logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Grunt pod nową Unię

Wtorek, 3 grudnia 2019 (22:47)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak odniósłby się Pan do francusko-niemieckiego planu reform Unii Europejskiej?

– Jest pytanie, czy są to tylko fakty medialne, czy może jest to odgłos konkretnych już założeń nowej Komisji Europejskiej, która właśnie rozpoczęła prace i która będzie musiała się przygotować do założeń m.in. nowego unijnego budżetu. Tak czy inaczej – wszystko wskazuje na to, że na dzisiaj mamy przygotowywany grunt pod plan nowej Unii Europejskiej.

Unia Europejska – jaką znamy dzisiaj – wymaga zmian?

– Unia Europejska na obecnym etapie musi sobie odpowiedzieć na wiele pytań, m.in. jaką chce być i w którym kierunku zamierza podążać. Tak naprawdę w Unii Europejskiej trwa spór, jaka ma być Wspólnota, w jakim kierunku będzie ewaluowała, czy ma być unią federalną, czy może unią rozumianą jako Europa ojczyzn? Póki co, na te pytania nie ma wiążącej odpowiedzi, nie ma też poważnej dyskusji. Trudno więc oczekiwać kolejnych działań, skoro w tak podstawowych kwestiach nie ma jednoznaczności, nie ma jasnej wizji. Natomiast tendencje czy koncepcje zjednoczeniowe są niestety coraz mocniej akcentowane i widać, że jest wyraźne przeciąganie w kierunku Europy jako państwa giganta.

Kto powinien uczestniczyć w dyskusji na temat reform Unii?

– Z informacji, jakie do nas docierają, wynika, że plan jest już zarysowany, a pierwszym jego punktem ma być dyskusja, która ma się odbyć jeszcze w grudniu na najbliższym unijnym szczycie w Brukseli. Zakładam więc, że sprawa ta będzie dyskutowana w gronie państw członków Unii Europejskiej. Unia Europejska to jest wspólnota niepodległych, wolnych, suwerennych państw, które mają prawo się wypowiadać we wszystkich kwestiach dotyczących swojej przyszłości. Nie może być tak, że ktoś – Niemcy wespół z Francją – rysuje jakiś scenariusz, do którego każdy ma się dostosować. Bez wątpienia Unię Europejską czeka poważna dyskusja w rodzaju debaty, ale ma się ona odbywać na zasadach partnerskich, nie zaś w formie dominacji jednego czy dwóch państw. To, że dzisiaj w Unii mamy dwie dominujące siły – tandem niemiecko-francuski, nie ulega wątpliwości, ale nie oznacza to, że państwa te mają dominować i narzucać pozostałym członkom swoje racje w sposób bezdyskusyjny. Dlatego nie sądzę, żeby projekt Niemiec i Francji zyskał akceptację większości państw Unii Europejskiej.     

Przed nami prezydencje Niemiec i dalej Francji w Unii Europejskiej. Można to odczytać jako element pewnego planu, który ma służyć właśnie tym państwom?

– Nie wykluczałbym możliwości, że taki plan został skonstruowany i – jak słyszymy – w pierwszej fazie, za prezydentury niemieckiej, mają być konferencje, debaty i propozycje, a w drugiej fazie, za prezydencji francuskiej, projekt ma zostać sfinalizowany i wcielony w życie. Tymczasem Unia Europejska jest targana wieloma różnymi problemami, które trzeba rozwiązać. Mam na myśli problem demograficzny, jeszcze większy i narastający problem nielegalnej migracji. Okazuje się, że plany i ogromne pieniądze wpompowane do Turcji, która miała zatrzymać falę migracji do Europy, się nie sprawdziły, również apetyty państw trzecich, które próbują to wykorzystać, są coraz większe. Dlatego przed Unią Europejską – na tym etapie – poważny problem i wyzwanie, któremu trzeba będzie sprostać.

Jak rozwiązać te problemy, skoro cały czas  dominują Niemcy i Francja, które mają własną wizję?

– I tu dochodzimy do sedna sprawy, mam wrażenie – i chciałbym się tutaj mylić – że na tym etapie możemy mieć do czynienia z negocjacjami, żeby nie powiedzieć – z elementami szantażu, a przynajmniej silnego nacisku w rodzaju: drodzy Polacy, Węgrzy, Czesi czy Słowacy, albo przyjmujecie nasz plan, naszą wizję przyszłości Unii Europejskiej i przyjmujecie jak my imigrantów jak leci, bo nasze wartości są takie, a nie inne, a jeśli nie, to macie problem.

Czy nie jest to ideologiczny nacisk?

– Dokładnie tak, to jest zwrot – jeszcze mocniejszy – w kierunku ideologii. I w tej sytuacji Polska i pozostałe państwa Grupy Wyszehradzkiej powinny przygotować swoją własną propozycję, która będzie przeciwwagą dla dyktatu niemiecko-francuskiego. To, że Niemcy i Francja mają swoją propozycję, to jest ich sprawa, ale wcale to nie oznacza, że dwa państwa mają mam narzucać swoją wolę. Co więcej, my też mamy prawo z tymi propozycjami się nie zgadzać, mamy też prawo zaproponować Europejczykom własne rozwiązania i swój program dla Europy. Musimy być zatem aktywni, a więc nie tylko negować propozycje Berlina i Paryża, ale także mieć w zanadrzu własny scenariusz, własne rozwiązania, bo w innym wypadku możemy zostać uznani za totalną opozycję w Europie. Stąd – w mojej ocenie – powinna się pojawić formuła propozycji, projektu czy programu ze strony Polski dla Europy. Polskę na to stać.

Chodzi o to, żeby ubiec Niemców i Francuzów i stworzyć przeciwwagę wobec propozycji tego tandemu?  

– Chodzi o to, żeby nie wyjść na malkontentów, którzy są wiecznie niezadowoleni, którzy zawsze wszystko negują, a nie mają własnych propozycji, własnej wizji. Jeśli nie staniemy na wysokości zadania, to łatwo będzie nam przypiąć łatę tych, którzy zawsze mają jakieś pretensje. Z całą pewnością nie możemy się zgodzić na dyktat, ale dla przeciwwagi powinniśmy zaproponować własną wizję przyszłości Unii Europejskiej. Musimy przedstawić propozycję bardzo jasną, precyzyjną i rzeczową, zbudowaną wspólnie z naszymi przyjaciółmi z Europy Środkowej i Wschodniej.

Co pozytywnego niejako w kontrze do Niemiec czy Francji możemy zaproponować państwom starej Unii?

– Przede wszystkim powinniśmy sięgnąć do korzeni Europy, z których wszyscy wyrastamy, a więc do założeń kultury chrześcijańskiej, prawa rzymskiego, filozofii greckiej. I to powinien być nasz wkład w wizję nowej Unii Europejskiej. Powinniśmy spróbować pokazać w świetle nowych wyzwań trzy filary Europy i przy doborze odpowiednich argumentów próbować przekonać zwolenników tzw. nowoczesnej, postępowej Unii, dlaczego warto mówić i dążyć do stworzenia Europy Ojczyzn, dlaczego warto mówić o Europie państw, które są wolne, niezależne, niepodległe, a jednocześnie potrafiące działać ponad podziałami, tworzące jedność mimo różnorodności. Dlatego poszedłbym właśnie w tym kierunku. Ktoś może powiedzieć, że jest to zgrana płyta, ale to nieprawda, co więcej, na tym etapie nie mamy wyjścia, bo wcześniej czy później może się okazać, że jeśli nie przedstawimy własnych, konkretnych propozycji, to będziemy traktowani jako Europa „b” czy „c” i de facto znajdziemy się poza orbitą. Jeśli do tego koledzy z Niemiec czy Francji dodadzą, że państwa, które nie są w strefie euro, to nie są nasi partnerzy, to możemy mieć duże problemy i być spychani na margines.

Zatem warto wrócić do tego, o czym nauczał i na co nacisk kładł św. Jan Paweł II, mówiąc o integracji europejskiej, czyli o Europie jako wspólnocie oddychającej dwoma płucami…   

– To, o czym nauczał Ojciec Święty Jan Paweł II, to jest właśnie ten kierunek, który powinniśmy obierać. Słowa i naukę naszego wielkiego rodaka powinniśmy przypominać i przywoływać, jednocześnie musimy być świadomi, że nie będzie to łatwe, bo współczesna Europa Zachodnia odeszła, i to mocno, od korzeni chrześcijańskich, od wartości, z których wszyscy wyrastamy. Nasi koledzy z państw trzecich, którzy mają inne zdanie, na pewno będą stać w kontrze i będą mocno forsować swoje rozwiązania. Dlatego podczas prezydencji niemieckiej, a potem francuskiej możemy mieć próby mieszania przy traktatach, niewykluczone też, że coraz bardziej będzie się przewijać wątek karty praw podstawowych i środowisk LGBT. To z kolei oznacza, że przed nami poważna batalia, ale jest nadzieja, że zwycięży rozsądek i że obronimy nasze tradycyjne wartości przed zakusami deprawatorów i sił lewackich, którzy chcą nam urządzić świat, narzucając swoją wizję. Mam wrażenie, że realizujący się brexit i tąpnięcie w strefie euro, mały kryzys w Europie, mogą być zmarginalizowane przez wątki ideologiczne. Ale z tym też można sobie poradzić.

Dziękuję za rozmowę.   

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl