logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Matuszak/ Nasz Dziennik

Rachunek za klimat

Niedziela, 24 listopada 2019 (11:54)

Polska od 1989 roku zapłaciła ogromną cenę za transformację gospodarczą, realizowaną wbrew narodowym interesom. Czy tym razem, pod dyktando Brukseli i pod sztandarem ochrony klimatu, damy się po raz kolejny wpędzić w gospodarczo-społeczną zapaść?

Na forum międzynarodowym toczy się debata klimatyczno-energetyczna, jak w praktyce chronić klimat, wdrażając postanowienia porozumienia paryskiego. Unia Europejska chce jednak iść dalej, niż uzgodniono w Paryżu, kreując się na globalnego lidera w działaniach na rzecz klimatu. Pod hasłem neutralności klimatycznej, a nie jak dotąd dekarbonizacji, forsuje „zero netto” emisji już do 2050 roku, a nie jak ustalono w Paryżu do końca wieku.

Nasuwa się pytanie, czy obecna emisja 4,5 mld ton dwutlenku węgla w UE ma być zupełnie zredukowana m.in. poprzez wycofanie węgla i innych paliw kopalnych z gospodarki? Uderzyłoby to we wszystkie jej gałęzie, począwszy od energetyki, poprzez transport, a skończywszy na rolnictwie. Dla Polski najkorzystniejsza jest koncepcja przyjęta przez 195 państw podczas szczytu klimatycznego w Paryżu, uwzględniająca, zgodnie z koncepcją prof. Jana Szyszko, bilansowanie emisji dwutlenku węgla przez pochłanianie przez lasy.

Na 12 grudnia br. planowany jest szczyt Rady Europejskiej, podczas którego szefowie państw i rządów krajów unijnych mają sfinalizować wytyczne dotyczące długoterminowej strategii UE w zakresie zmiany klimatu. Bruksela chce przedstawić dokument już na początku 2020 roku, na forum Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC).

Enigmatyczna definicja

Przedstawiciele NSZZ „Solidarność” podnoszą, że urzędnicy unijni bez komentarza pozostawiają fakt, że ani porozumienie paryskie, ani znane dokumenty UE nie wprowadzają wystarczająco precyzyjnej definicji pojęcia neutralności klimatycznej.

– Biorąc pod uwagę globalny charakter uzgodnionych celów, brak jasnej definicji neutralności klimatycznej jest przeszkodą dla choćby przybliżonego określenia kosztów realizacji tego projektu, zarówno dla Polski, jak i całej UE – podkreśla Zbigniew Gidziński, ekspert NSZZ „Solidarność” ds. polityki klimatycznej.

Społeczne koszty polityki neutralności klimatycznej już podsumował szef NSZZ „Solidarność” Piotr Duda w piśmie skierowanym na początku listopada do premiera Mateusza Morawieckiego. – Tak zwana neutralność klimatyczna spowoduje społeczno-gospodarczą degradację naszego kraju na skalę niespotykaną od zakończenia II wojny światowej – ocenił szef „Solidarności”, zapowiadając jednocześnie protesty przeciwko tym rozwiązaniom. Piotr Duda nie zgadza się też z propozycją Komisji Europejskiej, w której nie ma jednoznacznego rozumienia równowagi pomiędzy emisją dwutlenku węgla a pochłanianiem tego gazu m.in. przez lasy, gleby czy torfowiska. A o taką interpretację szczególnie zabiegał prof. Jan Szyszko i do tej koncepcji udało się przekonać większość państw na szczycie klimatycznym w Paryżu w 2015 roku. „Solidarność” obawia się, że wdrożenie w życie postulatów klimatycznych Brukseli doprowadzi do likwidacji szeregu segmentów gospodarki. Już dziś polskie firmy nie wytrzymują konkurencji na światowych rynkach z zakładami prowadzonymi w państwach, które nie realizują polityki ochrony klimatu.

W maju tego roku decyzję o „czasowym wygaszeniu” produkcji w Polsce podjęli właściciele krakowskiej huty Sendzimira ze względu na rosnące i wysokie ceny energii oraz koszty uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Właściciele ArcelorMittal nie kryli, że realizowany już dziś w Polsce unijny pakiet klimatyczno-energetyczny był jednym z powodów wygaszenia pieca.

– Zamknięcie europejskich hut czy cementowni nie sprawi, że przestaniemy w Europie używać stali oraz cementu – przekonuje Piotr Duda i dodaje, że te oraz wiele innych dóbr będziemy zmuszeni sprowadzać spoza Europy, głównie z krajów, w których nie obowiązują żadne normy emisyjne.

Płacimy słony rachunek

Na początku października Krzysztof Tchórzewski, ówczesny minister energii, podczas Kongresu 590 w podrzeszowskiej Jasionce oszacował koszty realizacji przez Polskę unijnej koncepcji neutralności klimatycznej na kwotę od 500 do 700 mld euro. Złożą się na to m.in. koszty wdrażania odnawialnych źródeł energii, zmiany technologii na niskoemisyjne.

Wysoką cenę za udział w polityce klimatycznej już dziś płacimy m.in. poprzez rosnące ceny energii elektrycznej i ogólny wzrost cen. Najbardziej dotkliwie odczuwa to przemysł.

Od 2005 roku Polska uczestniczy w unijnym systemie handlu uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla. Kupują je zakłady, by zrekompensować emisję CO2. Od kilkunastu miesięcy polska gospodarka zaczyna szczególnie dotkliwie odczuwać brzemię tych zakupów. Obecnie przychody z aukcji stanowią pokaźną kwotę zasilającą budżety państw członkowskich, stąd ich poparcie dla europejskiej polityki klimatycznej. Jednak nie ma gwarancji, że sytuacja ta nie zmieni się w przyszłości. Już kilkakrotnie komisarz Günther Hermann Oettinger proponował przejęcie tych środków przez Komisję Europejską.

– Obecnie około 40-50 proc. kosztów produkcji energii związanych jest z zakupem uprawnień do emisji, które są przedmiotem obrotu na giełdzie, gdzie pojawia się czynnik nie do końca obiektywny, natury spekulacyjnej, zupełnie poza kontrolą państwa – mówi prof. Paweł Bogacz z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. I dodaje, że w sytuacji wyczerpujących się zasobów naturalnych musimy szukać źródeł energii odnawialnej, ale kwestia podchodzenia do tej sprawy od strony kosztów, zarówno ekonomicznych, jak i społecznych, budzi dziś kontrowersje. W wyniku wysokich cen uprawnień do emisji pod znakiem zapytania stanęło funkcjonowanie w Polsce branży elektrociepłowniczej, dla której znaczące opłaty za dwutlenek węgla, obok innych rosnących kosztów funkcjonowania, są zabójcze. W sierpniu w Elektrociepłowni Andrychów majątek zaczął zajmować komornik.

Izba Gospodarcza Ciepłownictwa Polskiego już we wrześniu ubiegłego roku zwróciła się do Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) i do Europejskiego Urzędu Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA) o kontrolę rynku emisji dwutlenku węgla. Nagłe zmiany cen uprawnień wzbudziły podejrzenie, że dochodzi na tym rynku do manipulacji. Nie jest bowiem tajemnicą, że w Europie działają duże firmy, które mogą skupować uprawnienia do emisji dwutlenku węgla z wyprzedzeniem i dyktować ceny. Uprawnienia te kupują też stowarzyszenia Zielonych, następnie je niszczą, co zmniejsza wolumen produkowanej energii. Nasze elektrownie w efekcie z dnia na dzień mogą znaleźć się w trudnej sytuacji finansowej, a co za tym idzie – cała gospodarka, w której energia elektryczna jest krwiobiegiem.

„Solidarność” jest oburzona, że rząd pozostawił praktycznie samemu sobie tak wrażliwy, a jednocześnie fundamentalny element gospodarki, stawiając pod znakiem zapytania naszą suwerenność. W dalszej bowiem perspektywie UE naciska, by Polska zrezygnowała z produkcji energii elektrycznej z węgla, na którym nadal w 70 proc. opiera się nasza energetyka.

– Nie odżegnuję się, że powinniśmy być liderem polityki klimatycznej, ale jako uczestnicy w wyścigu, który wspólnie podąża w tym samym kierunku. Tymczasem kolejne kraje na świecie wycofują się z realizacji polityki klimatycznej. Na początku listopada USA rozpoczęły proces wycofania się z porozumienia paryskiego z 2015 roku, mającego doprowadzić do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych – zwraca uwagę prof. Paweł Bogacz. Zdaniem Donalda Trumpa, porozumienie paryskie podpisane przez administrację jego poprzednika, prezydenta Baracka Obamę, zobowiązuje Stany Zjednoczone do redukcji emisji gazów cieplarnianych do 2025 roku o 26-28 proc. w stosunku do roku 2005. Amerykański przywódca tłumaczy, że chce w ten sposób chronić gospodarkę i przemysł w USA. Stany Zjednoczone obok Chin, które też nie sygnowały porozumienia klimatycznego, są największym emitentem gazów cieplarnianych na świecie.

Eksperci w Polsce nie kryją, że jeśli unijne postulaty weszłyby w życie, doprowadzą praktycznie do uśmiercenia polskiej gospodarki opartej na energetyce węglowej. Nie ma bowiem życia i rozwoju cywilizacji bez energii.

Profesor Władysław Mielczarski z Politechniki Łódzkiej uważa, że rezygnacja z węgla przez polską energetykę, co już jest widoczne w postaci braku inwestycji w nowe elektrownie, oznaczać będzie dla nas zapaść gospodarczą i utratę suwerenności.

– Już w 2027 roku możemy się spodziewać pierwszych blackoutów – całe miasta pogrążą się w ciemnościach z powodu braku prądu. Polska powinna pilnie inwestować w elektrownie węglowe. Z tych obecnych większość za 10 lat będzie już do zamknięcia – prognozuje prof. Mielczarski. Naukowiec dodaje, że trudno też dziś mówić o imporcie energii. Obecnie sieci przesyłowe są w stanie dostarczyć z zagranicy tylko 20 proc. naszego zapotrzebowania na prąd. W czerwcu rząd polski wraz z Czechami, Węgrami i Estonią postawił w Brukseli weto unijnym propozycjom wprowadzenia neutralności klimatycznej do 2050 roku. Czy nowy gabinet Mateusza Morawieckiego je podtrzyma? W wygłoszonym we wtorek exposé premier zapewnił, że Polska z węgla nie zrezygnuje.

Presja na Polskę, by realizowała narzucany przez UE pomysł nowego Zielonego Ładu, jest duża. 15 listopada br. rada dyrektorów Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI) podjęła decyzję o wycofaniu się z końcem 2021 roku z finansowania inwestycji związanych z gazem ziemnym, choć swoboda przepływu kapitału jest gwarantowana przez traktat europejski. Teraz będzie stawiać na odnawialne źródła energii. W ostatni wtorek PGE Polska Grupa Energetyczna SA wycofała się z rozmów dotyczących finansowania projektu budowy elektrowni węglowej o mocy 1000 MW w Ostrołęce. W zamian spółka Skarbu Państwa ogłosiła zaangażowanie w trzy znaczące inwestycje w odnawialne źródła energii. We współpracy z KGHM i PKP będzie budować farmy fotowoltaiczne, a z Orlenem – morskie farmy wiatrowe. PGE ma też zasilać istniejące już 52 stacje ładowania aut elektrycznych energią z odnawialnych źródeł.

Rolnictwo na cenzurowanym

Eksperci od rolnictwa ekologicznego nie kryją, że hodowla zwierzęca jest potrzebna, by ziemia wydawała dobre plony. Tymczasem w Brukseli coraz częściej pojawiają się opinie, by w ramach redukcji emisji dwutlenku węgla w ogóle na wsi zaprzestać hodowli zwierząt. Zarzucają, że zwierzęta hodowlane wpływają na ocieplenie klimatu.

Unijne pomysły ograniczenia produkcji rolnej próbują wdrożyć niemieckie landy i Holandia, co spotkało się z falą ogromnych protestów rolników, dla których wdrożenie nowych przepisów często oznacza bankructwo.

– W Holandii właśnie ze względu na politykę klimatyczną politycy i aktywiści postulują, aby ograniczyć produkcję rolną w tym kraju o połowę. Ekolodzy i politycy lewicy zrobili z klimatu nowego bożka, któremu nie-ustannie oddają hołd – mówi Szczepan Wójcik, prezes Instytutu Gospodarki Rolnej. I dodaje, że przykład holenderski pokazuje, że wizja świata oparta na niejasnych przesłankach klimatycznych (naukowcy przecież w tych sprawach prowadzą spór), może być brzemienna w skutkach. To również dla nas lekcja, z której powinniśmy wyciągnąć wnioski.

– Musimy w Polsce zrobić wszystko, aby o rolnictwie decydowali wyłącznie politycy, eksperci, naukowcy i praktycy związani z rolnictwem – konstatuje Szczepan Wójcik.

Działania uderzające w rolników, pod płaszczykiem ochrony środowiska, prowadzone są wielotorowo i systematycznie przez pseudoekologów. W tym roku pod ich presją kolejna sieć marketów odmówiła hodowcom karpi sprzedaży żywych ryb. To już piąta sieć handlowa, która zaprzestała sprzedaży żywych ryb.

Podobnie ma się sprawa ze sprzedażą jaj tzw. trójek pochodzących od kur hodowanych w klatkach. Pod naciskiem ekoterrorystów sieci handlowe odmawiają zakupu tych jaj. Tymczasem „trójki” stanowią ponad 80 proc. rynku jaj w naszym kraju, o wartości szacowanej na 2 miliardy złotych. Co ciekawe, Niemcy, będący liderem w produkcji jaj w Europie, całą hodowlę kur niosek przestawili już na tzw. chów na wybiegu. Z pewnością, jak będzie taka potrzeba, zaopatrzą polski rynek w jajka, gdy Polacy zostaną zmuszeni do zamknięcia kurników z hodowlą klatkową.

Od kilku lat pseudoekolodzy lobbują, naciskając na rządzących, by w Polsce ograniczyć działalność rolniczą na dużą skalę. Starają się też doprowadzić do ustawowej likwidacji hodowli zwierząt futerkowych. Branży przynoszącej wiele profitów, w której jesteśmy liderem na świecie. Zachęcają też Polaków do rezygnacji z noszenia futer. Wpisuje się to w działania międzynarodowej koalicji Fur Free Alliance, która prowadzi kampanię pod hasłem „Sklepy Wolne od Futer” (Fur Free Retailer) i zachęca firmy odzieżowe do rezygnacji z wykorzystania naturalnych skór w swoich kolekcjach. W kampanię włączyły się znane międzynarodowe marki, ale też polskie firmy. Zamiast naturalnych surowców branża odzieżowa stawia na plastik, który ogromnie zanieczyszcza środowisko, ale dzieje się to w sposób bardzo subtelny. Nie widać plastiku w wodzie po wypraniu syntetycznych ubrań, co nie znaczy, że go tam nie ma. O tym jednak nikt z pseudoekologów już nie mówi. – Polityka Unii Europejskiej przyzwyczaiła nas do dwóch rzeczy. Po pierwsze – nie zawsze jest zgodna z interesami Polski, po drugie – bywa bardzo zmienna. W ubiegłej kadencji najważniejszym zadaniem, jakie stawiali przed sobą unijni politycy i urzędnicy, była, jak wszyscy pamiętamy, tak zwana walka o praworządność. Dziś natomiast podstawowym wyzwaniem wydaje się być polityka klimatyczna. Szkoda tylko, że tak poważny temat został dziś przejęty przez lewicową ekstremę, a jego twarzą stała się nastolatka ze Szwecji – puentuje Szczepan Wójcik.

Tymczasem przyczyny zmiany klimatu przez wielu naukowców cały czas są różnie interpretowane. Nie wszyscy uważają, że człowiek stoi za ociepleniem klimatu. Jest to jednak doskonałe słowo wytrych do robienia interesów, szczególnie w biedniejszych państwach, które nie mają siły przebicia w tej gospodarczej wojnie.

KarolinaGoździewska

Nasz Dziennik