logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Każdy scenariusz jest prawdopodobny

Czwartek, 14 listopada 2019 (22:07)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem Instytutu Sobieskiego, posłem VIII kadencji Sejmu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Prezydent Andrzej Duda desygnował dziś Mateusza Morawieckiego na premiera i powierzył mu misję utworzenia rządu. Jednak dużych zmian nie będzie.

– Póki co, mamy nominację tylko dla premiera Morawieckiego, jutro może nastąpić powołanie nowego rządu, a exposé premiera w Sejmie spodziewane jest we wtorek, 19 listopada. Stabilność z pewnością jest dobrym symptomem, ale jednocześnie należy pamiętać o tym, że sytuacja się zmieniła. Owszem Zjednoczona Prawica ma większość w Sejmie, ale ta większość jest – rzec można – na granicy. Jeśli weźmiemy pod uwagę zdarzenia losowe, również to, że część posłów będzie w ministerstwach, a co za tym idzie będzie miała swoje obowiązki, tudzież wyjazdy zagraniczne, to takie sytuacje mogą się okazać uciążliwe dla rządzących i powodować pewne problemy.

Tyle że w Sejmie PiS ma swojego marszałka, a zatem jest możliwość regulowania terminami posiedzeń i pracami w Sejmie tak, aby ze sobą nie kolidowały…  

– Taka jest praktyka. Tak się robi i tak się zawsze robiło, ale zagrożenie tak czy inaczej istnieje. Ponadto widać też w rządzie nowe akcenty. Przed nami zmiana Komisji Europejskiej, dopięcie nowej perspektywy finansowej, a do tego wszystkiego dochodzi jeszcze brexit. Dlatego fakt utworzenia resortu spraw europejskich i powierzenie kierownictwa Konradowi Szymańskiemu oraz wyłączenie tego resortu z Ministerstwa Spraw Zagranicznych i wkomponowanie go w Kancelarię Prezesa Rady Ministrów wskazuje wyraźnie, że temat ten będzie priorytetem dla przyszłego rządu – a zatem Unia Europejska i dyskusje o przyszłości unijnego budżetu i podziału środków.

Jak kierunek Unia Europejska, to także nowe zadania…   

– Zgadza się, dlatego mamy odpowiedź, a więc rozbicie resortu środowiska i po części energii i powołanie nowego:  Ministerstwa do spraw Klimatycznych z Michałem Kurtyką na czele, które zajmie się sprawami ekologii, ochrony środowiska, szeroko pojętymi kwestiami nowych technologii. Jednocześnie ma być to przygotowanie – tak to odbieram – do nowej perspektywy unijnej, gdzie kładziony będzie nacisk właśnie na kwestie nowych technologii, kwestie środowiskowe czy klimatyczne. I stąd mamy odpowiedź na te nowe wyzwania. Według mnie, jest to forma mądrego budowania.

Jaką rolę ma spełniać Ministerstwo Nadzoru Właścicielskiego, którym pokieruje wicepremier Jacek Sasin?

– Wygląda na to, że mamy powrót do ministerstwa skarbu, ale to wskazuje też na sytuację w obozie Zjednoczonej Prawicy. To próba pogodzenia koalicjantów. Nie ukrywajmy, że spółki Skarbu Państwa zawsze są takimi „rodzynkami politycznymi”, i jako takie są przedmiotem zainteresowania polityków, a jednocześnie były też pewną formą bonusów. Fakt, że rękę nad tym wszystkim będzie miał wicepremier Jacek Sasin i ten łakomy kąsek nie zostanie oddany w ręce ani gowinowców, ani ziobrystów, wskazuje na to, że Prawo i Sprawiedliwość kontroluje sytuację, a jednocześnie nie pozwoli, żeby którakolwiek ze wspomnianych formacji przejęła nadzór w tym obszarze. Zwrócę jeszcze uwagę, że spółki Skarbu Państwa to są nasze srebra rodowe i one mają ważniejsze role czy zadania do spełnienia, dlatego będzie tutaj oczekiwanie, mają być one istotnym elementem budowania budżetu państwa. Mamy wskazanie, że polityka państwa w zakresie energetyki, a więc ropy i gazu, kopalni czy odnawialnych źródeł energii, to jest nasz interes – podobnie zresztą jak PKP czy udziały w bankach, na które państwo ma wpływ. Mamy zatem niby stary, nowy rząd, niby podobne twarze, ale konfiguracja jest zupełnie inna.

Dotyczy to nie tylko funkcji ministrów czy wiceministrów?  

– Z całą pewnością nie tylko, bo wszyscy zwracamy uwagę na ludzi z tzw. pierwszych szeregów, ale tak naprawdę trzon merytoryczny stanowią dyrektorzy poszczególnych departamentów. To od nich zależy, jaka będzie sytuacja w takim czy innym resorcie. Mówię to przez pryzmat doświadczeń posła, gdzie niejednokrotnie widziałem bezradność takiego czy innego ministra, lub wiceministra, kiedy dyrektor departamentu mówił jasno, że tego czy innego projektu, bądź planu nie da się zrealizować i koniec. Dlatego interesuje mnie bardzo, na ile rząd, który ma przed sobą drugie podejście, drugą kadencję, wyciągnie z tego wnioski. Zmieniać Polskę trzeba, ale sam fakt zmiany na stanowiskach to jeszcze za mało, bo tak naprawdę głównym rozgrywającym są dyrektorzy i wicedyrektorzy poszczególnych departamentów. To oni trzymają klucze do sukcesów lub do porażek danego rządu.

W Senacie większość ma opozycja, ma też swojego marszałka. Wszystko wskazuje na to, że tak łatwo już nie będzie jak w poprzedniej kadencji, a przynajmniej tempo reform może być wolniejsze?

– Opozycja w Senacie ma też większość w komisjach. A zatem Senat jest już rozegrany – przynajmniej na tym etapie. Jest to też, a przynajmniej powinna to być lekcja dla PiS, które Senat oddało, przegrało, i to na własne życzenie. Ktoś – widać – nie docenił, ktoś nie dopracował, nie przemyślał układów na listach i to, co mamy, jest naturalną konsekwencją popełnionych błędów. Miało być miło, łatwo i przyjemnie, a okazało się, że opozycja odrobiła pracę domową i PiS dostaje lekcję ostrzegawczą, żółtą kartkę przed czekającymi nas w przyszłym roku wyborami prezydenckimi. 

Czyli Senat może być izbą nie tyle refleksji, co oporu wobec władzy?

– Bez wątpienia będzie. Większość ma opozycja. Jak znam praktykę parlamentarną, to Senat będzie hamulcowym, będzie zatem opór. Tylko pytanie, czy to będzie na zasadzie nie, bo nie, dla zasady, czy też będzie to próba pokazania mądrych rozwiązań dla Polski – nie dla partii, tylko dla Polski. Ciekawi mnie zatem, jak to zostanie rozegrane.

Wczoraj do Sejmu trafił projekt PiS zakładający likwidację od 2020 roku górnego limitu przychodu, do którego płaci się składki na ubezpieczenia emerytalne i rentowe – tzw. 30-krotności ZUS. Jakie jest zagrożenie, że ta kwestia podzieli koalicję rządzącą?

– Według mnie, będzie to prawdziwy egzamin – być albo nie być gowinowców i sprawdzian, na ile Porozumienie jest lojalnym sojusznikiem PiS. Dzisiaj premier Morawiecki otrzymał oficjalnie od prezydenta Andrzeja Dudy nominację i misję tworzenia rządu, a zatem ruszyła maszynka związana z budowaniem nowego rządu. Tymczasem projekt likwidacja 30-krotności jest projektem nie rządowym, ale poselskim posłów PiS. Chodziło w nim – jak mniemam – bardziej o wysondowanie, jak zachowa się Porozumienie, ale też jak zachowają się posłowie z lewej strony sali sejmowej. Paradoksalnie – w tej sprawie – to Lewica może być sojusznikiem PiS, a nie Porozumienie Jarosława Gowina. Ten projekt jest bowiem czymś, co dotyka najbogatszych, a jednocześnie daje dodatkowy zastrzyk do budżetu w kwocie ponad 7 mld zł. Nie wykluczam tego, że prezes Kaczyński chce mieć jasność, kogo ma na pokładzie, na kogo może liczyć i z kim może w tej kwestii dyskutować. Może się bowiem okazać, że dla Porozumienia sprawa tzw. 30-krotności jest to tak ważna kwestia, jednocześnie widząc nieco inną przyszłość dla siebie, że może powiedzieć: nie! Jestem ciekaw, co się stanie, jeśli przy ewentualnym głosowaniu Porozumienie zagłosuje w tej sprawie przeciw. Dzisiaj deklaracje polityków Porozumienia są jasne i mówią, że będą głosować przeciw. W tym momencie dochodzimy do tego, że szeroko pojęta Prawica musi się najpierw sama dotrzeć i odpowiedzieć sobie na pytanie czy stary, nowy rząd będzie miał taka samą formułę jak dotychczas, czy też czeka nas nowa konfiguracja. Jeżeli bowiem gowinowcy zrobiliby politycznego „fikołka” i powiedzieli: nie, to mam wrażenie, że mielibyśmy do czynienia z czymś nowym na scenie politycznej.

Tylko, czy taki „fikołek” się gowinowcom opłaca? W koalicji z PiS rządzą krajem, a sami znikną w sejmowym gąszczu…   

– Ma pan rację, ale w tym wszystkim muszą być jeszcze wiarygodni dla swoich wyborców. Jeżeli jako partia Porozumienie powiedziało, że będzie przeciw tzw. 30-krotności, to albo pokażą swoją odrębność i wiarygodność, albo się skażą na śmieszność. Nie wykluczałbym też, że jest to świadome postawienie sprawy przed PiS, że owszem będziemy nadal w koalicji Zjednoczonej Prawicy, ale to już nie będzie koalicja tak piękna i miła jak w poprzedniej kadencji, będziemy też stawiać swoje warunki. Według mnie, najbliższe tygodnie będą bardzo ważne, bo jeśli Porozumienie zagłosuje przeciw – tak jak zapowiada, to w tym momencie, może się okazać, że cała dyskusja o nowym rządzie jest właściwie bezprzedmiotowa. Może się zatem okazać, że ta cała budowla się rozsypie, a wtedy będziemy mieli kompletnie nowy obraz politycznej rzeczywistości. Nowy rok, szczególnie rok budżetowy będzie bardzo istotny w kwestiach gospodarczych, wszyscy wiedzą, że idzie spowolnienie, przed nami też walka o unijny budżet, a na horyzoncie jeszcze mamy brexit i zobaczymy, jak cała ta sytuacja się rozwinie. Wygląda to bardzo poważnie.

Czy na polityków z partii Gowina PiS może liczyć?

– Mam wrażenie, że mają chrapkę na więcej, a jednocześnie nie wykluczyłbym scenariusza, że wyjdą z koalicji Zjednoczonej Prawicy jako frakcja i założą własny klub. Wtedy zostaną ustalone nowe zasady, powstanie nowy kontrakt, ale to oznaczałoby, że pójdą va banque.

To mogłoby oznaczać nowe przyspieszone wybory na wiosnę. Tylko komu to dzisiaj potrzebne?

– Wbrew pozorom byłoby to wygodne dla PiS, mianowicie połączone kampanie do parlamentu i prezydencka wyrzuciłyby za burtę przeciwników, zmobilizowałoby szeregi, żeby nie było powtórki z Senatem. Ponadto można by się spodziewać jeszcze większej mobilizacji Lewicy i zupełne rozsypanie się Platformy, a zatem mogłoby się okazać, że polska scena polityczna będzie miała zupełnie nowy kształt.

Prezes Jarosław Kaczyński już raz zdecydował się na podobny manewr i przegrał…

– Mam wrażenie, że więcej – na dzisiaj – nie da się zrobić, kto wie, jak będzie z przyjęciem budżetu. Pozostaje albo grać na czas, albo stanąć twardo i powiedzieć, że chcemy rządzić, chcemy zmieniać Polskę na lepsze, ale nam nie dają, dlatego potrzebujemy prawdziwej większości. W tym momencie oznacza to mobilizację, a jednocześnie ewentualną porażkę, zwłaszcza że budżet może być niepewny itd., to wszystko sprawi, że ludzie będą pamiętać dobre czasy rządów PiS, jednocześnie uświadomią sobie, że kiedy będzie rządziła opozycja, to już tak dobrze i przyjemnie nie będzie. Połączone wybory prezydenckie z parlamentarnymi – tylko z miesiącem różnicy – spowodowałyby, że prezydent Andrzej Duda miałby inną, jeszcze lepszą sytuację. Ponadto Platforma czy Lewica na dzisiaj nie są w stanie stworzyć rządu, ci ludzie nigdy nie dojdą do porozumienia, a PSL, który owszem ma swoje ambicje, mógłby, co najwyżej, stworzyć rząd techniczny, ale to byłoby tylko dryfowanie, nie rządzenie. Wracając jednak do PiS, czasem warto umieć przegrać, żeby ludzie docenili, co było i co stracili. W PiS, mam wrażenie, ktoś zrozumiał, że tak rozpuścili wyborców, że dzisiaj oni nie widzą różnicy, dlatego potrzebują solidnego kopa, zagrożenia, że ktoś im zabierze to, co dał PiS, że coś im ograniczy. A to może dać PiS w przyszłości władzę jeszcze większą niż teraz. Dlatego obecna władza nie będzie długa, bo zmierzamy do systemu hiszpańskiego, a jeśli w to wszystko wkomponuje się problem z brexitem, co wydaje się nieuchronne, to w rządzie mają tego świadomość, że lepiej odejść pod pretekstem nieuchwalonego budżetu, bojkotu totalnych, którzy tworzą obstrukcję w Senacie, co uniemożliwia rządzenie i reformowanie Polski. Możemy mieć zatem zgłoszenie dymisji rządu, a jednocześnie brak możliwości stworzenia rządu przez totalną opozycję. I wyjściem z tej sytuacji byłoby tylko rozwiązanie Sejmu i rozpisanie nowych wyborów. Jeśli Jarosław Gowin obleje test wiązany z projektem tzw. 30-krotności, to nikt w PiS nie będzie dalej ryzykował i właściwie każdy scenariusz może być prawdopodobny, łącznie z przeformatowaniem koalicji Zjednoczonej Prawicy. W tym układzie gowinowcy pójdą do Koalicji Polskiej.  

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl