logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Powyborcze scenariusze

Piątek, 25 października 2019 (14:13)

Z Andrzejem Maciejewskim, politykiem, posłem VIII kadencji Sejmu, politologiem, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Kiedy PiS zwraca się o powtórne przeliczenie głosów w wyborach do Senatu, to pojawia się krzyk o końcu demokracji, ale kiedy robi to Koalicja Obywatelska, to wszystko jest w porządku. Czy to nie obłuda?

– Obie strony są siebie warte. Kiedy składają protesty, mówią, że są słuszne, a kiedy to samo robią ich konkurenci, słyszymy, że są naciągane. Jest to zatem grzech obu stron. Kiedy dzisiaj przyglądam się temu wszystkiemu jako komentator i były polityk sejmowy, to obiektywnie rzecz biorąc, mogę powiedzieć, że obie strony są siebie warte. Składając protesty, szukają możliwości wytargowania jednego czy dwóch mandatów, bo w Senacie – na dzisiaj – większość ma opozycja, a nie strona rządowa. Arytmetyka jest pod tym względem nieubłagana. Zatem – w mojej ocenie – wszyscy prowadzą grę polityczną z wykorzystaniem możliwości odwołań, które daje im prawo.

Nie ma jednak wątpliwości, że jeśli chodzi o wybory parlamentarne, to PiS jest zwycięzcą?

– W wyborach do Sejmu owszem, ale jeśli chodzi o Senat, to  największym klubem będzie Klub PiS, ale zjednoczone siły opozycji mają większość – tak to wygląda od strony arytmetyki. Oczywiście możemy się posługiwać figurami retorycznymi, urządzać żonglerkę cyframi, ale takie są fakty. Żeby rządzić Senatem, trzeba mieć 50 głosów plus jeden i jeśli żadna z sił tego nie ma, to nikt nie będzie rządził. Taka jest arytmetyka, że jeśli nie ma większości żeby rządzić samodzielnie, to muszę szukać koalicjantów. PiS wygrało wybory do Senatu, ale na dzisiaj nie ma koalicjanta, który, dołączając, postawiłby przysłowiową kropkę nad „i” i dał tej formacji większość w Senacie.

Czy i na ile może to utrudnić rządzenie?

– To może być uciążliwe, a początkiem tych utrudnień może być wybór marszałka Senatu. Żeby wybrać marszałka Senatu, trzeba mieć większość, a zatem może się okazać, że Stanisław Karczewski, desygnowany na to stanowisko, przegra dwoma głosami. Oczywiście jest też pytanie, jaka będzie frekwencja w momencie pierwszego głosowania, ilu senatorów weźmie udział w głosowaniu, ilu wyjdzie. Proszę pamiętać, że w parlamencie głosuje się także nogami i sam fakt niewzięcia udziału powoduje, że obniża się próg i z automatu jest wtedy inna arytmetyka.

Wracając do protestów wyborczych, Grzegorz Schetyna próbuje uruchomić opinię międzynarodową do ewentualnego powtórnego liczenia głosów. Czy możemy mieć kolejną odsłonę spektaklu „ulica i zagranica”?

– Nie sądzę, żebyśmy mieli powtórkę. Tak czy inaczej jesteśmy świadkami wojny między opozycją, która na dzisiaj próbuje sama siebie zjadać czy też wykorzystać własne słabości. Nikt nie ma wątpliwości co do tego, że jest kryzys lidera na gruncie Platformy. To, że Lewica osiągnęła sukces, wchodząc z przyzwoitym wynikiem do Sejmu, to też jest fakt, tylko że ten konglomerat Zjednoczonej Lewicy już zaczyna się dzielić.

Jednocześnie padają pytania: a może by tak jeszcze ugryźć Platformę, a może nawet przejąć Platformę? To wszystko powoduje, że na gruncie nowej kadencji parlamentu będziemy mieli ciekawą sytuację, kiedy wspomniane ugrupowania, które weszły do Sejmu, szybko zaczną się dzielić, szybciej niż w Sejmie VIII kadencji. Możemy mieć zatem sytuację, że poszczególni koalicjanci rozproszą się na koła, kółeczka, co oczywiście będzie bardzo wygodne dla partii rządzącej. W efekcie może się okazać, że dzięki temu rozproszeniu większości, która wygrała wybory, będzie zdecydowanie łatwiej rządzić.

Grzegorz Schetyna jednak nie chce oddać władzy w Platformie. Czy możliwe jest zatem – jak Pan mówi – że stanie się ona partią schyłkową?

– Nie wiem. Wszystko się może wydarzyć, bo – jak widać – chętnych do przejęcia schedy po Grzegorzu Schetynie jest wielu. Ale nie dotyczy to tylko Platformy, gdyż tarcia są wszędzie. Jest zatem pytanie, co z partią Jarosława Gowina – Porozumieniem. Wczoraj nowo wybrani posłowie odbierali zaświadczenia o wyborze i pierwszy raz chodzili po Sejmie z plakietkami Porozumienia. O ile przez cztery lata posłowie Jarosława Gowina bardzo posłusznie mówili: my, Zjednoczona Prawica, Klub Prawo i Sprawiedliwość, o tyle teraz zaczynają manifestować swoją odrębność.

Co to może oznaczać?

– Warto się zastanowić, czy prezes Jarosław Kaczyński nie wyhodował sobie dwóch, bo chodzi tu też o Solidarną Polskę – ugrupowanie Zbigniewa Ziobry – politycznych konkurentów. Zarówno Jarosław Gowin, jak i Zbigniew Ziobro mają świadomość, że bez nich nie powstanie rząd Zjednoczonej Prawicy.

Ale mają też chyba świadomość, że bez PiS w Sejmie będą tylko podrzędnymi ugrupowaniami, kołami poselskimi?

– Formalnie mogą być klubami. Co więcej – wczoraj byłem w Sejmie i w kuluarach mówi się, że Platforma puszcza oko do Gowinowców. A to może być problem dla PiS. Chodzi o podkreślenie wątków gospodarczych, biznesowych, a tym samym, żeby Jarosław Gowin zyskał dodatkowe atuty do rozmowy z prezesem Kaczyńskim.   

Jeśli chodzi o to oko puszczane do Gowina, to w myśl powiedzenia „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki” raczej trudno liczyć na jego powrót na łono Platformy?

– To jest polityka. W parlamencie mijającej kadencji niektórzy posłowie na przestrzeni czterech lat zdążyli przejść przez trzy kluby. Znam przypadki posłów, którzy byli w klubie Platformy, przeszli do Nowoczesnej, a w efekcie wrócili do swojej macierzystej partii. Był przypadek posła, który wszedł do Sejmu z Ruchu Kukiza, przeszedł do Nowoczesnej, a następnie wylądował w Platformie. Taka jest polityka i proszę mi wierzyć, że tutaj nie ma zasad, a liczy się czysta polityczna kalkulacja.   

Platforma, która sama trzęsie się w posadach, chce dzielić PiS?

– Co się zatem takiego stało, że Gowinowcy nagle zaczynają podkreślać swoją odrębność i mówią – nie jesteśmy Prawo i Sprawiedliwość, tylko wyraźnie akcentują, że są z Porozumienia? Proszę zwrócić uwagę, że nawet sam Jarosław Gowin chodzi do telewizji z przypinką Porozumienia. Przedtem szyld Porozumienia był skrzętnie ukrywany, chowany. To powinno dać wszystkim do myślenia…

Czego zatem możemy się spodziewać?    

– Wszystko może się wydarzyć. Jak wspomniałem – wczoraj byłem w Sejmie i rozmawiałem z kolegami posłami, którzy mówią, że obecna IX kadencja Sejmu może być jeszcze bardziej ciekawa od poprzedniej, co więcej – w rozmowach pojawia się pewien trend, że może to być kadencja krótsza niż cztery lata. Pewnym testem na długość tej kadencji będą przyszłoroczne wybory prezydenckie.

Możemy mieć zatem kolejną odsłonę brudnej kampanii?

– Każde wybory mają swój klimat, znamiona czystej, a ostatnio częściej brudnej kampanii. W polityce liczy się skuteczność i tak do tego podchodzą politycy.

Co można zarzucić obecnemu prezydentowi?

– Jest tylko jedna rzecz, którą można wygrać z prezydentem Andrzejem Dudą – sięgnięcie do jego zapowiedzi z poprzedniej kampanii wyborczej. Co obiecał, co zrobił, a czego nie zrealizował. I to w przypadku urzędującego prezydenta będzie punktowane w nowej kampanii, nie trzeba brudnej kampanii.

Żeby pokonać Andrzeja Dudę, trzeba mieć kontrkandydata. Czy coraz bardziej podzielona opozycja jest w stanie wystawić takiego kandydata?

– W kuluarach sejmowych słychać, że taki kandydat zostanie wyłoniony. Forma jest mało istotna.

Wierzy Pan w to, że opozycja jest w stanie się zjednoczyć i wystawić wspólnego kandydata w I turze?

– Tak. Na tym etapie może być wszystko. Lekcja z wyborów parlamentarnych pokazała, że jeżeli opozycja idzie grupą, to wygrywa, a jeśli w rozproszeniu, to przegrywa i jest poza parlamentem. Ci, którzy nie weszli w żadne koalicje, przestali istnieć politycznie.

No tak, ale o zwycięstwie można mówić, jeśli się rządzi, a opozycja nie rządzi. 

– Dobrze, ale w Senacie opozycja już jest języczkiem u wagi i teraz, jeśli udałoby się im sprytnie wyrwać paru Gowinowców z szeregów Zjednoczonej Prawicy, to rządy PiS wcale nie będą takie pewne. W polityce na tym etapie może się jeszcze wszystko wydarzyć. Mam wrażenie, że kierownictwo PiS nie doceniło, nie wyczuło klimatu u Jarosława Gowina i u Zbigniewa Ziobry. Dano im więcej, niż mogli otrzymać, a tym samym pozwolono im nadmiernie wzrosnąć.

Dlatego wcale nie zdziwiłbym się, gdyby Gowinowcy ulegli podszeptom nowej Platformy, gdyż należy się spodziewać, że powstanie nowa Platforma, bo inaczej formację tę czeka rozpad. Platforma musi zatem się zreflektować, dłużej nie może udawać, że jest lewicą, ale musi wrócić do chadeckości, do centryzmu, do partii środka. Nie może się dłużej ścigać z Lewicą na lewicowość, jak to jest pod wodzą Grzegorza Schetyny. Pytanie, co się wydarzy, jeśli w Platformie zmieni się lider. Może się okazać, że wówczas będzie to partia umiarkowanego środka, która zacznie przejmować niezdecydowanych.

                      Dziękuję za rozmowę.

       

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl