logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Każdy scenariusz jest możliwy

Środa, 27 listopada 2019 (21:27)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Słyszymy o prawyborach w Platformie, czy następnym krokiem mogą być prawybory w opozycji i wyłonienie jednego – wspólnego kandydata, który zmierzy się z Andrzejem Dudą, czy może każda partia wyłoni swojego faworyta?

– Myślę, że jeśli chodzi o pierwszą turę wyborów prezydenckich, to każde z ugrupowań opozycyjnych: Lewica, Platforma i PSL będzie próbowało wystawić swojego kandydata. Dlatego że udział w wyborach jest też  pewną formą weryfikacji swojego elektoratu i sprawdzenia faktycznego stanu poparcia. Tak więc na etapie pierwszej tury każdy będzie walczył samodzielnie po to, aby szyld partyjny był w grze, żeby funkcjonował w przestrzeni publicznej. W drugiej turze ten kandydat, który do niej wejdzie, będzie mógł liczyć – bądź nie – na poparcie pozostałych ugrupowań opozycyjnych. Dlatego na etapie pierwszej tury wśród ugrupowań opozycyjnych nie oczekuję żadnej rewolucji.

Skoro wybiegamy w przyszłość do drugiej tury, to kto byłby korzystniejszym kandydatem dla opozycji?

– Sądzę, że Małgorzata Kidawa-Błońska, bo wszystkie dywagacje o Jacku Jaśkowiaku są dyskusją akademicką. Małgorzata Kidawa-Błońska jest tą osoba, która na gruncie Platformy czy Koalicji Obywatelskiej ma największą szansę, jest dla tego środowiska autorytetem, bo tak to trzeba powiedzieć i jest w stanie przekonać do siebie osoby niezdecydowane, takie, które oczekują ciepłego wizerunku. Proszę zwrócić uwagę, mimo że minął miesiąc z okładem od wyborów parlamentarnych, a plakaty z Małgorzatą Kidawą-Błońską ciągle wiszą w Warszawie czy na tzw. prowincji, to nie jest przypadek, a więc kampania już ruszyła.

Czemu miało służyć wystawienie do gry Jaśkowiaka, jakby nie było polityka z drugiego szeregu?  

– Prawybory zakładają wyłonienie kandydata z grona kilku osób, a przecież nie jest tajemnicą, że w Platformie nikt się specjalnie do tego nie garnął. Znalazł się Jacek Jaśkowiak, który jest dość dziwnym bytem – jeśli tak można to określić, o czym świadczy chociażby fakt, iż nawet Małgorzata Kidawa-Błońska jest zaskoczona jego udziałem w prawyborach. Nie sądzę, żeby miał większe szanse wyjść z kręgu, który tak naprawdę już wyznaczył swojego kandydata. Swoim startem Jaśkowiak chyba miał namieszać w kręgach lewicy, pokazać, że w Platformie też jest myślenie lewicowe. Z tym że partyjni koledzy Jaśkowiaka wcale nie byli zachwyceni jego wypowiedziami chociażby na temat legalizacji związków partnerskich.

No dobrze, ale czy sama Platforma nie zafundowała sobie tego zamieszania, skręcając w lewo? Chcąc tym ruchem wymanewrować SLD i Biedronia, ale tak naprawdę wypromowali te partie?

– Owszem tak było, ale na obecnym etapie mówimy o pewnym sprawdzeniu gruntu. Stąd wystawiając swoich kandydatów do wyborów parlamentarnych, postanowiono zobaczyć, jakie będą reakcje, jaki będzie odzew i jak zachowa się elektorat. I w tym sensie mówimy o typowym przedwyborczym teście, jakiemu zostaliśmy poddani – wszyscy przez Platformę. Ten plan jest wciąż realizowany i wszystko wskazuje, że to Małgorzata Kidawa-Błońska będzie kandydatem Platformy. Wczoraj rozmawiałem w Sejmie z kilkoma politykami Platformy, którzy twierdzą, że to Kidawa-Błońska ostatecznie będzie kandydatką Koalicji Obywatelskiej.

Czy Platforma, w której widać coraz silniejsze nurty lewackie, mimo ostrego skrętu w lewo jest w stanie utrzymać pozycję lidera opozycji? 

– Lewica na dzisiaj ma inne problemy. Po zachłyśnięciu się sukcesem wyborczym powoli zaczyna wracać do siebie i dostrzegać, że sukces nie jest taki wielki. Rzeczywistość koryguje ambicje i oczekiwania, które były mocno napompowane. Dlatego im dalej od wyborów, tym bardziej górę wezmą niespełnione ambicje, oczekiwania, bo ktoś chciał być premierem, ktoś innym ministrem, a tu trzeba się będzie zadowolić funkcją posła i to tylko opozycji. Bycie w opozycji powoduje, że tak naprawdę możliwości polityka są ograniczone, więc trudno jest mówić o spełnionych marzeniach czy planach. Cztery lata kadencji to sporo czasu na przemyślenia, ale też na awantury wewnątrzpartyjne, dlatego poczekajmy trochę na to, co się wydarzy. Jak znam życie, to wewnętrzne spory, awantury powoli już się zaczynają.

14 grudnia szykuje się połączenie SLD i Wiosny w jedną formację, ale co dalej z Razem?

– I to będzie początek sporów i waśni. Dotychczasowi szefowie SLD – Włodzimierz Czarzasty i Wiosny – Robert Biedroń obaj już szefami nie będą. Myślę, że inni będą też szefowie struktur w regionach i ktoś będzie musiał ustąpić komuś. Ponadto szef w strukturach partyjnych nie lubi konkurencji, a zwłaszcza silnej konkurencji, i dlatego proces połączenia SLD i Wiosny może się okazać czasem, kiedy dopiero wyjdą wszystkie niesnaski wewnątrz lewicy. I na tym etapie zacznie się przeciąganie liny i podszczypywanie jedni drugich. Czas pokaże, co z tego wyniknie.

A co z Zandbergiem i jego ugrupowaniem?

– Młode dziecko Lewicy ma problem. Przed Adrianem Zandbergiem cztery lata wystąpień z mównicy sejmowej i o ile jedno przemówienie mu wyszło, to nie da się go powtórzyć. Owszem, w swoim pierwszym wystąpieniu przedstawił dekalog europejskiej Lewicy, powiedział programowo, co miał powiedzieć, i koniec śpiewki. Zobaczymy, co będzie dalej. Tak już bywa, że pierwsze wystąpienia, na początku kadencji z reguły są wystąpieniami mocno politycznymi, ale na tym Sejm się nie kończy. Sejm to także, a może przede wszystkim praca nad ustawami, a więc merytoryczna praca. Trzeba zatem usiąść i napisać mądre prawo, dyskutować, także się spierać, ale merytorycznie i tu zaczną się schody. Dlatego wielu gawędziarzy politycznych, kiedy przychodzi do konkretów, a więc projektów ustaw i rozwiązań  prawnych, zwyczajnie nie daje rady. Myślę, że dzisiaj raczej to Robert Biedroń ma problem, bo w postaci Adriana Zandberga urósł mu poważny konkurent, dlatego musi rozważyć, co z nim robić.

Tak czy inaczej, czy jest taka możliwość, że jeśli lewica połączy siły i w dłuższej perspektywie wchłonie resztki Platformy, to zbuduje na tyle silny blok, żeby w jakiejś perspektywie, razem z Donaldem Tuskiem, stawić czoła PiS?  

– Lewica zawsze miała w Polsce swój elektorat i będzie miała nadal, i co do tego nie mam żadnych wątpliwości. To, że w 2015 roku przegrali, nie dostając się do Sejmu, to jest „zasługa” Adriana Zandberga i SLD, choć nie mówi o tym głośno, to jednak pamięta, bo wie, dzięki komu wypadło z gry parlamentarnej. To Razem było tym ugrupowaniem, które pogrążyło SLD, co więcej – mamy planowane na grudzień zjednoczenie SLD i Wiosny, a Zandberg ze swoją partią Razem pozostaje z boku. Teraz jest pytanie, gdzie Zandbergowi bliżej, czy do SLD, czy do Platformy, czyli Koalicji Obywatelskiej. I to jest pytanie, na które trzeba będzie znaleźć odpowiedź i rozstrzygnąć. Jak dotąd niewiadomych jest kilka, ale na rozstrzygnięcia trzeba będzie poczekać, na to też przyjdzie czas.  

Zandberg może wzmocnić Platformę?      

– A dlaczego nie… To jest polityka i różne rozstrzygnięcia są jeszcze możliwe. Mamy początek kadencji Sejmu i każdy scenariusz – na tym etapie – jest do rozważenia i jest możliwy.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl