logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Wciąż czekamy na prawdę

Niedziela, 27 października 2019 (19:24)

Z senator Alicją Zając z Prawa i Sprawiedliwości, wdową po senatorze Stanisławie Zającu, który zginął w katastrofie rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r., rozmawia Mariusz Kamieniecki

Polscy prokuratorzy wraz ze specjalistami udają się do Rosji. Jak słyszymy, celem jest wykonanie badań wraku Tu-154M, które za niezbędne uznali amerykańscy eksperci współpracujący z naszymi śledczymi. Czy powinniśmy sobie coś obiecywać po tej wizycie?

– Muszę powiedzieć, że właściwie to nie ma miesiąca, żeby z prokuratury nie przychodziła do nas – rodzin jakaś informacja, zawiadomienie o krokach podejmowanych w ramach prowadzonego śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. Jak widać, śledztwo cały czas trwa i postępuje – oczywiście mam na myśli stronę polską, bo co się dzieje w Rosji, to tego nie wiemy. Mam nadzieję, że polscy prokuratorzy i specjaliści, którzy udają się do Rosji, zostaną dopuszczeni do szczątków naszego wraku, a przeprowadzone badania będą dalszym krokiem w kierunku ustalania przyczyn katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku.

Przed nami 10. rocznica tragedii smoleńskiej, a Rosjanie nie zrobili żadnego gestu w naszym kierunku. Zresztą na żaden dobry, nieprzymuszony, dobrowolny gest ze strony Moskwy osobiście nie liczę. Natomiast pod naciskiem opinii międzynarodowej być może uda się cokolwiek od Rosjan wyegzekwować. Szkoda, że nie stało się to bezpośrednio po katastrofie w 2010 roku, bo wtedy i dzisiaj – w sprawie wyjaśniania przyczyn i okoliczności katastrofy – bylibyśmy w zupełnie innym miejscu, niż jesteśmy.          

Wspomniała Pani o informacjach otrzymywanych przez rodziny od prokuratury. Jakiego rodzaju są to informacje i na jakim etapie śledztwa dzisiaj jesteśmy?

– Na jakim etapie jest śledztwo, tego nie wiemy, natomiast otrzymujemy dość często od prokuratury informacje np. o skierowaniu próbek do badań, informacje o przesłuchaniu pewnych osób, czy o postępowaniu wobec takich czy innych osób. Nazwiska, które są tam wymieniane niewiele nam mówią, natomiast myślę, że badane są w sposób szczegółowy pierwsze godziny po katastrofie 10 kwietnia 2010 roku, ale również przed tragedią, a więc sprawy związane z przygotowaniem lotu do Smoleńska oraz wizytą w Katyniu polskiej delegacji z prezydentem RP na czele.

Co do tego, że ta wizyta była źle przygotowana przez kancelarię ówczesnego prezesa rady ministrów Donalda Tuska, to chyba nie ma wątpliwości, podobnie jak działania bezpośrednio po katastrofie tak po stronie rosyjskiej, jak i polskiej…

– Jako rodziny ofiar katastrofy chyba najlepiej doświadczyliśmy niechęci czy wręcz traktowania nas jako natrętów, którzy nie wiadomo czego chcą od ówczesnych władz. Nasze zainteresowanie dotyczące chęci wyjaśnienia okoliczności śmierci naszych bliskich było niemile widziane. Zasadniczo traktowano nas w sposób bardzo oschły, nieczuły, bez empatii – delikatnie rzecz ujmując, ale były też osoby – nad czym ogromnie ubolewam – źle traktowane w prokuraturze wojskowej.

Pani również tego doświadczyła?    

– Nie, mnie to akuratnie nie dotyczyło, ale wiem z relacji rodzin, że nie były to przyjemne spotkania. To przykre, bo jednak mundur zobowiązuje i należało przynajmniej w rzetelny sposób wykonać swoje obowiązki, bez ostentacyjnego okazywania niechęci. Nie mówię już o niechęci, gdzie były próby stawiania niektórych rodzin smoleńskich jako gorszych, którym zarzucano rzekome roszczenia, że chcą na śmierci swoich bliskich zyskać. Nikt z nas nie wysuwał żadnych roszczeń, bo każdy, kto traci kogoś bliskiego – zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach – wie, że w takich sytuacjach nie myśli się o jakichś domniemanych korzyściach, ale przeżywa się ból.

Ktoś, kto tego nie rozumie, jest bardzo ubogi uczuciowo i należy mu tylko współczuć. Są to naprawdę przeżycia, o których się nie zapomina bez względu na upływający czas. Te wspomnienia wciąż i zawsze będą nam towarzyszyć, nie tylko w okolicach zbliżających się kolejnych rocznic śmierci, ale praktycznie cały czas.   

Czy teraz sposób podejścia śledczych i traktowanie rodzin smoleńskich się zmieniło?

– Zdecydowanie tak. Od czasu ekshumacji przynajmniej mamy pewność, że w grobach, które odwiedzamy, spoczywają szczątki naszych bliskich zmarłych. Przed nami uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny i po ekshumacjach – kolejny rok – spokojnie możemy się przygotować do tych smutnych dni i odwiedzać groby naszych bliskich.

Wracając jednak do ekshumacji – muszę przyznać, że bardzo się obawiałam tego momentu, kiedy trzeba będzie uczestniczyć w tym bolesnym wydarzeniu, ale sposób postępowania prokuratorów i innych osób wykonujących czynności ekshumacyjne nocą, bo przecież to się odbywało w porze nocnej, były nadzwyczaj dyskretne, delikatne. Byliśmy w tym czasie otoczeni taką opieką, jaką powinniśmy być, a niestety nie byliśmy, 10 kwietnia 2010 roku czy w kolejnych dniach po tej dacie.

Nie było żadnej empatii?

– Oczywiście nie mogę powiedzieć, że wszyscy byli nieczuli, że nie było znikąd pomocy, bo byłoby to zbytnie uproszczenie. Na przykład ze strony wojewody, urzędników czy ze strony Kancelarii Senatu RP ta opieka była, natomiast nasze zastrzeżenia dotyczą głównie ówczesnego rządu premiera Tuska, że oddał sprawę śledztwa Rosjanom. To jest główny powód niewyjaśnienia do dziś tego, co tak naprawdę wydarzyło się 10 kwietnia w Smoleńsku.

Nie mam wątpliwości, że gdyby wtedy została powołana międzynarodowa komisja do wyjaśnienia przyczyn i okoliczności katastrofy, to wiedzielibyśmy dużo, dużo więcej. Oczywiście, że zespół Antoniego Macierewicza posunął sprawę do przodu, ale tu potrzebne były także działania ze strony gremiów międzynarodowych, a tego niestety zabrakło. Owszem, w ostatnim czasie włączyły się laboratoria i ośrodki międzynarodowe, ale to się stało dopiero za rządów Prawa i Sprawiedliwości. Jestem pewna, że nigdy by się to nie stało, gdyby dalej rządziła Platforma z PSL-em.

Ostatnio jakoś nic nie słychać o pracach Komisji smoleńskiej Antoniego Macierewicza.

– Badania trwają, ale myślę, że większość działań prowadzi jednak prokuratura, która posiada do tego wszystkie niezbędne instrumenty. Komisji – przy całym szacunku do wykonanej pracy – jest jednak znacznie trudniej. Mam akuratnie przed sobą dokument z Prokuratury Krajowej z 2 października tego roku, jest to postanowienie o dopuszczeniu dowodu z opinii zespołu biegłych z zakresu medycyny sądowej zobowiązujący zespół biegłych do wydania jednej wspólnej opinii końcowej uwzględniającej wszystkie dotychczasowe opinie medyczne wykonane przez stronę rosyjską.

To pokazuje, że po ekshumacjach i badaniach laboratoryjnych przeprowadzonych w Polsce analizowane i weryfikowane są dokumenty medyczne przekazane stronie polskiej przez Rosjan wykonane po katastrofie. Widać zatem, że cały czas coś się dzieje, ale straconego czasu z pierwszych miesięcy po tragedii smoleńskiej nikt już nie wróci i to też sprawia, że całe śledztwo trwa tak długo i pewnie jeszcze potrwa. Kiedy Prokuratura Krajowa przejęła wszystkie działania dotyczące śledztwa, to jako rodziny uważamy, że jest szansa na poznanie jakichś nowych szczegółów, ale to musi trwać. Najważniejsze jest bowiem wiarygodne podanie do wiadomości efektów badań i porównanie ich z wynikami badań strony rosyjskiej.

Jeśli mieliśmy na przykład takie fakty, że opisy rosyjskie dotyczące szczątków, dajmy na to, wagi czy koloru włosów osób badanych w Zakładzie Medycyny Sądowej w Moskwie były zupełnie rozbieżne ze stanem faktycznym, to jak można takie dokumenty przyjąć za wiarygodne. Musimy je zatem zweryfikować krok po kroku i oceniam, że tak właśnie się dzieje, ale dopiero dzisiaj, bo za rządów premierów Tuska czy Kopacz tego nie było – niestety! Mam nadzieję, że to przybliża nas do poznania prawdy.

Za rządów Platformy i PSL-u takich informacji o postępach śledztwa rodziny smoleńskie nie otrzymywały?

– Byliśmy dwukrotnie przesłuchani przez prokuratorów wojskowych w trybie pomocy Rosjanom, jako rodziny mieliśmy – na początku – dwa spotkania z premierem Tuskiem i tymi osobami, które w pierwszych dniach po katastrofie były odpowiedzialne, jak np. ówczesna minister zdrowia Ewa Kopacz czy szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Tomasz Arabski, ale nie zapamiętamy tych spotkań dobrze. Byliśmy bowiem traktowani jako osoby roszczeniowe, co absolutnie nie było prawdą. Po prostu domagaliśmy się od władz rzetelnego prowadzenia śledztwa, którego wówczas nie było.

Rosjanie konsekwentnie odmawiają zwrotu wraku tupolewa. Pani zdaniem, jest szansa, że główny dowód w śledztwie trafi w końcu do Polski?

– Myślę, że będzie to trudne, co nie znaczy, że niemożliwe. Po raz kolejny sprawa rozbija się o początek działań tuż po katastrofie, kiedy ekipa premiera Donalda Tuska popełniła kardynalne błędy pokutujące do dzisiaj. Trzeba było zdecydowanie wyrazić wolę zabrania wraku do Polski i dopóki Rosjanie nie spełnią tego warunku, nie wyjeżdżać ze Smoleńska.

To było do zrobienia?

– Uważam, że tak. Zresztą Rosjanie mieli chyba świadomość tego, że każda odmowa w tym zakresie poszłaby w świat i opinia międzynarodowa na pewno by zareagowała. Powiem coś jeszcze – mianowicie ci, którzy jakiś czas po katastrofie w Smoleńsku byli tam na miejscu i rozmawiali z okolicznymi mieszkańcami, słyszeli wątpliwości co do tego, czy to, co zostało, to rzeczywiście jest wrak samolotu, który rozbił się 10 kwietnia 2010 roku? Myślę, że to jest pytanie wciąż otwarte. Zresztą, kiedy oglądamy zdjęcia wraku zrobione jakiś czas po katastrofie, widzimy, jak te fragmenty są wypolerowane, wręcz lśnią czystością, to musi się pojawić wątpliwość. Wystarczy to porównać ze zdjęciami, które oglądaliśmy z miejsca tragedii dzień czy dwa po katastrofie, które pokazywały, jak ten wrak wyglądał… Ponadto zastanawiające jest to, po co na oczach całego świata niszczono wrak, wybijając np. szyby, łamiąc elementy poszycia itd.?

Dla nas, rodzin, te obrazy są szczególnie bolesne, bo wtedy do końca nie wiedzieliśmy, gdzie są szczątki naszych bliskich, czy nie leżą jeszcze na tym pobojowisku, w tym błocie. Jak się później okazało, jeszcze długo wydobywano je z miejsca katastrofy, wbrew temu, o czym z mównicy sejmowej przekonywała Ewa Kopacz, że miejsce to zostało dokładnie przekopane, centymetr po centymetrze, do ponad metra w głąb w poszukiwaniu fragmentów ciał, czy o tym, z jakim szacunkiem Rosjanie traktowali ciała naszych bliskich. Później wyszło na jaw, jaka była prawda. Pamięć tego i obrazy, jakie widzieliśmy, pozostaną z nami już do śmierci.

                 Dziękuję za rozmowę.

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl