logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Mateusz Marek / Nasz Dziennik

Daremne wysiłki Moskwy

Niedziela, 8 grudnia 2019 (21:38)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Przed londyńskim szczytem Paktu Północnoatlantyckiego wydawało się, że NATO przestaje być monolitem, że zaczyna pękać…

– Rzeczywiście, jeśli chodzi o aktualizację planów obrony flanki wschodniej, a więc Polski i państw bałtyckich, to przyjęto je bez sprzeciwu Turcji, choć przywódcy państw członkowskich nie ukrywali różnic zdań. Fakt faktem NATO jest pęknięte i to nie ulega wątpliwości, natomiast pytanie brzmi: czy Stany Zjednoczone są w stanie na tyle używać swojej siły, aby wymusić na pozostałych członkach wdrożenie pewnych planów, mimo sprzeciwu Turcji? Widzimy, że następują tarcia, różnice zdań w relacjach turecko-amerykańskich, które – oględnie mówiąc – nie są najlepsze, ale nie jest aż tak źle, żeby Waszyngton nie był w stanie postawić – w zasadniczej dla siebie kwestii – na swoim i przeforsować planu obrony Polski, Litwy, Łotwy i Estonii.

Jaką rolę w tym, że NATO jest wciąż monolitem, odgrywa prezydent USA Donald Trump?

– Prezydent Donald Trump traktuje NATO w kategorii interesów Stanów Zjednoczonych. Dlatego nie odpowiada mu Pakt Północnoatlantycki w formule, gdzie gros nakładów na obronność pokrywa Waszyngton, a wszyscy korzystają na tzw. poczuciu bezpieczeństwa. Wiadomo przecież, że gospodarka w tych krajach, gdzie nie ma zapewnionego elementarnego poczucia bezpieczeństwa w różnych sektorach życia, również militarnego – ale to bezpieczeństwo dzisiaj rozszerza się także na cyberprzestrzeń – nie rozwija się dobrze.

Co to znaczy wydawać osławione 2 procent PKB na obronność?    

– Tak naprawdę i najprościej mówiąc, oznacza to kupowanie amerykańskiego uzbrojenia, które – jak wiemy – jest kompatybilne z całym systemem. Dlatego Donald Trump jak najbardziej uznaje potrzebę funkcjonowania NATO, ale nie poprze takiego sojuszu, na którym Stany Zjednoczone traciłyby. Amerykanie nie mają już tylu środków, co wynika z kryzysu definiowanego również gospodarczo, bo – jak wiadomo – na świecie trwa coraz ostrzejsza rywalizacja. Stąd prezydent Trump absolutnie domaga się, aby jego interesy, interesy amerykańskie, były możliwie jak najlepiej zabezpieczone, żeby ustalenie co do wydatkowania 2 procent PKB na obronność było realizowane przez wszystkich członków Sojuszu, co więcej, żeby te środki były lokowane głównie w broni amerykańskiej, bo wtedy to się im bilansuje. I zasadniczo gra toczy się właśnie o to.

Trump, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, bardzo jasno to wyartykułował...

– Jeśli chodzi o stan bezpieczeństwa, które spoczywa głównie na barkach amerykańskich, to wiele się nie zmieniło od czasów George'a W. Busha czy Baracka Obamy. Natomiast za Donalda Trumpa zmieniła się forma nacisku, która nie jest – jak to bywało wcześniej – zakulisowa, ale bardziej jednoznaczna i wyrażana wprost – w stylu Trumpa. To po pierwsze, a po drugie Trump jest bardziej politykiem – nazwijmy to – narodowym w rozumieniu amerykańskim niż globalistycznym, w rozumieniu współczesnych globalistów, którzy bardziej widzą interesy koncernów, które – jak wiadomo – są ponadnarodowe, a nie związane wprost z interesem amerykańskim. W tym rozumieniu Trump jest nieszablonowy, bezpośredni, mówi, jak jest, co więcej, żąda.

Wracając jeszcze do szczytu NATO, można powiedzieć, że udało się poskromić zapędy prezydenta Turcji, ale czy na długo i czy nie jest trochę tak, że Recep Tayyip Erdogan balansuje między Rosją a NATO, i czy właśnie głównie to nie jest problem dla Sojuszu?

– Oczywiście jest to poważny problem, dlatego m.in. Donald Trump poświęcił swoich dotychczasowych sojuszników – Kurdów podczas tureckiej ofensywy w północnej Syrii. Wystarczy tylko spojrzeć na mapę, aby zauważyć, jak strategiczne położenie ma Turcja – raz w perspektywie bliskowschodniej, a dwa w relacji do Moskwy. Warto też przypomnieć, że prezydent Erdogan w 2015 roku miał konflikt z Putinem związany z zestrzeleniem rosyjskiego samolotu, który miał wlecieć w turecką przestrzeń powietrzną, natomiast w momencie, kiedy w 2016 roku zorganizowano przeciwko niemu pucz wojskowy i kiedy zdiagnozował, że stały za tym służby amerykańskie, to wtedy zmienił kurs na ostry i w tej chwili rzeczywiście balansuje między Moskwą a NATO. Trudno zresztą liczyć, żeby relacje turecko-amerykańskie były na wzorcowym poziomie, wręcz przeciwnie, jest pewne napięcie i to widać. Nie wiemy, z czym wiąże się wycofanie tureckiego sprzeciwu wobec aktualizacji planów obrony flanki wschodniej, co nie dociera do opinii publicznej i co jest ukrywane. Turcja jest problemem, bo Ankara chce swoje interesy zabezpieczyć możliwie jak najlepiej i w swoich relacjach z Waszyngtonem stara się prowadzić politykę realną.

Po szczycie chyba bardziej pokorny jest także Emmanuel Macron, który jeszcze niedawno mówił o „śmierci mózgu NATO”. Z czego wynika zmiana narracji prezydenta Francji?

– Niespecjalnie ktoś stanął za Emmanuelem Macronem, który ciągle mówi więcej, niż faktycznie może, ciągle bardziej pręży muskuły, niż staje mu sił. Nawet Niemcy nie odważyli się stanąć za Macronem, bo kiedy rzuca takie hasła o „śmierci mózgu NATO”, to występuje przeciwko Stanom Zjednoczonym, które są głównodowodzącym w Pakcie Północnoatlantyckim. Próba wypowiedzenia sojuszu Waszyngtonowi jest nierozsądna, na co nie stać nawet Niemców. W tej sytuacji, kiedy Macron zauważył, że na jego słowa wszyscy członkowie Sojuszu patrzą z pobłażaniem, bo Francja jest obecnie raczej „chorym” członkiem Europy w znaczeniu gospodarczym, a nie liderem, to musiał zmienić swoje stanowisko. Jest oczywiście państwem, które walczy o swoje interesy, ale z całą pewnością nie jest to potęga. Więc Napoleon Macron – jak siebie czy związane z nim środowiska chciał wykreować, realnie jest bardziej aktorem niż politykiem.

Co jest największym sukcesem londyńskiego szczytu NATO?

– To, że artykuł 5 jest ze wszech miar wiążący, że wciąż jest to najważniejsza gwarancja bezpieczeństwa i fundament całego Sojuszu Północnoatlantyckiego, to jest potwierdzenie oczekiwań. Z naszej perspektywy niezwykle istotne są programy związane z flanką wschodnią, że została przyjęta aktualizacja planu kolektywnej obrony dla Polski. Natomiast rozgrywka, jaka miała miejsce między Francją a Stanami Zjednoczonymi czy między Turcją a Stanami Zjednoczonymi, na razie wychodzi na korzyść Amerykanom. A zatem mamy pewne potwierdzenia wspólnej linii, potwierdzenie dominacji amerykańskiej, ale z drugiej strony, że są jednak próby podważenia dominacji Waszyngtonu, swoiste balony próbne, czyli mamy rozpoznawanie pola i sytuacji, na ile można sobie pozwolić i na ile Amerykanie pozwolą sobie na próby podważania jedności NATO. Uważam, że takie próby będą się nadal powtarzać, a w dłuższej perspektywie nawet nasilać.

Czy w tej geopolitycznej rozgrywce – jako państwo, po londyńskim szczycie – jesteśmy mocniejsi, zaczynamy się bardziej liczyć ?

– Myślę, że w tej materii wiele się nie zmieniło. Proszę zwrócić uwagę, że różni gracze – nie tylko europejscy, ale także tacy jak chociażby Turcja – różnie patrzą na sprawy wschodnie i kwestie rosyjskie. Nie jest też wcale tak, że Amerykanie patrzą identycznie jak my na sprawy rosyjskie. Faktem jest, że Amerykanie tylko do pewnego stopnia problemy z Moskwą widzą podobnie jak my, mają bowiem także problemy z Chinami. Z drugiej strony nie jest tak – jak twierdzą niektórzy – że Amerykanie chcą  zlicytować Polskę w zamian za jakieś inne kwestie, w innym regionie, bo takie tezy też się pojawiają, że Polskę traktują jako przedmiot gry, a potem znajdą sobie jakiś inny obiekt, w innym regionie, a nas oddadzą Rosji i Niemcom. Tego, przynajmniej dzisiaj, nie widać, ale co będzie w przyszłości, nie wiadomo, trzeba się cały czas przyglądać.

Co zakończony szczyt NATO oznacza dla Rosji?

– Przede wszystkim to, że wszelkie próby skłócenia czy rozegrania partnerów Sojuszu Północnoatlantyckiego się nie powiodły. Dla Rosji najlepsza sytuacja jest wtedy, kiedy nie ma jednego układu zachodniego, tylko w różnych sferach, czy to w Unii Europejskiej, czy w NATO nie będzie monolitu, ale będą pojedynczy gracze. Wtedy w takich relacjach Rosja ma swoją kartę przetargową, zupełnie inaczej może prowadzić też wyścig zbrojeń, inaczej rozgrywać każdego z osobna, poszczególne kraje. Pęknięcia w NATO widać, ale rozłamu jeszcze nie, w związku z czym Rosja – na razie – nie jest w wielkiej ofensywie, zresztą sama ma sporo problemów na wielu frontach. Dlatego stara się robić, co może, stara się być aktywna na Białorusi – są umowy coraz bardziej jednoczące Białoruś z Moskwą, i to wszystko jest pewną manifestacją siły, odpowiedzią na to, co Rosja definiuje jako zagrożenia zachodnie. Gra się cały czas toczy, ale na razie Rosjanom nie udało się rozbić układu NATO-wskiego z wysuniętą flanką wschodnią, który zdefiniowali sobie jako zagrożenie.

Dziękuję za rozmowę.              

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl