie ktoś za krytykę ideologii LGBT zostaje skazany, i to są rzeczy skandaliczne, a długość procesów powoduje, że trudno mówić o elementarnej sprawiedliwości. Wciąż nie udało się przerwać pewnej patologii.
Jak podsumować mijającą kadencję Sejmu w kwestiach społecznych, czy sprawy te wybrzmiały dostatecznie głośno, co z „dobrą zmianą” w tej sferze?
– Tutaj kłania się kwestia ustawy dotyczącej ochrony życia ludzkiego i w tym wypadku większość rządząca niestety nie podjęła inicjatywy i nie odpowiedziała na wezwania środowisk pro-life. Jest tu – tak się wydaje – nie tylko kwestia lęku przed tzw. czarnymi marszami, choć pewnie też w jakimś stopniu, ale również kontekstu międzynarodowego. Presja środowisk lewackich jest bardzo duża i narasta z różnych powodów, więc zdecydowano się nie ruszać kwestii z tym związanych, co w sposób oczywisty kładzie się cieniem, tym bardziej że PiS ma w Sejmie większość.
Państwo, władza nie ma instrumentów, żeby powstrzymać rozwój cywilizacji śmierci, czy też wygodniej jest tego tematu nie ruszać?
– Jest to kwestia kalkulacji i PiS, sprawując władzę, oczywiście ma instrumenty. Sprawa jest oczywiście niedomknięta, nielogiczna, bo musimy sobie odpowiedzieć, z jakiej racji w ogóle chronimy dziecko poczęte, jaki jest argument rozumu. Jedyny argument rozumu jest taki, że to jest człowiek. Jeśli zatem mamy do czynienia z człowiekiem, to nie utrzyma się argumentacja, że jeśli to jest człowiek chory, na co wskazywać mogą badania prenatalne, to z racji choroby lub tego, że nie z własnej winy został poczęty w wyniku gwałtu, mamy tego człowieka uśmiercić. W tym momencie prawo staje się nierozumne. Tutaj nie argument rozumu, nie argument sprawiedliwości, ale argument walki ideologicznej i wszystkich szaleństw, które w Polsce również się dzieją, spowodował, że wybrano opcję nieruszania tematu i niezmieniania tzw. kompromisu aborcyjnego.
Czy ta bezczynność nie otwiera szerzej furtki środowiskom lewackim, które coraz głośniej forsują swoje idee i żądania?
– Te środowiska i bez tego jeszcze bardziej artykułowałyby swoje żądania. Działacze PiS często się zasłaniają, mówiąc, że jeśli ruszyliby istniejącą ustawę, to daliby większe narzędzia dla tych, którzy robią w Polsce rewolucję seksualną czy obyczajową. To jest oczywiście argument, który nie da się udowodnić, co by było, gdyby..., a więc mamy do czynienia z gdybaniem. Oczywiście są to rzeczy równoległe, bo kwestia życia i kwestia rewolucji seksualnej jest i tak robiona, a pochód – bardzo gwałtowny – rewolucjonistów postępowałby bez względu na to, co się dzieje w prawie. Wiele dzieje się w życiu społecznym i tutaj bierność katolików w Polsce jest niewyobrażalna. Zatem nie da się tego tematu czy tych tematów sprowadzić tylko do bierności PiS-u. W sobotę w Lublinie odbywał się tzw. marsz równości i byłem na Mszy św., gdzie modliliśmy się o zatrzymanie tej fali zła, jaka rozsiewana jest przez środowiska LGBT przez polskie miasta. Owszem, w kościele było kilkaset osób, ale takie zaangażowanie powinno być w większości, a może nawet we wszystkich kościołach w mieście czy diecezji. I to jest też problem. Oczywiście to jest ważna sfera i powinniśmy oczekiwać, żeby politycy unormowali pewne rzeczy na niwie prawnej, ale te kwestie dokonują się także poza strukturami państwa i tutaj jako społeczeństwo mamy na sumieniu potężny grzech zaniedbania.
Może potrzebna jest większa presja społeczna na rząd, a nasza bezczynność – jak Pan Profesor wspomniał – powoduje, że rząd temat odstawia na bok, udając, że sprawy nie ma, może za mało naciskamy?
– Politycy zawsze mierzą pewne rzeczy presją społeczną i w tym aspekcie robi się różne badania itd., ale jeśli Polacy katolicy nie są w dużej masie zmobilizowani, czy zdeterminowani, żeby zawalczyć o pewne istotne sprawy z moralnego punktu widzenia, to niech się później nie dziwią, że to się nie realizuje w perspektywie politycznej, państwowej, to są rzeczy, które się mają jak przyczyna do skutku.
Wcześniej wspomniał Pan sferę kulturową, gdzie mamy inwazję rewolucji światopoglądowej, która wdziera się coraz mocniej do naszej przestrzeni publicznej. Czy państwo może się temu skuteczniej przeciwstawiać, czy może wesprzeć społeczeństwo?
– Oczywiście, że może i powinno to robić, a więc zająć się kwestią, czy można pewne rzeczy manifestować, czy nie, czy prawo powinno pomagać rektorom wyższych uczelni, żeby zawieszać w czynnościach bądź nawet wyrzucać z pracy profesorów tylko dlatego, że mają inne zdanie niż ideolodzy LGBT. Przecież to wszystko powinno się rozstrzygać w prawie i w tym sensie parę rzeczy wciąż jest przed nami. Pamiętajmy też, że Polska była przez cztery minione lata poddana gigantycznej presji ze strony Komisji Europejskiej, jesteśmy przez Brukselę wskazywani jako państwo bezprawia czy łamania demokracji, dlatego że nie ma rozwiązań, na jakie oczekują aktywiści LGBT. I ten problem też trzeba widzieć w tym kontekście. Oczywiście jest presja zagranicy, ale słaba jest też presja społeczna na rząd, na polityków, którzy są poddani różnym naciskom. Przypomnijmy sobie chociażby Fransa Timmermansa. Ale to nie zmienia sytuacji, że bierność ludzi o poglądach konserwatywnych też skutkuje tym, że nie osiągamy pewnych celów.
Tylko czy rządzący wybrani przez Naród nie powinni służyć tym, którzy ich powołali do tych funkcji, a nie ulegać strachom Brukseli?
– To prawda, tylko proszę pamiętać, że w wielu kwestiach rząd, politycy Zjednoczonej Prawicy jednak nie ulegli presji Brukseli. Niczego nie zmienili w ochronie życia, ale obiektywnie oceniając, też nie ulegli presji w drugą stronę. Owszem, pan redaktor ma rację, że politycy katolicy mają więcej zobowiązań niż tylko uleganie takiej czy innej presji wewnętrznej czy zewnętrznej, to prawda, ale obywatel katolik oraz organizacje i ruchy religijne, których na Mszy św. w Lublinie nie dostrzegłem, mają o wiele większe moralne zobowiązanie, niż tylko siedzieć w domu. I teraz niech wszyscy uderzą się w piersi: politycy, ruchy i organizacje religijne, duszpasterze i zwykli katolicy. I jeśli to wszystko zsumujemy, to mamy prawdziwy obraz tego, co widzimy na co dzień, mianowicie, że pochód rewolucji kulturowej kroczy pośród nas, a my się temu bezczynnie przyglądamy.
Dziękuję za rozmowę.

